Amazonia – poza czasem (Peru).

Płynąc przez Amazonię (Peru).

W Amazonii czas płynie powoli. Leniwie unosi się w powietrzu, prawie trwa. Minuty odmierzają się wolno a godzina to całą wieczność. Tu pośpiech nie ma racji bytu, tu ludzie z czasem obchodzą się bardzo rozrzutnie – bo to jedyne dobro, którego mają w nadmiarze.

W Amazonii nawet rzeka zdaje się płynąć w zwolnionym tempie. Płynie, niczym stojąca woda – ale to, że płynie, wcale nie oznacza, że i statek płynie. Spokojnie, nie ma pośpiechu. Godzina wypłynięcia to tylko luźna wytyczna – tu nikt nie przywiązuje wagi do takich szczegółów, jak czterogodzinne opóźnienie. Tu pojęcie opóźnienia nie istnieje – bo do czego mielibyśmy się spieszyć? Przecież wszystko trwa w zwolnionym tempie, przecież wszystko na nas poczeka…

Wiedzeni zupełnie nieprzydatnym w Amazonii, europejskim instynktem, do portu przybywamy już o 8 rano. Przed nami stoi mnóstwo statków towarowych i ani jednego osobowego. A przecież, zgodnie ze słowami rikszarza, dziś rano właśnie stąd miał odpływać Eduardo… Po Eduardo ani śladu, jest za to nasz znajomy rikszarz, który informuje nas, że Eduardo owszem, odpływa, ale z innego portu. Nawet nie pytamy, dlaczego wczoraj zapomniał poinformować nas o tym, że Eduardo stacjonuje w innym porcie – rikszarz uszczęśliwiony prowadzi nas do swojej rikszy. Jedziemy przez centrum Yurimaguas, i dalej, wzdłuż rzeki. Zdążymy, czy nie? Już kilka godzin później zrozumiemy, że takie pytanie nie pochodzi ze świata Amazonii…

Masywna sylwetka Eduardo góruje nad skromnym portem i już z daleka przyciąga wzrok. Zastanawiamy się, jak taki olbrzym mieści się na Rio Huallaga, wąskiej rzece która ma nas zanieść aż do Amazonki. Po Amazonce co prawda pływają pełnomorskie statki – jednak o ile królowa rzek miejscami przypomina morze, Rio Huallaga to dość niepozorna rzeczka.

Wchodzimy na pokład, kapitan wita nas uściskiem dłoni i wpisuje na listę pasażerów.
– O której wypływamy? – pytamy kapitana.
– O 10 – słyszymy w odpowiedzi.
Eduardo, podobnie jak każdy statek pasażerski pływający po Amazonii, wyglądem przypomina wielką halę bez ścian. Jest podłoga, sufit i długie metalowe belki, które służą do mocowania hamaków. Bo hamaki w podróży po Amazonii stają się łóżkami, krzesłami, szafami, pokojami – hamak to tutaj jedyny fragment własnej przestrzeni: do spania, leżenia, siedzenia i przechowywania swojego dobytku. Hamak w podróży przez Amazonię staje się domem.

Pokład statku Eduardo, Peru.

Eduardo ma dwa piętra – nasze hamaki rozwieszamy na górnym pokładzie i zadomawiamy się na nich. Na statku mamy spędzić kilka godzin – do naszego celu, miejscowości Lagunas, powinniśmy dotrzeć jeszcze przed zmrokiem.
Z podekscytowaniem oczekujemy wypłynięcia. Mija godzina 10, tymczasem wciąż pojawiają się nowi pasażerowie – wchodzą spokojnie i zupełnie bez pośpiechu, gawędzą ze sobą jeszcze na lądzie – zupełnie bez obawy, że statek odpłynie. Mija 10.30, 11, 11.30… ktoś na chwilę schodzi z pokładu, nowi pasażerowie rozglądają się w poszukiwaniu przestrzeni na swój hamak i nigdzie nie widać kapitana… Mija 12, nikt poza nami nie zauważa dwugodzinnego opóźnienia – ale my zauważamy je tylko mimochodem. Leżymy na hamakach, patrzymy na brzeg, przeglądamy książki, leniwie rozmawiamy – a czas płynie niejako obok nas. Czas staje się niezauważalny.

Amazońska wioska widziana z pokładu Eduardo, Peru.

Eduardo wypływa cicho i powoli. Słowo „powoli” nie powinno w ogóle zaistnieć w tym opisie – bo powolność może istnieć tylko w odniesieniu do szybkości. A tu nic nie dzieje się szybko. Tu nie ma szybkości. Eduardo wypływa, a my zauważamy jego ruch dopiero po dłuższej chwili.

Yurimaguas i okoliczne wioski przesuwają się przed naszymi oczami niczym obrazy na wielkim ekranie. Leżymy w hamakach, które poruszają się nieznacznie, i chłoniemy klimat okolicy. Dźwięk silników, ciche rozmowy, szum rzeki.

Peruwianka podczas podróży po Amazonii, Peru.

Na statku płynącym po Amazonii czas przesuwa się razem z krajobrazem widzianym na brzegu. Mijają nas wioski, palmy, gąszcze, samotne chaty, pojedyncze łodzie, dżungle, i trawiaste krańce lądu. Ten wolny ruch hipnotyzuje, a upał wiszący w powietrzu sprawia, że kolejne pory dnia zlewają się w jedną, gorącą chwilę, która wydaje się nie mieć końca. Jedni śpią, inni czytają lub zabawiają się rozmową, jeszcze inni obserwują mijany krajobraz. Nic nie mąci spokoju. Prawie nic.

Amazońska wioska, Peru.Mijana po drodze amazońska wioska.

Nagle rozlega się ostry hałas – ktoś uderza mocno metalem o metal. Rozglądam się dookoła i próbuję zgadywać, co się dzieje: awaria? alarm? napad? Nasi współpasażerowie, którzy znają na pamięć rozkład dnia w tym rejsie, powoli gramolą się z hamaków i trzymając w dłoniach talerze oraz menażki, udają się w kierunku pokładowej kuchni. Ten hałas oznacza: czas na obiad!

Kolejka po obiad na statku, Amazonia, Peru.

Wkrótce przed kuchnią ustawia się długa kolejka, a kucharze serwują lunch: gotowane platany, kurczaka i ryż.

Obiad na statku, Amazonia, Peru.

Pomimo niewielkiego zróżnicowania, obiad działa orzeźwiająco – jest pretekstem, dla którego można wstać z hamaka, przespacerować się, albo posiedzieć chwilę na ławce. Nawet Eduardo robi sobie przerwę w całodniowej rutynie – i zatrzymuje się, chociaż silniki pozostają włączone.
Po obiedzie myjemy menażkę i kubek, w znajdującym się na statku barze kupujemy wodę mineralną i wracamy na hamaki. Eduardo wciąż stoi, lecz nikt się tym nie interesuje. Dzieci bawią się obok hamaków rodziców, ktoś śpi i chrapie, ktoś cicho śpiewa. Radośni gringos, którzy nie zabrali ze sobą hamaków, na cały głos rozprawiają o planowanej wyprawie do parku Pacaya-Samira. Podobnie jak my płyną do miejscowości Lagunas i stamtąd chcą wyruszyć w głąb Amazonii.

Eduardo, Amazonia, Peru.

Spokojnie spoglądam na zegarek: wypłynęliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem, teraz stoimy już godzinę – czyli do Lagunas dotrzemy najwcześniej o 11 w nocy. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze znaleźć jakiś nocleg.
Czas mija. Statek wciąż ani drgnie. Z rozmów na pokładzie dowiadujemy się, że utknęliśmy na mieliźnie.
Kapitan pręży silniki, Eduardo napiera z pełną mocą – ale mielizna Rio Huallaga okazuje się niewzruszona. Mijają godziny, a kapitan wciąż nie zmienia swojej strategii. Wyjący silnik zagłusza głośny dźwięk uderzanego metalu. Czas na kolację.

Po kolejnej porcji kurczaka, gotowanego platana i ryżu spoglądam na zegarek. Być może nocleg w Lagunas nie będzie potrzebny – jeśli dalej tak pójdzie, dopłyniemy rano…
W blasku zachodzącego słońca widzimy inny statek, który powoli zbliża się do naszego Eduardo – podobnej masy i konstrukcji, okazuje się być jednostką ratunkową, która ma nas ruszyć z mielizny.

Bruno na pomoc Eduardo, Amazonia, Peru.

W mgnieniu oka pasażerowie statku stają się ogromną publicznością całej akcji ratunkowej. Stoją i podziwiają zabiegi załogi w blasku zachodzącego słońca.
Nie wiem, jakiej dokładnie akcji ratunkowej się spodziewałam – ale na pewno nie wpadłabym na to, że załoga weźmie Eduardo na hol, i z pomogą cienkiej liny będzie próbowała wyciągnąć statek z mielizny…

Eduardo na hol, Amazonia, Peru.Eduardo wzięty na hol.

Jak łatwo zgadnąć, lina pęka. W przeciwieństwie do nas, załoga Eduardo wydaje się zdziwiona tym faktem, ale nie traci animuszu. Nowa strategia jest pełna nieoczekiwanych manewrów typu: podważanie statku deską i uderzanie burty Eduardo burtą drugiego statku, co ma chyba poskutkować wypchnięciem nas z mielizny.

Eduardo podważany deską, Amazonia, Peru.

Mijają godziny, słońce schodzi coraz niżej, aż zupełnie znika za horyzontem. Publiczność traci zainteresowanie, wszyscy powoli rozchodzą się do swoich hamaków, zapada zmrok, upał ustaje.

Zmrok nad Amazonią, Peru.

Nocna akcja ratunkowa, Amazonia, Peru.

Zimna woda prysznica działa kojąco po tym długim upalnym dniu – po wieczornej toalecie wracam na hamak i powoli zasypiam. Dźwięki uderzania burty o burtę i nieznaczne pchnięcia statku przestają do mnie docierać, silnika Eduardo nie słyszę już zupełnie. Zamiast w Lagunas, spędzamy noc na statku, ale nikt z pasażerów nie wydaje się tym faktem zaskoczony. Nikt nie narzeka na wielogodzinne opóźnienie, wszyscy przyjmują tę sytuację jak coś zupełnie naturalnego. Mielizna, opóźnienie, mijające godziny, noc na statku. Zwyczajność. Amazonia.

Yurimaguas – powitanie z Amazonią (Peru).

Zachód słońca nad rzeką Huallaga, Amazonia, Peru.

Amazonia – dzika i nieodkryta, wciąż zamieszkana przez pierwotne plemiona które nigdy nie miały kontaktu z cywilizacją. Amazonia – trudno dostępna i niebezpieczna, wciąż naturalna i niemal nieskażona drogami, miastami ani przemysłem.

Do Amazonii nie można tak po prostu wyskoczyć na weekend – bo droga do tej odległej dżungli nie jest prosta ani krótka. Nie wystarczy jeden lot samolotem ani kilka godzin podróży innym środkiem transportu. Aby dać się poznać, Amazonia wymaga znacznie więcej.

Dżungla obejmująca wszelkie dopływy rzeki Amazonki rozciąga się na przestrzeni 7 mln km² i kpi sobie z wszelkich podziałów administracyjnych – leży na terenie aż 9 państw Ameryki Południowej (Boliwia, Brazylia, Ekwador, Gujana, Gujana Francuska, Kolumbia, Peru, Surinam i Wenezuela). Mniejsze dopływy zmieniają swój bieg zależnie od pór roku i opadów, dzikie zwierzęta za nic mają ustanowione przez człowieka granice, a pierwotne plemiona często nie wiedzą, w jakim żyją kraju. Ba! – nie mają nawet pojęcia, że coś takiego jak kraj istnieje… Dla owych pleniemmych Indian granicami poznania są bowiem granice wioski, które zmieniają się wraz ze zmianą koryta rzeki, bo rzeka jest dla nich źródłem życia. I to są sprawy istotne.

Amazonka widziana z samolotu, Peru.Amazonka widziana z samolotu, Peru.

Miejsc takich, jak Amazonia, jest już bardzo niewiele – tym ważniejsza była dla nas wizyta w tej tajemniczej krainie. Tylko jak to zrobić? Przewodniki turystyczne wspominają jedynie o hałaśliwym i zatłoczonym Iquitos oraz o maleńkim Tarapoto, lecz stamtąd do dżungli jest wciąż daleko. Nie chcąc skończyć w turystycznej łódce za cenę kilkuset dolarów, poszukaliśmy własnej drogi, a była to droga długa, dzika, piękna i w całej swej okazałości – amazońska…

Droga swój początek wzięła na lotnisku w Limie – liniami Star Peru polecieliśmy do niewielkiej miejscowości Tarapoto. Wciąż bardzo odległe od dżungli, betonowe Tarapoto pachnie benzyną i hałasuje setkami motoriksz, które za 3-4 sole każdego zabiorą na wyprawę po miejscowości. Tarapoto to miejsce, z którego chce się uciec jak najszybciej – od razu więc wsiadamy w niewielkiego busa do Yurimaguas i szykujemy się na powitanie z dżunglą.

Bus, w którym wszystkie miejsca siedzące, stojące, klęczące i lewitujące są już zupełnie zajęte, toczy się wesoło po ubitej drodze i podskakuje niemal na każdym wyboju, ale nikt nie zauważa niewygody. Poza nami, w busie znajdują się sami lokalni – śpią lub siedzą spokojnie, przyzwyczajeni do takich podróży. A my siedzimy oniemiali i chłoniemy każdy fragment mijanego krajobrazu – falujące wzgórza, które porasta idealnie zielony las; lekka mgła unosząca się nad roślinnością, urwiste zbocze drogi spadające ostro w dół, do rzeki; zachodzące słońce, trasa ginąca wciąż za nowymi wzgórzami i pędząca w głąb zielonego piękna… Siedzimy tak zupełnie zaczarowani urokiem pierwszych kilometrów Amazonii i żałujemy, że nasz aparat znajduje się w plecaku, od którego oddziela nas siedzący na podłodze Peruwiańczyk, leżąca na nim kobieta, wiszący nad nimi chłopiec i przechylający się to tu, to tam kolejny Peruwiańczyk. W tej dżungli współpasażerów zupełnie nie jesteśmy w stanie dobrnąć do naszego aparatu – i jest to dla nas pierwsza lekcja pokory wobec potęgi żywiołu.

Do Yurimaguas docieramy późnym wieczorem, który bynajmniej nie układa miasta do snu. Yurimaguas tętni życiem – kierowcy motoriksz walczą o pasażerów i pędzą jak oszaleli w kierunku centrum, drzwi hosteli i lokalnych hospedajes stoją otworem, przed domami przesiadują Peruwiańczycy, wszelkie knajpki i restauracje są pełne aż po brzegi, a niewielki ryneczek tętni życiem. Po kilku chwilach dowiadujemy się, że trafiliśmy na Dni Yurimaguas (lokalne święto).

Następnego dnia o poranku budzą nas gorące rytmy wygrywane na bębnach i muzyka – rozpoczął się kolejny dzień festiwalu. W poszukiwaniu śniadania wyruszamy na rynek miasteczka, gdzie już czekają liczne stragany oferujące amazońską strawę, czyli grillowane platany (banany), ryby pieczone w liściach bananowca, rozmaite mięsa oraz szaszłyki z… larw żuka o nazwie Rhynchophorus palmarum!

Yurimaguas, stoisko z lokalnym jedzeniem, Peru.Uważne oko dostrzeże szaszłyki z larw.

Poniżej – film dla osób o mocnych nerwach: jadalne larwy.

My poprzestajemy na yuce, platanach, tamales i gotowanych jajkach, na larwy jakoś trudno nam się skusić…

Obchody święta to w Yurimaguas poważna sprawa, niewielki ryneczek na wiele dni po prostu staje się estradą, na której występują liczne zespoły taneczne, śpiewające, akrobatyczne i chyba wszelkie inne!

Obchody święta w Yurimaguas, Peru.

Kolejnym występom nie ma końca, ale my wyruszamy na poszukiwania statku, który zabierze nas w głąb upragnionej amazońskiej dżungli. Nie bardzo wiemy, gdzie szukać portu, przechodnie pytani o drogę uparcie kierują nas do motoriksz, które zupełnie zdominowały komunikację w miasteczku.

Motoriksze w Yurimaguas, Peru.

Bynajmniej nie chodzi o to, by naciągnąć nas na przejażdżkę – mieszkańcy Yurimaguas po prostu nie wyobrażają sobie, że można by chodzić na piechotę! Po co? Przecież można wsiąść do motorikszy i wszędzie dojechać.
– Na piechotę do portu? To bardzo daleko.
– A konkretnie jak daleko? 5 kilometrów?
– Nie! Ale będzie około kilometra…

Po kilku podobnych rozmowach postanawiamy po prostu iść przed siebie, wzdłuż rzeki – i tym tropem natrafiamy na pierwszy port.

Łodzie w Yurimaguas, Peru.

Yurimaguas to ostatnie miasteczko w Amazonii, do którego wiedzie droga. Dalej drogą staje się rzeka, port jest więc jedynym miejscem, z którego można wyruszyć do serca dżungli.

Pierwszy port, Yurimaguas, Peru.

Z tego niewielkiego portu wyruszają statki do Iquitos, płynąc po drodze przez Lagunas i Nautę. Ale dziś nie ma już żadnego statku – trzeba przyjść jutro, z samego rana! Poczciwa pani sprzedająca grillowane platany mówi nam w tajemnicy, że tam dalej jest jeszcze jeden port – ale żebyśmy koniecznie wzięli motorikszę, bo na piechotę nie dojdziemy. Za daleko…

Po kilkunastu minutach marszu docieramy do kolejnego portu, który wygląda jak port towarowy. W błocie grzęzną ogromne tiry, a pracownicy załadowani rozmaitymi towarami biegają dookoła niczym mrówki w mrowisku.

Tir w Yurimaguas, Peru.

Tu nie musimy szukać informacji – tu informacja znajduje nas! Już po kilku chwilach podbiega kierowca motorikszy i pyta, jak nam może pomóc.
– Szukamy statku do Lagunas.
– Dzisiaj już żadnego nie ma. Ale przyjdźcie jutro! Jutro będzie płynął Eduardo! – mówi kierowca, a z intonacji jego głosu wnosimy, że jest to statek bardzo szczególny.
– A o której jutro?
– Rano, może 8, może 9… Wcześnie rano.

Dziękujemy za pomoc i rozglądamy się dookoła. Puste ładownie statków towarowych szybko zapełniają się rozmaitymi dobrami.

Port towarowy w Yurimaguas, Peru.

Pracownicy portu towarowego w Yurimaguas.

Przygotowując się do przeprawy statkiem, idziemy po dobro pierwszej potrzeby: hamak. Na ogromnym targu ze wszystkim, znajdujemy odpowiednie stoisko i po małym targowaniu kupujemy hamaki, które staną się naszymi łóżkami na najbliższe noce (i dni). Drugim dobrem pierwszej potrzeby są menażki – ale takowe mamy zawsze przy sobie.

W drodze powrotnej do hostelu próbujemy kolejnych miejscowych specjałów – owoców aguaje (carvy fruit). Owoce sprzedawane są w woreczkach po kilkanaście sztuk, gdy chcę kupić tylko jeden owoc, sprzedawczyni nie potrafi określić ceny – i daje mi owoc w prezencie.

Sprzedawczyni owoców aguaje, Yurimaguas, Peru.

Z głową huczącą od ryku motoriksz i lokalnych pieśni, z brzuchami pełnymi amazońskich specjałów, z myślami o czekającej nas Amazonii zasypiamy w tanim hospedaje, gdzie poza nami nocują jedynie Peruwiańczycy. No, jest jeszcze jedna Rosjanka – po rosyjsku nawołuje swoje dzieci, które pomimo późnej pory bawią się w najlepsze. Wolno im – to hospedaje należy do ich ojca, Peruwiańczyka, który przed laty wyjechał na studia do Moskwy. Teraz z rodziną od czasu do czasu odwiedza swoje rodzinne strony. Ostatnie słowa, jakie słyszymy przed zaśnięciem, to:

– Идем в постель!
– Yo no quiero dormir!
– Misza, пожалуйста!
– Vas a dormir, yo no quiero! Buenas Noches!

Czyż Amazonia nie jest niezwykła?

Lima – złodziejska stolica świata?

Plaza Mayor, Lima, Peru.
Plaza Mayor, Lima.

– W Limie jest więcej złodziei, niż nie-złodziei!
– Latam po całym świecie, ale tylko w Limie zostałem okradziony.
– W Limie okradną każdego – nas okradli w hotelu.
– Mnie okradli w miejskim autobusie.
– A mnie na Plaza Mayor.

Na polskich forach podróżniczych Lima została niemal okrzyknięta złodziejską stolicą świata. I nie chodzi tu bynajmniej o zwykłych kieszonkowców – złodzieje z Limy odznaczają się oryginalnymi pomysłami i niezwykłym kunsztem działania, który wymaga osobnego opisu.

Historia znaleziona na forum:
– Podczas spaceru w centrum Limy dostałem piachem w tył głowy – odwróciłem się i w ten chwili złodziej wyciągnął mi telefon komórkowy, który miałem w przedniej kieszeni koszuli.

Historia opisana w przewodniku turystycznym:
– Na Plaza Mayor zaczepił mnie peruwiański turysta. Zaproponował, że zrobi mi zdjęcie – nawet nie zdążyłam się ustawić, gdy już zniknął z moim aparatem!

Historia opowiedziana przez naszego przyjaciela, który wielokrotnie odwiedzał Peru.
– Myślałem, że o peruwiańskich złodziejach wiem już wszystko. Prowadząc samochód, zawsze miałem zegarek na prawej ręce – bo z lewej ręki, która wystaje przez okno, zaraz by mi zegarek ukradli. Jadę więc przez Limę z zegarkiem na prawej dłoni, staję na światłach i nagle czuję niewyobrażalny ból na lewej ręce – szybko odwracam się i prawą ręką sięgam do źródła bólu – i w tej chwili złodziej ściąga mi zegarek z prawej ręki…

Tak, peruwiańskim złodziejom nie brakuje fantazji, z zasłyszanych historii wyciągamy jedną zasadę: „jeżeli czujesz nagły ból – zignoruj go i zwróć uwagę na cenne rzeczy, które masz przy sobie.”
Do miasta wjeżdżamy ze wzmożoną ostrożnością i czujnie rozglądamy się dookoła. Przechodnie nie są jednak zainteresowani naszymi brudnymi sakwami i bezpiecznie docieramy do miejsca noclegu.

Na zwiedzanie Limy wyruszamy pieszo. Dla bezpieczeństwa, nigdy nie nosimy żadnej biżuterii ani zegarków, a drobne pieniądze i aparat mamy zawsze głęboko schowane – ale zasłyszane opowieści sprawiają, że jesteśmy jeszcze bardziej ostrożni. Na Plaza San Martin podchodzi do mnie peruwiański turysta i proponuje, że zrobi mi zdjęcie – odmawiam i szybko dołączam do stojącego opodal Szymona.

Plaza San Martin, Lima, Peru.
Plaza San Martin, jak zwykle pełna turystów i Peruwiańczyków.

Na Plaza Mayor trójka młodych Peruwiańczyków chce zrobić ze mną wywiad w ramach lekcji angielskiego – odmawiam i szybko oddalam się. W parku na Miraflores zaczepia nas para Peruwiańczyków – chcą pogadać, sami nie wiedzą o czym… żegnamy się i odchodzimy jak najszybciej.

Efekt nadmiernej ostrożności jest taki, że zamiast poznawać miasto i ludzi – uciekamy… Unikamy rozmów i oddalamy się od lokalnych tracąc możliwość dowiedzenia się czegoś więcej o ich życiu i kulturze. Może przesadzamy?

– Proszę pana, po co to panu? – pytam taksówkarza wskazując na łańcuch, którym jest przypięte lusterko samochodowe.
– Dla obrony przed złodziejami – odpowiada taksówkach. – Inaczej by ukradli. I wy też uważajcie! – woła za nami.

Lusterko przypięte łańcuchem do samochodu. Lima. Peru.

– A torebkę niech pani przypnie tu – mówi kelnerka w restauracji i demonstruje działanie taśmy z karabinkiem, która jest przymocowana do krzesła. – Inaczej może wpaść tu złodziej i szybko uciec z pani torebką.

Karabinki do przypinania torebek w restauracji, Lima, Peru.

A może jednak nie przesadzamy?

Na szczęście mamy w Limie osobę zaufaną – niezwykłą panią Cecylię, Peruwiankę, która mówi po polsku lepiej, niż niejeden Polak! Cecylia, urodzona w Limie, wiele lat spędziła w Krakowie – tam studiowała, tam pokochała polską kulturę i Polaków. Po studiach Cecylia wróciła do Limy, lecz jej więź z Polską nie osłabła – wciąż utrzymuje kontakt z przyjaciółmi z lat studenckich, wciąż również przybywa jej nowych, polskich znajomych. My do Cecylii trafiamy z polecenia jej bliskich Polaków.

Cecylia przyjmuje nas jak swoje własne dzieci. W jej ogromnym domu aż roi się od licznej rodziny, jest nawet radosny pies. Wszyscy witają nas serdecznie, za grubym murem wreszcie czujemy się bezpiecznie – tu ufamy, nie uciekamy, jesteśmy gotowi na spotkanie. Po spokojnej nocy, rano siadamy za stołem, przegryzamy chleb z figową marmoladą i zaczynamy rozmowę.

– Teraz jest już dużo bezpieczniej, niż kiedyś – mówi Cecylia. – Ale to dla nas, Peruwiańczyków, Lima jest niebezpieczna. Na turystów nikt by nie śmiał napadać.

– Jak to nie? – dziwimy się i opowiadamy o licznych przypadkach kradzieży.
Cecylia śmieje się i macha ręką.

– Kradzieże to drobnostka. Ja mówię o prawdziwym niebezpieczeństwie – o porwaniach, strzelaninach, morderstwach! To są niebezpieczeństwa, a nie jakieś tam kradzieże… Turystów nikt by nie napadał, bo zaraz by tu były ambasady, oddziały antyterrorystyczne i kłopoty. Tego, kto napadnie turystę – w końcu znajdą i ukarzą. A tego, kto napadnie Peruwiańczyka – nawet nikt nie będzie szukał…

Słowa Cecylii niemal odbierają nam dech – więc okazuje się, że to dla turystów Lima jest „bezpieczna”…

Cecylia popija herbatę i patrząc w dal zamyśla się nad czymś. Po chwili milczenia zaczyna swą opowieść.

– To było z 10 lat temu, może 15. Moja przyjaciółka pracowała w banku i do pracy często jeździła taksówką, żeby było bezpieczniej. Ale wsiąść do przypadkowej taksówki to bardzo duże ryzyko – bo porywacze często podszywają się pod taksówkarzy. Więc przyjaciółka jeździła zawsze z tym samym, sprawdzonym taksówkarzem, przez wiele lat. Ale pewnego poranka ten taksówkarz nie mógł po nią przyjechać, a ona spieszyła się, musiała szybko być w pracy – wsiadła więc do pierwszej lepszej taksówki na ulicy i podała adres. Był to adres ogromnego banku, ona była tam tylko recepcjonistką, ale taksówkarz pomyślał pewnie, że była kimś ważnym… Po kilku minutach jazdy do taksówki wsiadł drugi mężczyzna i zaczęło się. Wywieźli ją na koniec miasta, zabrali jej wszystkie pieniądze, zażądali pinu do jej karty i z bankomatu wzięli wszystko, co miała na koncie. Byli wściekli, że miała tak mało. W końcu chyba uwierzyli jej, że więcej nie ma i wyrzucili ją z samochodu w najgorszej dzielnicy, na brzegu rzeki. Na koniec zawołali, że powinna im jeszcze dziękować za to, że jej nie zabili. Gdy odjechali, ona wstała, rozejrzała się i pomyślała: „Nie zabili mnie, ale w tej dzielnicy mieszkają sami przestępcy. Tu zaraz ktoś mnie zabije…”. Przeżyła. Od tamtej pory nigdy już nie wsiada do przypadkowej taksówki.

Słuchamy i wręcz nie chce nam się wierzyć w tę straszną historię. Cecylia pije herbatę i przez chwilę siedzi w milczeniu.

– A innym razem… Razem z siostrą chodzimy czasem do takiej restauracji – tu, niedaleko. Mają dobre jedzenie, chodzimy więc z cała rodziną. Zawsze siadamy przy tym samym stoliku. Ale tym razem przy naszym stoliku już ktoś siedział, usiedliśmy więc nieco dalej, pod ścianą. Nagle moja siostrzenica powiedziała, że musi szybko iść do domu, więc poszłam razem z nią. Ledwo przeszłyśmy kilka kroków, gdy pod restauracją wybuchła bomba, która była ukryta w samochodzie. Ludzie, którzy siedzieli przy naszym stałym stoliku, zginęli na miejscu…

– Kto podłożył tę bombę? – pytam.
– Dokładnie nie wiadomo – odpowiada Cecylia. – Ale prawdopodobnie mafia, która chciała od restauracji haracz, a właściciel nie chciał im zapłacić.

Cecylia wzdycha wracając myślami do tych wspomnień, po czym mówi dalej.

– Wiecie, że napastnikowi w Peru nie można powiedzieć „nie”? Jeżeli mu odmówicie, zabije was. Tu za rogiem napadli na bank, z bronią w ręku. Kasjer nie zgodził się dać pieniędzy – zabili go, a potem zabili kolejnego, dla przykładu. Trzeci już dał im pieniądze. Ale to też było z 10 lat temu, teraz jest już bezpieczniej.

Cecylia opowiada kolejne historie – jest ich tyle, że zupełnie tracimy rachubę. Porwania, bomby, inspekcje policyjne, napady z bronią z ręku, rabunki, rozboje, zabójstwa, pobicia, szantaże – z opowieści Cecylii wyłania się cały kodeks karny, paragraf po paragrafie,. Przy tej litanii kieszonkowa kradzież telefonu naprawdę blednie – i jestem niemal wdzięczna peruwiańskim przestępcom za to, że zagrażają nam tylko w ten sposób.

Cecylia patrzy na zegarek:

– O, już prawie południe. Idę na targ, na zakupy!

Idziemy razem z Cecylią. Ja, wciąż jeszcze pod wrażeniem strasznych opowieści, z lękiem rozglądam się dookoła, ale Cecylia całkiem spokojnie idzie przed siebie. Kupujemy świeże warzywa i owoce – sprzedawczynie uśmiechają się przyjaźnie, młody chłopak pakuje dla nas pachnące marchewki, a inny sprzedawca zachwala swoje soczewice. Po chwili rozluźniamy się zupełnie.

Razem z Cecylią odnosimy zakupy do domu, po czym wybieramy się na dalsze zwiedzanie miasta.

– Tylko nie wracajcie zbyt późno… zresztą, nic poważnego wam nie grozi – Cecylia rzuca do nas na do widzenia.

Chodzimy ulicami Limy – tymi ruchliwymi, i tymi zupełnie pustymi. Przeciskamy się w tłocznym i barwnym peruwiańskim Chinatown, w chińskich sklepikach kupujemy zieloną herbatę i migdałowe ciasteczka.

Chinatown, Lima, Peru.Chinatown w Limie.

W historycznym centrum miasta roi się od policji i uzbrojonej ochrony – nie wiemy, czy tylu funkcjonariuszy jest tu na co dzień, czy też są tu z okazji jakiegoś specjalnego wydarzenia – jest jednak pewne, że dzięki nim przechodnie czują się bardzo bezpiecznie. Nigdzie ani śladu kieszonkowca…

Ochrona na ulicach Limy, Peru.

Policja na Plaza Mayor, Lima, Peru.

Zatrzymujemy się na obiad, jedziemy miejscowym busem, przysiadamy na jednej z wielu ławeczek i oglądamy wybrzeże Pacyfiku.

Wybrzeże Pacyfiku, Lima. Peru.

Modna dzielnica Miraflores jest pełna turystów i miejscowych, którzy nic sobie nie robią z potencjalnego ryzyka – siedzą spokojnie z telefonami i tabletami na wierzchu. I nigdzie ani śladu złodzieja…

Miraflores, Lima, Peru.

Para w Miraflores, Lima, Peru.

Zachód słońca podziwiamy w nowoczesnej dzielnicy Barranco (w której jest nawet Starbucks!).

Barranco o zmroku, Lima, Peru.Barranco o zmroku.

Kilka razy rozmawiamy z przechodniami, pytamy o drogę i wymieniamy doświadczenia z innymi, peruwiańskimi turystami. Wsiadamy do autobusu i do domu Cecylii docieramy już po zmroku.

Barranco, Lima, Peru.

Nikt nas nie okradł ani nie napadł, nikt nas nie oszukał, nie obrabował, nie gonił ani nie zastraszał. Zachowując podstawowe zasady bezpieczeństwa zwiedziliśmy Limę w zupełnym spokoju. Pozostaje nam jedno pytanie: czy naprawdę jest już bezpiecznie, czy po prostu mieliśmy szczęście?

Na północ od Limy: Cordillera Blanca

Cordillera Blanca, Peru.

Potoki górskie, zielone łąki, ośnieżone skały, bajeczne oczka wodne i Alpamayo, okrzyknięta jedną z najpiękniejszych gór świata… Cordillera Blanca to ukryty skarb Peru. Dlaczego ukryty?

Peru dla większości turystów zaczyna się od Limy – i nie chodzi tu tylko o przylot na główne lotnisko kraju. Peru zaczyna się od Limy w dół – bo to tam czekają główne atrakcje, ruiny, urocze miasteczka, kaniony, wydmy, tajemnicze linie i największe jezioro wysokogórskie na Ziemi.

A co z Peru powyżej Limy? Gorąca Amazonia, muzea i wykopaliska archeologiczne oraz pasmo górskie Cordillera Blanca to plan B – jeżeli starczy czasu, albo gdy pierwotne plany zostaną pokrzyżowane. Jaki tego efekt? Znacznie mniej turystów, tańsza baza noclegowa i restauracyjna, niewielu naciągaczy oraz wspaniałe atrakcje, których nie przysłania tłum.

Górskie pasmo Andów, Cordillera Blanca, jest perłą północnego Peru. Największe miasto w Cordillera Blanca to Huaraz. Poza niższą temperaturą, niewiele różni Huaraz od innych peruwiańskich miast – wielobranżowy targ pochłania całe ulice, liczne i puste hotele znajdują się niemal w każdym budynku, a Indianie w kolorowych strojach wyglądają niczym z okładki National Geographic.

Huaraz można by porównać do Zakopanego – regionalny koloryt, górskie powietrze i piękne góry, do których jednak trzeba trochę dojechać.

Huaraz, w tle - szczyty Cordillera Blanca, Peru.

Andy są znacznie wyższe od polskich Tatr – Huascaran, najwyższy szczyt Peru leżący w Cordillera Blanca, mierzy sobie 6655 m n.p.m. To właśnie wysokość jest jedną z przyczyn, dla których lokalne bary serwują herbatkę z koki – koka, znana z wielu dobroczynnych właściwości, pomaga m.in. w adaptacji organizmu do znacznych wysokości.

Mate de coca (herbatka z koki).

Jednym z najprzyjemniejszych górskich szlaków wychodzących z Huaraz, jest droga do Laguny Churup. By dotrzeć do szlaku, wyruszamy wczesnym rankiem wzbudzając po drodze niemałą sensację naszym tandemem. Jedziemy pod górę mijając Indian, którzy w górskim potoku urządzają pranie.

Idianie podczas prania, Huaraz, Peru.

Szutrowa i kamienista droga stromo wije się pod górę przez lasy, pola i rdzenne wioski.

– Dokąd jedziecie? – pyta kobieta w szerokiej, kolorowej spódnicy.
– Do Laguny Churup!
– Ale to daleko, nie dojedziecie tam na rowerze! – kobieta aż podskakuje z wrażenia.

W odpowiedzi uśmiechamy się tylko – znamy już peruwiańskie pojęcie odległości.

Dalekie szczyty zbliżają się, wioski ustępują miejsca rozległym polom, a pojedyncze chaty – eleganckim ośrodkom wypoczynkowym.

Ośrodek wypoczynkowy w Cordillera Blanca.Ośrodek wypoczynkowy w Cordillera Blanca.

Wreszcie, zmęczeni już nieco rowerową wspinaczką, docieramy do parkingu, z którego swój początek bierze szlak do Laguny Churup. Tu zatrzymują się samochody dowożące turystów, tu również czeka lokalny strażnik parku, który pobiera opłatę za wejście na szlak (równowartość kilku złotych).

Początek szlaku do Laguna Churup, Peru.

Szlak do laguny wiedzie wśród górskich szczytów, a widoczne z daleka niższe pasma powoli chowają się w cieniu. Po drodze mijamy innych amatorów górskich wycieczek – ciekawi historii ich podróży witamy się i rozmawiamy przez chwilę. Prawie wszyscy nasi rozmówcy są w trakcie dłuższych wypraw – w drodze od kilku miesięcy, a nawet od roku.

Widok ze szlaku do Laguny Churup.

Droga pod górę nie jest trudna – pozostając w sferze tatrzańskich porównań, to taki spacer do Doliny Pięciu Stawów. Jednak na końcu szlaku zamiast pięciu – jest jeden staw, Laguna Churup. W czystej wodzie odbija się widok ostrych skał i śniegu.

Laguna Churup, Peru.Laguna Churup.

Ponieważ droga rowerem zajęła nam nieco więcej czasu, niż jazda samochodem – jesteśmy tu jako ostatni. Podziwiamy lagunę w zupełnej ciszy i samotności. Jest bardzo spokojnie, czujemy się również bardzo daleko. Od wszystkiego.

Następnego dnia pakujemy sakwy i wyruszamy do Caraz – kolejnego, malowniczo położonego miasteczka w Cordillera Blanca. Trasa to nieustające górki i doliny – czyli tak dobrze znane nam z Ekwadoru podjazdy i zjazdy. Po drodze mijamy ośnieżone górskie szczyty, które majestatycznie stoją na straży okolicy.

Widok z trasy Huaraz - Caraz.

Jeżeli Huaraz jest Zakopanym, Caraz to Bukowina Tatrzańska – znacznie mniejsze miasteczko z niewielkim ryneczkiem i targiem, również otoczone górami. Stąd następnego dnia o poranku wyruszamy do Laguny 69, która jest opisywana jako najpiękniejsze miejsce w Cordillera Blanca.

Busem złapanym na ulicy jedziemy do miasteczka Yungay, położonego pomiędzy Caraz i Huaraz. Nie chcemy jechać z wycieczką ani autobusem agencji turystycznej – wolimy transport lokalny, z Indianami, tańszy – jak nam się wydaje. Znajdujemy busika jadącego na drugą stronę kordyliery i aż po brzeg napakowanego Indianami. Pytamy, ile kosztuje przejazd do punktu startowego szlaku (cebollapampa) – i słyszymy zawrotnie wysoką kwotę. Cóż robić – wsiadamy, po chwili dołączają do nas jeszcze dwie turystki z Niemiec.

Indianie na nasz widok przesuwają się i dają nam najlepsze miejsca, a kierowca kilkukrotnie mówi do Szymona, że już za chwilę ruszamy – jakby oczekiwał nagany z jego strony. Kierowca ani razu nie odzywa się do mnie, ani do Niemek i nie poświęca nam nawet jednego spojrzenia – widocznie w zwyczaju jest zwracanie się wyłącznie do mężczyzn.

Ruszamy, ostatni Indianie płacą za przejazd zupełne grosze, a my orientujemy się, że zapłaciliśmy dokładnie tyle, ile wynosi regularna stawka przejazdu z agencją turystyczną. Tak, nie ma co udawać – nie jesteśmy stąd, i nigdy nie będziemy traktowani jak lokalni. Brak nam ciemnego koloru skóry, zamiast płóciennych ubrań nosimy kurtki z gore i mierzymy sporo ponad 150 cm wzrostu. Jesteśmy gringo – będziemy więc traktowani jak gringo. Przynajmniej w Peru. Na chwilę powracam myślami do Kolumbii, gdzie było zupełnie inaczej…

Trasa do cebollapampa („pole cebulowe”) wiedzie przepięknymi dolinami. Bus podskakuje na wyboistej drodze, wczesna godzina zmusza do snu, ale walczę ze zmęczeniem i podziwiam widoki za oknem.

Po ponad dwóch godzinach jesteśmy na polu cebulowym – ruszamy na szlak, turystki z Niemiec wyprzedzają nas zdecydowanym krokiem, a obok przemykają osiołki załadowane różnorodnymi towarami. Idziemy płaską doliną i podziwiamy sielskie widoki okolicy.

Szlak do Laguna 69.

Idący w dole szlak, w końcu zaczyna piąć się pod górę. Mijamy liczne wodospady i kierujemy się w stronę ośnieżonych szczytów.

Wodospad w drodze do Laguny 69.

Po chwili szlak staje się coraz bardziej stromy, idziemy nieco wolniej, podejście jest zdecydowanie bardziej wymagające, niż do Laguny Churup. Mijamy odpoczywających turystów, po jakimś czasie ponownie spotykamy turystki z Niemiec, które już wracają… Czyżby tak szybko dotarły do Laguny? Nie, poddały się po drodze, szlak okazał się dla nich zbyt trudny…

My jednak nie zniechęcamy się. To nie Mount Everest, to co najwyżej polskie Rysy. Idziemy, idziemy, idziemy… i już?

Laguna 69, Peru.

Naszym oczom ukazuje się niebieskie oczko wodne, wokół którego gromadzą się turyści. Przybysze z USA, Kanady, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii radośnie biegają wzdłuż brzegu i pozują do zdjęć.

Turyści przy brzegu Laguny 69.

Jest przeraźliwie zimno, a mimo to niektórzy z nich, specjalnie przygotowani do sesji zdjęciowej, dokonują najwyższych poświęceń…

Sesja zdjęciowa przy Lagunie 69.

Siadamy przy oczku wodnym i podziwiamy Lagunę 69, lecz jeszcze większym podziwem obdarzamy turystów, którzy biegają dookoła. Nasz zachwyt nie sięga nawet do połowy ich zachwytu, nasz entuzjazm nie może równać się z ich entuzjazmem. Patrzymy na Lagunę 69, patrzymy na rozanielonych turystów i po raz pierwszy tak wyraźnie zdajemy sobie sprawę z pewnego faktu: Polska jest piękna. Nasz podziw dla Laguny 69 jest umiarkowany wcale nie dlatego, że lagunie brakuje uroku – my po prostu znamy nasze Morskie Oko, Dolinę Pięciu Stawów i Czarny Staw. Znamy Tatry Wysokie z ośnieżonymi szczytami, oczkami wodnymi, ostrymi skałami i malowniczymi szlakami. Laguna 69 jest piękna – ale chyba po raz pierwszy w naszej podróży, ważąc na szali odwiedzane miejsce z rodzimym pięknem, widzimy przewagę dla Polski. Naprawdę – Polska jest przepiękna!

Peru – kraj ruiną podszyty.

Ruiny Chan Chan, Peru.

W Peru idąc ulicą, przystając na skwerku, spacerując po wzgórzach i dolinach prawdopodobnie cały czas stąpamy po starożytnych ruinach, które wciąż nie zostały odkryte. Różnorodne kultury prekolumbijskie pozostawiły po sobie wiele śladów – najnowsze odkrycia archeologiczne ujrzały światło dzienne dopiero w 2007 roku. Ile zapomnianych miast, grobowców i skarbców wciąż czeka na odkrycie? Ile pagórków, nizin, i lasów kryje bezcenne pamiątki po kulturach prekolumbijskich? Tego nie wie nikt, ale niezliczone ekipy archeologów wciąż kopią…

W północnej części wybrzeża, poza głównym szlakiem turystycznym, znajdują się jedne z ciekawszych ruin w kraju.

Muzeum Sipan, Chiclayo, Peru.Muzeum Sipan, okolice Chiclayo.

20 kilometrów na wschód od miejscowości Chiclayo, w Muzeum Sipan, można podziwiać pamiątki po kulturze Sipan, która zamieszkiwała okolicę w początkach naszej ery. Grobowiec władcy Sipan odkryto w roku 1987, a jego budowę datuje się na 100 rok ne. W grobowcu, poza liczną służbą, zwierzętami i sprzętami domowymi, znaleziono również mnóstwo złota, które po blisko 1977 latach spędzonych pod ziemią, wypełnia teraz sale Muzeum Sipan.

Pobliskie Chiclayo trudno nazwać pięknym – nieduże miasteczko wije się gęstymi uliczkami, stoi w korkach i hałasuje wielkim targowiskiem ulicznym, gdzie handlarze obok gotowanych przepiórczych jaj, oferują również gumowe wyroby ze starych opon, różnorakie amulety oraz eliksiry mające zapewnić wieczną miłość i szczęście w interesach. To właśnie w Chiclayo po raz pierwszy natykamy się na chińską mniejszość narodową w Peru. Jest to mniejszość całkiem liczna – chińskie restauracje (tzw. Chifa) znaleźć można niemal na każdej ulicy.

Aby odwiedzić inne, niedawno odkryte ruiny, wyruszamy w kierunku Trujillo. W pamięci mamy piękne wybrzeże Pacyfiku w USA, tymczasem Pacyfik w Peru nie należy do szczególnie urokliwych. Droga z Chiclayo do Trujillo to pustynia z ambicjami do wysypiska śmieci.

Widok z trasy Chiclayo - Trujillo, Peru.

Ludzie żyją w lepiankach bez łazienek ani żadnych innych udogodnień, a wiatr od oceanu utrudnia nawet najprostszą rozmowę (i zdecydowanie bardzo utrudnia jazdę rowerem…).

Sława Trujillo dotarła do nas na długo przed naszą wizytą w tym mieście. „Trujillo jest niebezpieczne, uważajcie tam na złodziei” – pisze Cecilia, znajoma Peruwianka mieszkająca w Limie. Jesteśmy tą informacją tym bardziej zaskoczeni, że to właśnie Lima cieszy się najgorszą sławą pod względem ilości złodziei i kieszonkowców – skoro jednak ktoś mieszkający w Limie ostrzega nas przed Trujillo, montujemy sobie oczy dookoła głowy, a głowę na karku. Do miasta wjeżdżamy ze wzmożoną ostrożnością.

Trujillo, znajdujące się poza głównym szlakiem turystycznym, zaskakuje nas ilością hoteli, hosteli i innych miejsc noclegowych – a jednak to tu po raz pierwszy w naszej podróży mamy poważny problem ze znalezieniem noclegu (który zmieści się w naszym budżecie, i w którym zmieści się rower). Recepcjoniści, niczym zmówieni, kręcą nosem na tandem, albo wyśpiewują astronomiczne kwoty, o jakich nie śniło się w innych peruwiańskich miastach (no, może poza tymi najbardziej turystycznymi). Po przeglądzie absurdalnie drogich hosteli w centrum i absurdalnie obskurnych hosteli w okolicy dworca autobusowego, decydujemy się na najrozsądniejszy cenowo hotel, na obrzeżach centrum.

Plaza de Armas, Trujillo, Peru.Trujillo, plaza de Armas.

Rano Trujillo wygląda już znacznie lepiej – wita nas przepiękny Plaza del Armas z posadzką lśniącą niby lustro i otoczony ścianami malowniczych kamieniczek. Spacerujemy, przysiadamy na ławeczkach, podjadamy miejscowe smakołyki i czujemy się bezpiecznie. Nic nie wskazuje złodziejskiego zagrożenia.

Trujillo, Peru.Trujillo, Peru.

Po chwilach odpoczynku wyruszamy na poszukiwanie ruin, a trasę znaleźć niełatwo… Nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, unikamy pytania o drogę – jednak znaki drogowe również nie służą nam pomocą. Przystajemy przy stacji benzynowej, a ja pytam dwóch Peruwiańczyków usadowionych wewnątrz, którędy do ruin, oni natomiast odpowiadają pytaniem na pytanie:
– Skąd jesteście?
– Z Polski.
– Od dawna na tandemie?
– Od 2 miesięcy.
– Od dawna w Trujillo?
– Od wczoraj.
– To krótko… chodźcie na piwo.
– Słucham?
– No, chodźcie wypić z nami piwo – tu, w barze…
– Dziękujemy, ale nie mamy czasu. Którędy do ruin?
– A… nie wiemy…

Wreszcie jakimś trafem zjeżdżamy z głównej drogi i jedziemy dalej piaszczysta ścieżką. Tandem podskakuje na wybojach, gonią nas szczekające psy, mijamy walące się chaty i nie chce się nam wierzyć, że taka boczna ścieżka wiedzie do jednych z najważniejszych ruin w kraju! A jednak…

Ruiny leżące 10km na południowy wschód od Trujillo to Świątynie Słońca i Księżyca (Las Huacas del Sol y de la Luna) – największe prekolumbijskie struktury w Peru. Stworzone przez kulturę Moche, strukturalnie przypominają rosyjskie matrioszki – Indianie Moche swoim zwyczajem, zamiast odnawiać stare świątynie, zamykali je wewnątrz nowych. Kolejne świątynie, nadbudowywane na poprzednich, tworzą teraz kolejne warstwy historii.

Kopiec, na którym trwają prace archeologiczne, okolice Trujillo, Peru.Kopiec, na którym trwają prace archeologiczne.

W okolicy Świątyń Słońca i Księżyca stoją po części rozgrzebane wzgórza i kopce – tam archeolodzy wciąż odsłaniają tajemnice sprzed wieków.

Po wizycie w ruinach świątyń opuszczamy Trujillo i udajemy się nad Pacyfik, do oddalonej o 20 km miejscowości Huanchaco. Droga biegnie w dół, zjeżdżamy więc zupełnie bez wysiłku. Chłodny powiew Oceany Spokojnego czuć już z daleka, na plażę docieramy jeszcze przed zachodem słońca.

Plaża w Huanchaco, Peru.

Huanchaco to wakacyjna, urocza miejscowość, gdzie linię brzegową wyznaczają luksusowe hotele – jakby na przekór ogólnym tendencjom, tu nigdy nie brakuje turystów. W miasteczku panuje atmosfera kurortu, restauracje prześcigają się w ofertach, a prawie wszystkie pokoje w hostelach i hotelach są zajęte. Nocleg znajdujemy po dłuższych poszukiwaniach.

Zarówno Trujillo, jak i Huanchaco służą za bazę wypadową do ruin Chan Chan, które znajdują się w połowie drogi pomiędzy dwoma miasteczkami.

Ruiny Chan Chan, Peru.

Stworzone przez kulturę Chimu, Chan Chan w swoim czasie było największym miastem prekolumbijskim na kontynentach amerykańskich. Zbudowane z użyciem cennych metali niedługo cieszyło się swą potęgą – podbite przez Inków w 1460 roku i zrabowane przez Hiszpanów zamieniło się w ruinę. Dziś pomiędzy zburzonymi budowlami spacerują jedynie turyści i peruwiańskie psy, które same w sobie są niemałą osobliwością.

Pies peruwiański, rasa pierwotna.

Tę niezwykłą rasę wyróżnia niemal całkowity brak sierści i iście rodowa historia. Peruwiańskie psy należą do ras pierwotnych – zamieszkiwały tereny dzisiejszego Peru na długo przed przybyciem konkwistadorów, towarzyszyły Inkom, a nawet kulturom preinkaskim. To jedna z najstarszych ras psów.

Pomijane przez większość turystów północne Peru to nie tylko ruiny – to również przepiękna Cordillera Blanca, górskie pasmo Andów. Zielone laguny, ośnieżone szczyty, odległe wioski i herbatka z koki bardzo nas kuszą – wyruszamy więc do miejscowości Huaraz. A wyruszamy tam już w następnym wpisie.

Peru – między prawdą a uprzejmością.

Granica pomiędzy Ekwadorem a Peru.

– Kraina Inków, pena zagadkowych ruin.
– Komercja, komercja, komercja!
– Góry, wybrzeże, amazońska dżungla i 28 z 31 stref klimatycznych!
– Szamani, tajemne rytuały, wróżby, amulety, klątwy i przesądy!
– Kraj oszustów i złodziei, gdzie okradną każdego.

Tak – o Peru słyszeliśmy już chyba wszystko. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy tajemniczej Amazonii, spotkania z potomkami Inków i wypraw w góry. Z lekką obawą myśleliśmy o lokalnych kieszonkowcach, a wyprawę na Machu Pichu planowaliśmy z mieszanymi uczuciami. O szamanach, klątwach i przesądach nawet nie wspominaliśmy…

Górska miejscowość La Balsa. W budzie skleconej z kilku desek celnik podbił paszporty i tym samym dopełnił naszego pożegnania z Ekwadorem. Po przejściu przez nadżarty rdzą, metalowy most byliśmy już w Peru. Dziwna rzecz, taka granica. Niby tylko kilka kroków – i wszystko ma być już inne? Na pierwszy rzut oka wyglądało podobnie – no, może trochę więcej bezładnie porozrzucanych, drewnianych bud…

Pani w peruwiańskiej budzie wyposażyła nas w karteczki i wskazała posterunek policji, w którym mieliśmy uzyskać wymagane pieczątki.

Peru, posterunek policji w przygranicznej miejscowości.Posterunek policji (zielona buda).

Podchodzimy do budy posterunku, która świeci pustkami – policjant bowiem baluje na imprezie w budzie obok. Podchodzę bliżej i widzę, że jest to impreza urodzinowa – już po kilku sekundach rozbawieni Peruwiańczycy niemal siłą wciągają mnie na parkiet, a do rąk wciskają mi szklankę z lokalnym alkoholem.

Impreza urodzinowa, przygraniczna miejscowość w Peru.Impreza urodzinowa.

– Ale ja potrzebuję pieczątkę graniczną od policjanta! – wołam do mundurowego.
– To potańczmy jeszcze 5 minut! – odkrzykuje policjant z czerwoną twarzą, wywijając przy tym rękami i nogami.
– Czy to pan przybija graniczne pieczątki? – próbuję się upewnić przekrzykując głośną muzykę.
– Tak – odkrzykuje policjant obracając obfitą Peruwiankę, a ja wcale nie jestem pewna, czy odpowiada na moje pytanie, czy wyśpiewuje radośnie słowa piosenki (Si, si, si…).

Czuję się lekko zdezorientowana, gdy nagle zwraca się do mnie roztańczona Peruwianka:
– Po pieczątkę musisz zejść niżej, tam za wał!

Idę więc, schodzę niemal na poziom rzeki i po chwili jestem w kolejnej drewnianej budzie. Policjant już zupełnie profesjonalnie podbija nasze kartki i życzy nam miłego pobytu.

Jest godzina 16.00, wsiadamy na tandem, ruszamy przed siebie i mijamy po drodze budę z roztańczonym policjantem. – On chyba raczej śpiewał, niż odpowiadał na moje pytanie – myślę wówczas. Kilka godzin później nie byłam już tego pewna…

Z przygranicznej miejscowości chcemy dotrzeć do San Ignacio, Google maps pokazało 40 kilometrów, jesteśmy więc dobrej myśli. Droga wije się pod górę, po czym spada w dół, asfalt przemienia się w piach, dalej kostka brukowa prowadzi nas do niewielkiej wioski.

– Dokąd jedziecie? – woła starsza kobiecina.
– Do San Ignacio – odpowiadamy.
– To niedaleko, jakieś 20 kilometrów – odkrzykuje kobieta.

Jesteśmy przyjemnie zaskoczeni, widocznie Google się myli – nie martwi nas więc zapadający zmrok i brak najsłabszego światełka w rozległych lasach. Góra – dół – góra – dół… Jest! Wreszcie jest miasteczko, to chyba już San Ignacio…
W ciemnościach rozproszonych przez jedną, słabą latarnię przystajemy pośrodku niewielkiej wioski. Witają nas milczące spojrzenia kilku siedzących na ławkach i w rikszach Peruwiańczyków.

– Dobry wieczór, czy to San Ignacio?

Odpowiada nam milczenie, a spojrzenia lokalnych wydają się nabierać wrogości… Nie wiem już, czy powinniśmy pytać dalej, czy raczej uciekać!

– San Ignacio? – pytam ponownie.
– Nie – po dłuższej chwili odpowiada jeden z mężczyzn i wydaje nam się, że słowa przychodzą mu z dużym trudem.
– A jak daleko jest do San Ignacio? – pytam i znów odpowiada mi przedłużające się milczenie. Szukając odpowiedzi patrzymy na twarze kolejnych osób, aż w końcu odzywa się ten sam mężczyzna.
– Jakieś 60 kilometrów…

Twarze bieleją nam z przerażenia – 60 kilometrów? I to pod górę? Dziękujemy za pomoc i odjeżdżamy odprowadzani nieprzyjaznymi spojrzeniami. Ktoś tu się musi mylić: Google, pani z pierwszej wioski, czy niemiły mężczyzna… ale kto?

Jedziemy dalej i chcąc rozwiać nasze wątpliwości, pytamy o odległość niemal każdą napotkaną osobę.

– 12 kilometrów – mówi pani z dzieckiem na ręku.
– 40 kilometrów – odpowiadają nastoletni chłopcy.
– 15 kilometrów – twierdzi starszy pan o lasce.
– 25 kilometrów – wołają robotnicy układający nową drogę.

Odpowiedzi Peruwiańczyków przypominają zgadywankę – nie mamy pojęcia, skąd wywróżyli tak różne odległości, ale przestajemy przejmować się tym, co mówią. Licznik rowerowy, jakby dopasowując się do miejscowych tendencji, przestaje działać – lecz po chwili znów budzi się do pracy i wiernie odmierza kilometr po kilometrze. Droga jest jedna, a my podążamy w głąb Peru – na pewno więc jedziemy w dobrym kierunku.

Grzęźniemy w błocie, uciekamy przed chmarą dzieci domagających się cukierków, sterczymy za szlabanem w ruchu wahadłowym, pchamy rower pod niemal pionowy podjazd, zjeżdżamy w dół nierównym szutrem. W samym środku lasu licznik pokazuje 40 kilometrów – nawet Google nie powiedział prawdy…

10 kilometrów i wiele myśli pełnych niepewności później docieramy do San Ignacio. Nie ma już wątpliwości – jesteśmy na miejscu. To duże jak na północne pustkowia w Andach miasto znajduje się zupełnie poza szlakiem turystycznym, a jednak hoteli tu nie brakuje – nocują w nich głównie Peruwiańczycy. Z ulgą zsiadamy z tandemu, jemy prosty posiłek i mierzymy siły na zamiary. Najbliższa miejscowość to Jaen – Google pokazuje 85 kilometrów. Wierzyć mu? Czy lepiej zapytać kogoś miejscowego?
Pierwsza miejscowość, którą naprawdę chcemy odwiedzić, to Chiclayo – Google pokazuje 274 kilometry. Wierzyć mu…?

Zaczynamy rozumieć peruwiańską skłonność do wiary w klątwy, czary i przesądy – prawdopodobnie sprawdzają się równie często, jak przewidywania, odpowiedzi przechodniów, dane zawarte w mapach czy pozorne fakty. Rozumiemy również milczenie Peruwiańczyków, których pytaliśmy o odległość do San Ignacio – oni po prostu nie znali odpowiedzi. Nie byli wrogo nastawieni – nie wiedząc, co odpowiedzieć, próbowali zmyślić odpowiedź na poczekaniu. Bo przecież coś odpowiedzieć trzeba – zwłaszcza białemu gringo, który pyta bezpośrednio, patrząc w oczy. I powtarza pytanie pomimo głuchego milczenia. Coś odpowiedzieć trzeba – a czy w odpowiedzi poda się 20, 30 czy 40 kilometrów, to już nie ma takiego znaczenia…

W trakcie naszej podróży po Ameryce Południowej dowiedzieliśmy się, że rdzenni Indianie zawsze odpowiadają na pytanie zadane przez gringo – inaczej, w ich własnym mniemaniu, wykazaliby się dużą niegrzecznością. Co więcej – gdy tylko jest to możliwe, na pytanie odpowiedzą „tak”. Odpowiedź „nie” byłaby szczytem nieuprzejmości, nawet jeżeli podróżnik zapyta o to, czy w miejscu przepaści jest droga. Roztańczony policjant na imprezie urodzinowej odpowiedział na moje pytanie „tak, chociaż odpowiedź brzmiała „nie. Najpierw uprzejmość, potem prawda…

Ekwador – pomiędzy granicami.

tandemem w Parku Podocarpus, Ekwador.

W podróży, w ruchu, w drodze – dni jak widoki za oknem pociągu szybko uciekają w tył, a my, niemal codziennie przemieszczając się z miejsca w miejsce, do perfekcji opanowaliśmy już sztukę adaptacji.

Nowe miasto: nowy nocleg, nowy targ z jedzeniem, nowe atrakcje i miejsca do zobaczenia, nowi ludzie. Wedle tej idei orientujemy się w przestrzeni i planujemy czas, którego zawsze jest zbyt mało – a podróżujemy przecież tylko po kontynentach amerykańskich i na jeden kraj poświęcamy około miesiąca. Jak czują się Ci, którzy objeżdżają cały świat? I ile im to zajmuje lat?

Do wszystkiego co nowe, przyzwyczajamy się bez problemu, ale przywyknięcie do tego, co stałe jest dla nas o wiele trudniejsze. Mi najbardziej we znaki daje się codziennie rozpakowywanie i ponowne pakowanie sakw rowerowych. Nieśmiało tęsknię za podróżą samochodem, gdzie można pozwolić sobie na lekki nieład i swobodne wrzucanie rzeczy do bagażnika – tymczasem sakwy codziennie muszą być dobrze wyważone i równo spakowane.

Andy, Ekwador.

Ekwador ze swoimi górami i dolinami, Indianami przyodzianymi w poncha i kapelusze, świnkami morskimi z rożna i amerykańskimi emerytami jest już dla nas oswojony i poznany. Po raz kolejny przekonujemy się o tym, że możemy liczyć na pomoc Ekwadorczyków – przy jednym z długich podjazdów zatrzymuje się obok nas pickup, a jego kierowca nie tylko przewozi nas przez kilka morderczych gór i dolin, ale będąc pod wrażeniem naszej historii zaprasza nas na obiad.

Czujemy się w Ekwadorze niemal jak u siebie – nawet odwiedzając rdzenną miejscowość Somoto, gdzie mieszkające plemię Indian wyraźnie odróżnia się ubiorem.

Indianka w Somoto, Ekwador.Indianka mieszkająca w Somoto.

Indianin w Somoto, Ekwador.Indianin mieszkający w Somoto.

W miejscowości Loja już pierwszego wieczoru poznajemy ryneczek znajdujący się niedaleko naszego hotelu (za $5 od osoby), w knajpce obok jemy kolację ($1,75) i wybieramy się na przejażdżkę po niczym nie zaskakujących górach i dolinach.

Leżący nieopodal Loja Parque Nacional Podocarpus jest – podobnie jak większa część parków w Ekwadorze – bezpłatny. Droga do parku wiedzie pod górę, a ekwadorska roślinność pnie się bujnie po stokach.

Widok z Parque Nacional Podocarpus, Ekwador.

Parque Nacional Podocarpus dzieli się na dwie części – jedna z nich leży w górach, a druga – w ekwadorskiej części Amazonii. My odwiedzamy jedynie górską część i niemal przy wejściu wita nas sympatyczny lis – oswojony z ludźmi podchodzi dość blisko i nieśmiało liczy na poczęstunek.

Lis w Parque Nacional Podocarpus, Ekwador.

Z Loja wyruszamy do naszej ostatniej miejscowości w Ekwadorze – Vilcabamba. Sadowimy się wygodnie na siodełkach, zakładamy okulary przeciwsłoneczne i czujemy się niemal jak na niedzielnej wycieczce – droga do Vilcabamba spada w dół, kolejne kilometry mijają bez żadnego pedałowania i do naszego celu docieramy jeszcze przed zmrokiem.

Droga z Loja do Vilcabamba.
Droga biegnąca z Loja do Vilcabamba.

Nasz ostatni przystanek w Ekwadorze jest dla nas jednak pewnym zaskoczeniem. Poza Indianami i emerytami z Zachodu widzimy tu… spore grupy hipisów w bardzo różnym wieku. Siedzą zrelaksowani na skwerku prężąc w słońcu swoje dredy, spacerują w przyluźnych spodniach i w kolorowych koszulkach, plotą bransoletki z muliny, uprawiają jogę na trawnikach…

Vilcabamba to wymarzone miejsce dla tych, którzy tworzą kontrkulturę dzisiejszego świata. Daleko od wszystkiego, wystarczająco mała, by zachować spokój, wystarczająco duża, by dostarczyć atrakcji (kawiarenki, restauracje), pięknie położona, z umiarkowanym przepływem turystów… Vilcabamba jest zdecydowanie inna, niż pozostałe miasteczka w Ekwadorze – podobnie, jak na nowojorskim Bedford i w gwatemalskim San Marcos la Laguna – amatorzy alternatywnego trybu życia wprowadzają tu swoją energię, luz, beztroskę i ale i pewną specyfikę.

W Vilcabambie (która w pełni zasługuje na swoją nazwę) wsiadamy w autobus i jedziemy w kierunku peruwiańskiej granicy. Mamy wrażenie, że dopiero przed chwilą przekraczaliśmy granicę z Kolumbii – a tu już pora na kolejny kraj. Autobus podskakuje po wyboistej drodze, która zdecydowanie nie jest stworzona dla rowerów – ale okazuje się, że to jeszcze nic. Do samej granicy z Peru już nie jeżdżą autobusy – wyruszamy tam chivą, czyli ciężarówką przerobioną na autobus.

Tandem w Chibie, Ekwador.

Chiva, Ekwador.
Ekwadorska Chiva.

W Chivie czekają nas podskoki jak na trampolinie – po dwóch godzinach drogi, wytrzęsieni jak nigdy dotąd, stajemy na ekwadorsko-peruwiańskiej granicy. Przed nami nowy, nieznany kraj, nieznane miejsca, nieznani ludzie i nieznane zwyczaje. W podróży tak to już bywa, że to co nieznane, szybko staje się znane – a to, co znane, szybko odchodzi w dal.

Tandemem przez krainę zmniejszaczy głów.

Andy w Ekwadorze.

Na południu Ekwadoru czeka sławny na cały świat wulkan Chimborazo, wyjątkowe miasto Cuenca oraz miejscowości zamieszkałe przez rdzennych Indian. Co ważne – podczas podróży w te fascynujące rejony włos nam dziś z głowy nie spadnie – a dawniej spadały nie tylko włosy, lecz również same głowy. Z rąk wojowniczego plemienia Jivaro ginęli Indianie innych plemion, jak również przypadkowi podróżnicy i konkwistadorzy. Dowodem zwycięstwa były głowy ofiar, które dziś pozostają już tylko niemymi świadkami owych krwawych wydarzeń. Każdego, kto chce zobaczyć te makabryczne eksponaty, czeka wyprawa do miasta Cuenca.

Do Cuenca jedziemy przez miejscowość Riobamba, a po drodze czeka przełęcz Chimborazo… Dla naszego tandemu to prawdziwe wyzwanie. Długo i z mozołem wspinamy się na wysokość blisko 4000 m n.p.m., by zaraz potem nabrać zupełnie niespodziewanego przyspieszenia. Pędzimy, toczymy się w dół coraz szybciej i nagle, bez żadnego ostrzeżenia bijemy nasz rekord prędkości na tandemie: licznik pokazuje przez chwilę 80 km/h. Wiatr świszczy nam w uszach, krajobraz przesuwa się w mgnieniu oka, a wulkan Chimborazo szybko ucieka w tył.

Chimborazo to wulkan bardzo szczególny, niektórzy wynoszą go nawet ponad Mount Everest. Wysokość Chimborazo to zaledwie 6268 m n.p.m. – skąd więc porównania do liczącej sobie 8848 m n.p.m. najwyższej góry świata? Dlaczego niektórzy uważają, że to właśnie Chimborazo – a nie Mount Everest – jest najwyższy?
Chimborazo znajduje się tuż przy równiku i to właśnie jego szczyt jest punktem leżącym najdalej od środka ziemi – czyli licząc od środka kuli ziemskiej, to Chimborazo (a nie Mount Everest) jest najwyższą górą świata.
Chimborazo, znacznie tańsze i bardziej dostępne od Mount Everestu, jest więc wymarzonym wyzwaniem dla każdego, kto chce zdobyć najwyższą górę świata. Zainteresowanie wejściem na wulkan stało się aż tak wielkie, że obecnie na szczyt wprowadzane są całe wycieczki – ich uczestnicy idą pod górę „w ogonku”, a do wejścia na szczyt ustawiają się w kolejce.

Na wulkan można wejść tylko w asyście przewodnika, który najczęściej w cenie wyprawy oferuje również transport, jedzenie, wodę i sprzęt, ale o wcześniejszą aklimatyzację należy zadbać samemu. Standardowa wyprawa wygląda tak:
– wjazd jeepem na wysokość 4800 m n.p.m.
– wejście do schroniska na wysokość 5000 m n.p.m.
– odpoczynek i posiłek
– początek trekkingu na szczyt: o północy
– wejście na szczyt: ok 7 rano
– zejście do 4800 m n.p.m.
– zjazd jeepem do najbliższej miejscowości (Riobamba).

Masowość i seryjna produkcja zdobywców szczytu nie zachęciły nas do wejścia na Chimborazo – wulkan podziwialiśmy jedynie z daleka.

Pobliska miejscowość Riobamba ma niewiele do zaoferowania – tędy biegnie kolej „Nariz del Diablo” (Nos Diabła), która jest dość rozczarowującą atrakcją turystyczną, stąd wyruszają wyprawy na Chimborazo, tu również znajduje się największe chyba zagęszczenie chińskich restauracji w Ekwadorze.

Z Riobamby udajemy się do miasta Cuenca.

Cuenca, Ekwador.
Cuenca, Ekwador.

W tej pięknej i bardzo turystycznej miejscowości znajduje się dość duża społeczność amerykańskich emerytów – i dowiadujemy się o tym już na samym początku naszej wizyty. Jadąc tandemem przez wąską uliczkę mijamy przechodnia, który bardzo wyróżnia się w tłumie: wysoki blondyn z włosami przyprószonymi siwizną i z beztroskim uśmiechem.

– Amerykanin – myśli Szymon.
– Polak – myślę ja.

Wysoki pan patrzy na nas, dostrzega rower, a w jego oczach pojawia się fascynacja. Przystajemy na światłach, a pan podbiega do nas i pyta czystym angielskim:
– Skąd jesteście? Od dawna na rowerze?
– Jesteśmy z Polski, na tandemie od miesiąca – odpowiadam i ruszamy, ponieważ mamy zielone, lecz po chwili przystajemy na kolejnych światłach, a pan dogania nas bez problemu.
– Gdzie nocujecie? – pyta pan.
– Właśnie szukamy hostelu… – odpowiadam.
– To nie szukajcie – uśmiecha się pan. – Mam tu piękne, duże mieszkanie i zapraszam was do siebie!

Joe, który tym sposobem z przechodnia stał się naszym gospodarzem, już od dawna jest związany z Ekwadorem. Przed laty ten Amerykanin polskiego pochodzenia mieszkał i pracował niedaleko San Francisco, a dokładniej w Palo Alto. Okolica ta – znana niektórym pod nazwą „Krzemowa Dolina” – na masową skalę produkowała nie tylko innowacje i nowości komputerowe, lecz również… rozpieszczone nastolatki. Joe z niepokojem obserwował swoje dorastające dzieci i ich rówieśników – liczyły się dla nich jedynie najnowsze gadżety elektroniczne, drogie ubrania i samochody. Joe, wychowany w zupełnie innych warunkach, nie potrafił porozumieć się ze swoimi dziećmi – i wtedy postanowił pokazać im życie, jakiego nie znały. Życie bez komputerów w każdej szkole i bez dyskotek w modnych klubach; życie bez markowych ubrań i bez mnóstwa gadżetów – i przeniósł się wraz z całą rodziną do Ekwadoru.

Joe kupił duże i piękne mieszkanie w miejscowości Cuenca, a dzieci niechętnie poszły tam do szkoły. Dzień po dniu odkrywał przed amerykańskimi nastolatkami nowe wyzwania: nikt nie mówi po angielsku – trzeba więc poznać hiszpański; nikt nie słyszał o gadżetach – mogą więc zostać w domu; w szkole przecieka dach – trzeba pomóc w jego naprawie; rodzina kolegi ma problemy – trzeba pomóc… I tak, dzień po dniu, beztroskie nastolatki zaczęły poznawać wartość prostych relacji z innymi ludźmi, wartość pomocy, lecz również wartość pieniądza. Nagle brak najnowszego modelu gadżetu przestał być problemem – nagle świat okazał się być zupełnie inny…

Joe wraz z rodziną po kilku latach życia w Cuenca wrócił do Palo Alto – lecz ich życie po powrocie było już zupełnie inne. Dzieci (starsze o kilka lat) zamiast wrócić do zabawy w rozpieszczone nastolatki – zaangażowały się w wolontariat i prace społeczne. Mieszkanie w Cuenca wciąż jest dla nich odskocznią od amerykańskiej rzeczywistości i z radością przyjeżdżają tu kilka razy w roku.

Cuenca w Ekwadorze.Cuenca, widok na katedrę.

Cuenca jest połączeniem kolonialnej przeszłości, rdzennej historii, ekstrawaganckiej nowoczesności i naturalnego piękna. To najciekawsze w Ekwadorze miasto ma wiele twarzy: tuż obok katedry powstałej w czasach kolonialnych znajduje się europejska w charakterze kawiarnia; galerie mieszczące się w historycznych budynkach niemal sąsiadują z amerykańskim klubem jazzowym, a obok muzeów latają kolorowe papugi i tukany.

Tukan w Cuenca. Ekwador.

Muzeum, Cuenca, Ekwador.

Muzeum Ministerio de Cultura del Ecuador kryje niejedną mroczną historię, jednak niewątpliwym unikatem jest wspomniana wcześniej wystawa zmniejszonych ludzkich głów („tsantsa”). Tak – głowy są prawdziwe, tak – są bardzo małe, tak – są pozostałością po rytuałach Indian Jivaro, którzy zyskali sobie sławę niepokonanych i okrutnych wojowników.
Zanim nastały czasy kolonialne, Indianie Jivaro prowadzili liczne wojny z sąsiednimi plemionami – a po zwycięstwie powracali do swych osad przynosząc trofea. Najcenniejszym trofeum były głowy zabitych przeciwników – jako dowód wygranej ustawiano je w centralnej części osady. Jednak przesądni Jivaro wierzyli, że dusza zabitego przeciwnika może mścić się na swoich oprawcach – zmniejszanie głów ofiar miało uniemożliwić duszy wydostanie się z ciała, i tym samym ewentualną zemstę. Samo zmniejszanie głów było skomplikowanym procesem wymagającym usuwania kości, gotowania i parzenia głów w ziołach oraz innych tajemniczych rytuałów, które prawdopodobnie znają jedynie wtajemniczeni…
Członków plemienia Jivaro do dziś można spotkać na ziemiach Ekwadoru – żyją w izolacji, ich wioski znajdują się na pustkowiach, a starszyzna wciąż podtrzymuje wiekowe tradycje i obrzędy, do tych ostatnich nie wlicza się już jednak zmniejszanie głów, które zostało zakazane przez prawo.

Mrożąca krew w żyłach wystawa zmniejszonych głów na długo jeszcze pozostaje w naszej pamięci, natomiast zdjęciami owych osobliwych eksponatów nie możemy się podzielić (używanie aparatów fotograficznych w muzeum jest zakazane – niestety… a może na szczęście?).

Po kilku dniach ponownie pakujemy nasze sakwy, wsiadamy na rower, a Joe robi nam zdjęcia na pożegnanie.

Tandem w Cuenca, Ekwador.

Już czas ruszać w dalszą drogę – do zamieszkałej przez rdzennych Indian miejscowości Somoto, do miasteczka Loja i dalej na południe, w kierunku odległej, andyjskiej granicy z Peru.

Tandemem przez Ekwador: w pułapce i pod gwiazdą Dawida.

Tandemem przez Quilotoa Loop.

Podróż rowerem przez Ekwador jest jak jazda rollercoasterem – wolno, mozolnie i z wielkim wysiłkiem wspinamy się pod górę, by zaraz potem z szaloną prędkością zjechać w dół. Dłonie zaciśnięte na kierownicach bieleją na zakrętach, czapki nie raz spadają z głów – lecz cała prędkość wytraca się momentalnie przy kolejnym podjeździe…

Andy, Ekwador.

Ekwador to kraj górzysty – przejazd przez Andy wymaga wiele sił i jeszcze więcej determinacji. Zadanie ułatwia Panamericana – asfaltowa autostrada z szerokim poboczem oraz ogromna liczba pickupów z kierowcami gotowymi zaoferować podwózkę.

Z Quito wyjeżdżamy wczesnym rankiem. Stolica Ekwadoru leży w głębokiej niecce, przed nami więc długa wspinaczka pod górę. Jedziemy wolno, kluczymy wąskimi uliczkami, które wiją się wieloma zakrętami, a my nieraz musimy pytać o drogę. Na szczęście zaraz za podjazdem droga jest już płaska. Jedziemy dalej, w kierunku Latacungi, a po drodze mijamy piękny wulkan Cotopaxi. Wysoki na 5897 metrów, co roku przyciąga tysiące wspinaczy z całego świata.

Wulkan Cotopaxi ukryty w chmurach.Wulkan Cotopaxi ukryty w chmurach.

Z Latacungi wyruszamy szlakiem zwanym Quilotoa Loop – opisywany jako najpiękniejsze miejsce w Ekwadorze, niestety powoli przemienia się w pułapkę turystyczną. Jak grzyby po deszczu wyrastają nowe hotele, restauracje, targi i sklepy z pamiątkami – jednak rozbudowie infrastruktury nie towarzyszy rozwój obsługi. Gotowe hotele świecą pustkami (nie ma nawet pracowników!), a restauracje serwują posiłki jedynie do 6 wieczorem. Niemal cała Quilotoa odcięta jest od Internetu, i pomimo że w tej okolicy jest przeraźliwie zimno, ciepła woda to rzadkość…

Laguna Quilotoa, Ekwador.Laguna Quilotoa

Tuż przy lagunie Quilotoa zatrzymujemy się w niewielkim lokalnym hospedaje, gdzie pani właścicielka udostępnia nam własną kuchnię. Wieczorem idę zagotować wodę na herbatę – otwiera mi córka właścicielki, która przy stoliku w kuchni odrabia lekcje. Dziewczynka siedzi w cienkim swetrze, spódnicy i z gołymi nogami w zimnym pomieszczeniu, wiatr wieje przez nieszczelne okna i dziury w szybach, zniszczone szmaty leżą tu i tam, kawałki mięsa walają się na brudnym stole i podłodze, a tuż obok bawi się dwuletni chłopiec. Matka – nasza gospodyni – siedzi w pokoju obok i najwyraźniej nie przeszkadza jej ani zimno, ani brud, ani brak higieny. Może po prostu nie wyobraża sobie, że może być inaczej? Może naprawdę nie wie, że okna można uszczelnić, stłuczone szyby wymienić, podłogę umyć, a mięso położyć na czystym talerzu (w kuchni nie ma lodówki). Dzieci również wydają się nie zwracać uwagi na brud i zimno – widocznie już od małego przyzwyczajają się do życia, jakie wiedzie ich matka…

To, że Laguna Quilotoa jest na najlepszej drodze, by stać się pułapką turystyczną, widzimy również w zachowaniu miejscowych. Dzieci biegają za nami wołając „regalo, regalo!” („prezent, prezent!) i oczekują cukierków lub czekolady, a starszy pan, którego pytamy o drogę, wskazuje butelkę coca-coli przytroczoną do ramy roweru i chce, abyśmy mu ją dali w prezencie. Patrzymy na pana osłupiali – przed nami ponad 50 kilometrów drogi przez góry, po drodze żadnego sklepu, butelka coli to prawie cały płyn, jaki mamy – a on chce nam ją odebrać? Ale pan nie patrzy na nas, jak na podróżników. Pan widzi w nas tylko gringo, od którego trzeba wyłudzić wszystko, co się tylko da.

Całe Quilotoa Loop – prawdopodobnie za sprawą opisów w przewodnikach turystycznych – pokrywają hostele i hotele. Już drugiego dnia chcemy wyrwać się z tej pułapki, jednak przed nami daleka droga, która wiedzie szutrami, piachem i żwirem. Ostro pod górę – ostro w dół – ostro pod górę – ostro w dół, a do tego zapada zmrok… Jedziemy ciemnymi dróżkami przez wioski indiańskie, raz po raz mija nas ktoś o nieprzyjaznym wyrazie twarzy, a my nie wiemy nawet, ile kilometrów pozostało do głównej drogi. Nagle w zupełnej ciemności i w środku lasu przystaje obok nas pickup… Serce niemal podchodzi mi do gardła – tu, na tym pustkowiu i w środku nocy, jesteśmy zupełnie bezbronni… (co prawda, Szymon miał maczetę „pod ręką”, czyli pod ramą roweru). Z pickupa wysiada pan ubrany w czerwony sweterek i spodnie od garnituru, uśmiecha się, po czym uprzejmie zaprasza nas do swojego samochodu (a tandem – na tył samochodu).
– Jest już późno i ciemno, a tu w okolicy grasuje sporo kieszonkowców i złodziei. Podwiozę was do Panamericany, tam będziecie bezpieczni – mówi Ekwadorczyk, a my z ulgą zgadzamy się na jego propozycję i tym sposobem bezpiecznie wracamy do Latacungi.

W dalszą część trasy wyruszamy następnego dnia, wczesnym rankiem – przed nami pełna kolejnych górek droga do Bańos. Po drodze mijamy miejscowość Ambato, gdzie sklepów z lodami jest więcej, niż Ekwadorczyków. Ambato z dumą produkuje lokalne przysmaki – lody w wielu smakach, a mieszkańcy okolicy codziennie wpadają na obowiązkową przekąskę. Skusiliśmy się i my.

Tuż za Ambato skręcamy w lewo, jedziemy, jedziemy, jedziemy… jedziemy… i stop – ostry podjazd jest dla nas jak zakaz wjazdu. Schodzimy z tandemu i zaczynamy pchać go pod górkę. Raz – i dwa, raz – i dwa… okazuje się, że wspólne pchanie tandemu z pełnymi sakwami jest o wiele trudniejsze, niż wspólna jazda. Szymon stuka spd-ami o asfalt, a ja ledwo dyszę – i tak idziemy, średnio 4 kilometry na godzinę, a rozpędzone auta mijają nas wyrzucając kłęby czarnych spalin.
Tuż za podjazdem droga spada w dół dziesiątkami serpentyn. Do Bańos de Agua Santa docieramy już po zmroku, w strugach deszczu – to znak, że opuszczamy Andy i jesteśmy coraz bliżej wilgotnej Amazonii. Zatrzymujemy się przed hostelem i oczom nie wierzymy. Przez okna widzimy zgromadzenie ortodoksyjnych Żydów, którzy siedzą przy długim stole i z poważnymi minami o czymś rozprawiają. To chyba pomyłka – myślimy, ale adres i nazwa hostelu się zgadzają. Pukamy, i od razu zostajemy zaproszeni do środka.

– Mamy duży rower… – mówię, a właściciel otwiera podwójne drzwi i przestawia ortodoksyjnych wraz z krzesłami i stołami, chcąc utorować dla nas drogę. Przeciskamy się wśród pejsów i gwiazd Davida, wstawiamy rower do ogródka, meldujemy się w recepcji, rozglądamy się dookoła i uświadamiamy sobie, że jutro jest sobota…

– To jest hostel żydowski… Czy to znaczy, że jutro nie będzie śniadania ani żadnej obsługi? – pytamy.
– Nie – odpowiada pani w recepcji, która jest żoną koszernego właściciela. – Jutro wszystko działa normalnie.

Przed spaniem sprawdzamy prześcieradła – żadnych dziur… Hostel na pierwszy rzut oka jest bardzo koszerny, ale jest również przyjazny dla podróżników innych wyznań.

Chłodna miejscowość Bańos słynie z gorących źródeł – tu wygrzewają się licznie przybyli turyści i amerykańscy emeryci.

Gorące źdódła w Bańos.

Po godzinach spędzonych w wodzie o temperaturze dochodzącej do 40°C, gringos udają się do restauracji, kawiarenek i hoteli, których w Bańos nie brakuje. Miejscowość należy do najbardziej turystycznych w całym kraju – wydaje się, iż niemal każdy mieszkaniec okolicy żyje z turystyki. Hotele, knajpki, masaże, SPA, wycieczki, rafting, wyprawy do dżungli, wypożyczanie rowerów, wspinaczka i chodzenie po wulkanach… Turystów nie zrażają tłumy, ani wysokie jak na Ekwador ceny – przybywają licznie przemieniając Bańos w turystyczną mekkę kraju.

W Bańos odpoczywamy po trudach podróży, z ulgą odstawiamy rower i choć na chwilę zapominamy o górach i dolinach, po których wiodą ekwadorskie drogi. Zbieramy siłę na dalszą część podróży – jesteśmy dopiero w połowie Ekwadoru, przed nami kolejne, wysokie podjazdy, gwałtowne spadki w dół oraz wiele przygód, których nawet się nie spodziewamy…

Ekwador: wulkan wybucha…

Kamienie wulkaniczne po wybuchu wulkanu w Ekwadorze.

Jesteśmy w niewielkiej wiosce leżącej u stóp wulkanu, tuż obok miasteczka Banos. Siedzimy w kuchni Anny – amerykańskiej emerytki, która gości nas w swoim wynajmowanym domu. Rozmawiamy o podróżach, o Ekwadorze i o Polsce, gdy nagle rozlega się huk – szyby drżą w oknach, szklanki dzwonią o blat stołu, a my podskakujemy nie wiedząc, co się dzieje.

– A, to tylko wulkan Tungurahua – mówi Anna uspokajającym tonem. – Co chwila ma lekkie wybuchy, to nic takiego. Trochę większa erupcja miała miejsce w marcu i wtedy ewakuowali wyżej położone wioski, ale nie moją okolicę. Mój dom znajduje się w różowej strefie – czyli w tej bezpieczniejszej; najgroźniejsza jest czerwona. Chociaż jestem pewna, że gdyby wulkan naprawdę wybuchł, to i tak byśmy zginęli.

Słowa Anny bynajmniej nas nie uspokajają, ale nasza gospodyni spokojnie dopija herbatę, po czym mówi:
– Pora spać!

Przed zaśnięciem wyglądamy przez okna – wypatrujemy lawy, dymu i sami nie wiemy, czego jeszcze – ale widzimy tylko ciemność i nieliczne gwiazdy. Nasłuchujemy, lecz z zewnątrz dobiega nas jedynie poszczekiwanie okolicznych psów. Zasypiamy niepewni jutra.

Budzi nas huk – dużo głośniejszy, niż ten poprzedniego wieczoru. Szyby skaczą w oknach, dom chwieje się w posadach, nawet łóżko wydaje się drżeć. Po ogromnym huku następuje głuchy pogłos, jak gdyby kamienie wulkaniczne gromadnie toczyły się w dół, a gorąca lawa spływała tuż za nimi…

– Słyszeliście wulkan? – pyta Anna, gdy schodzimy do kuchni.
– Tak, obudził nas – odpowiadamy.
– Ubierajcie się, jedziemy do wiosek, które są tuż przy kraterze. Zobaczymy, co się tam dzieje – mówi Anna, a my zaczynami podziwiać jej skłonność do ekstremalnego życia.

Po chwili wszyscy wsiadamy do samochodu Anny i ruszamy drogą, która wspina się zboczem w kierunku krateru. W zimnym powietrzu unosi się mgła, nie widać dalszych wiosek i gór.

Wulkan Tungurahua za mgłą, Ekwador.

– Tu jest wulkan Tungurahua – mówi Anna wskazując w niebo.
Wulkan – sprawca tylu emocji – ukrywa się przed nami w białej mgle…

Docieramy do położonej niedaleko krateru Cotalo. Miejscowość próbuje wydostać się spod grubej warstwy pyłu i kamieni wulkanicznych, których dostarczył niewielki, poranny wybuch.

Wulkaniczne kamienie po wybuchu wulkanu Tungurahua, Ekwador.

Wulkaniczne pozostałości pokrywają budynki, boisko szkolne, chodniki i ulice, a mieszkańcy od wielu godzin zamiatają swoją miejscowość, chcąc zetrzeć z niej ślady niebezpieczeństwa.

Miejscowość Cotalo, mieszkańcy zamiatają ulice po wybuchu wulkanu, Ekwador.

Miejscowość Cotalo, mieszkańcy sprzątają ulice po wybuchu wulkanu, Ekwador.

Miejscowość Cotalo, sprzątanie ulic po wybuchu wulkanu, Ekwador.

Taki poranek, poza grozą i strachem, przynosi im również uspokojenie. Dopóki wulkan wybucha w ten sposób regularnie, co kilka tygodni – ich miejscowość jest bezpieczna. Gdyby wybuchy ustały na kilka lat – to znaczy, że lawa gromadzi się wewnątrz krateru, a kolejny wybuch, poza pyłem wulkanicznym, może przynieść nawet śmierć…

Wulkan pozostaje spowity we mgle. Dlaczego ludzie, pomimo tak wyraźnego niebezpieczeństwa, decydują się żyć w tym miejscu? Czy nie łatwiej przenieść się gdzieś dalej i pozostać w bezpiecznej odległości od krateru?

Ekwadorczycy wydają się być bardzo związani z ziemią i swoim regionem – są dumni z lokalnych tradycji i zwyczajów, a lokalne święta obchodzą z hukiem porównywalnym do wybuchów pobliskiego wulkanu.

Okolice Cotalo, lokalne święto.Obchody regionalnego święta u stóp wulkanu, Ekwador.

Ekwadorskie rodziny trwają w Cotalo od pokoleń. I również od pokoleń – po niewielkich erupcjach – mieszkańcy wspólnie chwytają za miotły, by razem sprzątać okolice. Wulkan wydaje się nadawać pewien rytm ich życiu: wybuch – wspólne sprzątanie; wybuch – wspólne sprzątanie… W ten nietypowy sposób, wulkan jednoczy mieszkańców regionu równie mocno, jak miejscowe tradycje i zwyczaje.

Emerytura w Ekwadorze – raj czy pułapka?

Ekwador, Quilontoa Loop.

– Dlaczego na emeryturę wybrałeś właśnie Ekwador? – pytam Michaela, starszego Amerykanina, który od niedawna mieszka w mieście Banos.
– Bo w Ekwadorze walutą jest dolar, nie muszę więc wymieniać pieniędzy, ani martwić się o kurs. Poza tym Ekwador jest tani, jest tu coraz więcej amerykańskich emerytów, no i jest pięknie – bez namysłu odpowiada Michael.

W Ekwadorze rzeczywiście jest pięknie – uroki krajobrazu podziwiamy na długo przed poznaniem Michaela. Ze stolicy udajemy się na południe, po drodze mijamy majestatyczny wulkan Cotopaxi, który przyciąga górołazów i wspinaczy nawet z najdalszych zakątków świata.

Na tle wulkanu Cotopaxi, Ekwador.
W tle – ukryty w chmurach wulkan Cotopaxi.

Pobliska Laguna Quilotoa poraża mroźnym pięknem, a górskie krajobrazy w okolicy są równie zniewalające.

Laguna Quilotoa, Ekwador.

W drodze do Quilotoa, Ekwador.

W jednej z niewielkich miejscowości zatrzymujemy się na obiad – przez okna baru obserwujemy Indianki spacerujące w swoich tradycyjnych strojach. Kobiety, ubrane w spódnice i otulone w kolorowe chusty, na głowach noszą kapelusze, natomiast mężczyźni narzucają na siebie grube, pasiaste poncza.

Indianka w tradycyjnym stroju, Quilotoa, Ekwador.

Indianki w tradycyjnym stroju, Quilotoa, Ekwador.

Indianin w tradycyjnym ponczu, Quilotoa, Ekwador.

Przemierzający ulice, tradycyjni mieszkańcy Ekwadoru wyglądają dostojnie – i zupełnie inaczej, niż coraz liczniejsi amerykańscy emeryci…

Kilka lat temu Ekwador postanowił „zainwestować” w amerykańskich emerytów. W USA pojawiły się reklamy Ekwadoru jako idealnego miejsca na emeryturę, po czym do tego niewielkiego kraju zaczęły napływać ogromne fale starszych Amerykanów. Ekwadorscy developerzy wybudowali niezliczone osiedla mieszkaniowe dla emerytów – w pięknych okolicach i pełne wszelkich dogodności. W miasteczkach położonych obok osiedli powstawały kluby jazzowe, kawiarnie i restauracje z amerykańskim menu, zainteresowaniem emerytów cieszą się również naturalne gorące źródła. Dla nowo przybyłych biura podróży stworzyły nawet specjalną ofertę: wycieczkę objazdową po wszystkich luksusowych, emeryckich osiedlach – by starszy Amerykanin, po zwiedzeniu kompleksów i okolicznych miasteczek, mógł wybrać miejsce najlepsze dla siebie. Miejsce, które stanie się prawdziwym, emerytalnym rajem.

Gorące źródła, Banos, Ekwador.Gorące źródła w miejscowości Banos.

Emerytura w egzotycznym kraju, w pięknym otoczeniu i w wygodnym domu – to wszystko brzmi jak z bajki. Czy emerytura w Ekwadorze naprawdę jest tak bajeczna?

Po raz pierwszy na zjawisko amerykańskiej emerytury w Ekwadorze natknęliśmy się za pośrednictwem couchsurfing.org – do swojego domu zaprosiła nas Anna o polsko brzmiącym nazwisku. Anna, starsza pani, od kilku lat mieszka w niewielkiej wiosce położonej pomiędzy turystycznym miasteczkiem Banos, a wulkanem Tungurahua, który raz po raz dodaje do jej życia nowych atrakcji.

Dla Anny emerytura w Ekwadorze to nic wielkiego – bo Anna w ciągu swojego życia mieszkała już w kilkunastu krajach. Urodzona w USA, w młodości wyjechała do Europy, skąd wraz ze swoim niemieckim mężem wyruszyła w podróż po Ameryce Południowej. Drugim mężem Anny był Meksykanin – razem z nim prowadziła farmę w Meksyku, następnie przez kilka lat mieszkała w Tajlandii, Indiach, Brazylii, Kolumbii i Peru. Według Anny wybór miejsca do zamieszkania jest prosty: miejsce owo musi znajdować się pomiędzy zwrotnikami i na wysokości pomiędzy 1500 a 2000 m n. p.m. – bo to gwarantuje dobrą pogodę.

Dlaczego Anna nie chce mieszkać w Stanach Zjednoczonych?

– Nie lubię USA – mówi Anna. – W tym kraju najwyższą wartością są zakupy – wciąż trzeba kupować, więcej i więcej. Promocje, Walmart, hipermarkety, nawet wyprzedaże garażowe. Byliście kiedyś na wyprzedaży garażowej w USA? Wiecie, jak to wygląda? Ludzie sprzedają zupełnie nowe, drogie rzeczy – za kilka dolarów! Nowe ubrania, buty, garnki, sprzęt – za grosze! Wiecie dlaczego? Bo nie mają miejsca na następne rzeczy! Cały dom jest zawalony poprzednimi zakupami, więc muszą się ich pozbyć, jak najszybciej, teraz, zaraz! A gdy tylko wyprzedaż garażowa się zakończy – pędzą do sklepów po kolejne graty! Amerykanie nie potrafią żyć bez kupowania – to ich najwyższa wartość, największa przyjemność, to sedno ich życia. Tutaj ludzie… są inni – dodaje Anna po chwili.

Słowa Anny przerywa dzwonek do drzwi – to Jessica i Michael, znajomi Anny, również amerykańscy emeryci. Przyjechali, by pomóc Annie przy pracy.

Anna, chcąc pozostać aktywna na emeryturze, zajęła się wyrobem naturalnych mydeł – i właśnie teraz otrzymała duże zamówienie, z którym sama nie może sobie poradzić. Energiczna emerytka przy stole kuchennym organizuje linię produkcyjną – i już po chwili wszyscy razem pakujemy pachnące mydełka w ozdobne opakowania.

Naturalne mydła.Naturalne mydełka domowej roboty.

Rozmawiamy o naszej podróży tandemem i o tym, jak amerykańskim emerytom podoba się Ekwador.

Michael i Jessica przyjechali do Banos zaledwie 3 miesiące temu. Nie są małżeństwem ani rodziną – po prostu obydwoje zdecydowali się na wyjazd w tym samym czasie, a wspólne wynajęcie większego domu okazało się dla nich bardziej opłacalne. Jessica, uśmiechnięta i pewna siebie, zdecydowanie dobrze adaptuje się w nowej rzeczywistości, ale Michael czuje się zagubiony. Gdy przez chwilę zostaję z nim sam na sam, pytam, dlaczego przyjechał na emeryturę do Ekwadoru. I dlaczego opuścił Stany Zjednoczone.

– Przez pół życia mieszkałem w Kalifornii, potem przeniosłem się do Seattle – opowiada Michael. – Byłem masażystą terapeutycznym, ale kilka lat temu musiałem przejść na emeryturę – nie miałem już sił, by pracować. Życie w USA jest drogie – wynajęcie mieszkania w Seattle zaczęło przekraczać moje możliwości. I wtedy zobaczyłem reklamę Ekwadoru jako idealnego miejsca na emeryturę. No i przyjechałem… Nigdy wcześniej nie byłem za granicą…

– Mieszkałam w Seattle całe życie – opowiada Jessica. – Ale niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że jeżeli tam zostanę, będę musiała pracować do końca życia. Życie w Seattle jest po prostu bardzo drogie! A ja nie chciałam już pracować – chciałam przejść na emeryturę i podróżować po świecie. Stwierdziłam, że Ekwador jest dobrą bazą wypadową do podróży. Za miesiąc wybieram się do Boliwii.

W przeciwieństwie do Jessicy, Michael nie chce podróżować – chce po prostu spokojnego miejsca na emeryturę. Ten starszy pan potrafi bardzo dobrze uzasadnić wybór Ekwadoru, jednak jego słowa wydają się pochodzić wprost z reklamy, którą kilka miesięcy temu zobaczył w telewizji. Oczy Michaela mówią zupełnie co innego – ów amerykański emeryt patrzy na mnie z przerażeniem dziecka zagubionego w zupełnie obcej rzeczywistości. Wzrok Michaela jest jak nieme wołanie o pomoc, jak gorączkowe pytania: Gdzie ja jestem? Co ja tutaj robię? I co dalej?

Michael patrzy na mnie, jak gdyby czekał na to, że utwierdzę go w przekonaniu, że emerytura w Ekwadorze była dobrym pomysłem. Ten zagubiony emeryt wygląda, jakby chciał uciec – do USA, pierwszym samolotem, zaraz, natychmiast. Czy to tylko pierwszy szok starszego pana, który nigdy wcześniej nie opuścił swojego kraju, czy też nieodwracalny szok kulturowy?

– Nie rozumiem ich języka – mówi nagle Michael. – Nie wiem, dlaczego chodzą tak dziwnie ubrani i dlaczego jedzą takie dziwne rzeczy. Nie mogę się z nikim porozumieć, nikt mnie nie rozumie, nie mogę zrobić najprostszych zakupów, nie wiem co dalej… – Michael przerywa nagle i milknie, po czym uśmiecha się z zawstydzeniem. – Ale to przecież piękny kraj… i z amerykańską walutą… i tani…

– On bardzo źle się tutaj czuje – mówi Jessica, gdy Michael na chwilę opuszcza towarzystwo. – Nie sądziłam, że będzie aż tak niepewny. Nie mogę na chwilę zostawić go samego, jest zupełnie zagubiony, cały czas muszę go upewniać, że to był dobry wybór.

Anna ma swoją własną teorię na temat Michaela – jej zdaniem brakuje mu po prostu amerykańskiego stylu życia, czyli zakupów. W Ekwadorze nie ma wielkich hipermarketów, gdzie mógłby kupić wszystko, czego mu potrzeba (łącznie z tym, czego mu zupełnie nie potrzeba). Tutaj Michael jest skazany na malutkie sklepiki i sprzedawców, z którymi nie potrafi się porozumieć.

– Ja też nie wiem, czy zostanę tu na stałe… – przyznaje po chwili Jessica. – Gdyby było mnie stać na mieszkanie w Seattle, nigdy bym nie wyjeżdżała…

Następnego dnia razem z Anną robimy mydło – niczym w laboratorium chemicznym mieszamy kolejne substancje, rozgrzewamy naczynia, dodajemy wonie i wylewamy płyn do form.

Produkcja mydła, Ekwador.

Cięcie mydła, Ekwador.

Anna sprzedaje mydła przez Internet, do lokalnych sklepików i hoteli – w ten sposób dorabia do swojej emerytury.

– Wiem, że nie lubisz USA, ale czy naprawdę nigdy nie myślałaś o powrocie do swojego kraju? – pytam nieśmiało.
– Kilka lat temu wróciłam na próbę – przyznaje po chwili Anna. – Chciałam być blisko dzieci i wnuków, ale nie mam w USA domu, a z emerytury nie stać mnie było na wynajem mieszkania. Jestem więc skazana na emeryturę za granicą, Ekwador okazał się całkiem niezły…

Ekwador mógłby być emerytalnym rajem – ale tylko dla tych, którzy wyjeżdżają tam z własnej woli. Tymczasem przybyli tu również ci, którzy wyboru nie mają – tłumy amerykańskich emerytów z tak niską emeryturą, że po latach pracy nie stać ich na życie we własnym kraju. Ci, którzy zamiast cieszyć się spokojem w znanym miejscu, muszą nagle zmieniać wszystko i ruszać w nieznane – tam, gdzie nie rozumieją języka, kultury, sposobu życia, i gdzie nie mogą nawet zrobić zakupów… Dla niektórych zamiast rajem, Ekwador stał się emerytalną pułapką. Obcy, dziwny, niezrozumiały i nieznany. Ale z amerykańską walutą i niskimi cenami…

Świnka po ekwadorsku i inne przysmaki.

Świnka morska, Ekwador.

Jedzie Ekwadorczyk do Europy, idzie do sklepu zoologicznego i myśli, że to spożywczy. Wszystko się zgadza – świnki morskie, świńskie uszy… Tylko te świnki jakieś takie niepozorne, małe, chude, jak się taką najeść..?

Ekwadorskie kulinaria mogą szokować – widok świnek morskich z rożna straszył nas niemal na każdym kroku i z przerażeniem mijaliśmy ubojnie tych małych zwierzątek. Po pewnym czasie natknęliśmy się również na żywe świnki morskie – czekały właśnie na transport do miasta Cuenca, na sprzedaż, na rożen, na talerz…

Transport świnek morskich, Ekwador.

– Dzień dobry – witam się z właścicielką świnek. – Czy mogę zrobić świnkom zdjęcie?
– Oczywiście, nie ma problemu – odpowiada pani, po czym otwiera kosz i wyjmuje jedną ze świnek, abym lepiej mogła ją sfotografować. Przyzwyczajona do polskich świnek, które są zwierzątkami domowymi, dziwię się widząc, że pani trzyma zwierzątko jak przedmiot. Sama świnka najwyraźniej jest przerażona swoją właścicielką – głośno kwiczy i wyrywa się.

Świnka morska z właścicielką, Ekwador.

– Ile kosztuje jedna świnka? – pytam.
– 10 dolarów. To są dobre świnki, będą pyszne z rożna – tłumaczy właścicielka. – Żeby świnka była smaczna, musi mieć około roku i być całkowitą wegetarianką. Te świnki jadły tylko warzywa i trawę, a tłuste są i pyszne. Lubisz jeść świnki?
– Nie jadłam nigdy świnki – odpowiadam. – Jestem z Polski, w moim kraju świnki morskie są tylko zwierzątkami domowymi. Są też dużo mniejsze…
– Tylko zwierzątkami domowymi? – pyta pani i wybucha śmiechem. – Musisz koniecznie spróbować, są pyszne! Francuzi, Włosi, Anglicy, Amerykanie przyjeżdżają tu specjalnie na świnki morskie! Jak zjedzą, to już potem nic innego nie chcą jeść!

Pani zanosi się od śmiechu, a świnka wykorzystuje moment nieuwagi, wymyka się z rąk pani i ucieka pod autobus. Pani momentalnie rzuca się w pościg – ale nic z tego, świnka wyślizguje się z jej rąk i już po chwili jest schowana pomiędzy kołami. Pani, wraz z pracownikiem dworca i jeszcze jedną panią, rozpoczynają regularną obławę: z nagonką, zasadzkami i próbą złapania – ale świnka (najwyraźniej wiedząc, co ją czeka), szczęśliwie ucieka z rąk łowców.

Nagonka na świnkę morską, Ekwador.

Ucieczka świnki morskiej, Ekwador.

Przyglądam się polowaniu i mam mieszane uczucia: z jednej strony chciałabym, aby świnka uszła z życiem – nie chcę jednak, aby pani straciła z mojego powodu swoje 10 dolarów. W końcu do obławy dołącza Szymon, po czym wśród okrzyków radości i oklasków wyciąga niesforną świnkę spod kół autobusu.

Złapana świnka morska, Ekwador.

Pani przejmuje świnkę, chowa ją do kosza i po raz kolejny namawia mnie na spróbowanie ekwadorskiego specjału z rożna.
– To nasze najlepsze danie! – dodaje na koniec, a kosze ze świnkami lądują w bagażniku autobusu.

Świnki z rożna można spotkać w Kolumbii, są również popularnym przysmakiem w Peru – jednak to właśnie Ekwador jest najbardziej dumny z owej potrawy. Uroczysty obiad lub kolacja w ekwadorskim domu nie może się obyć bez świnki z rożna. Zaproszeni obcokrajowcy stając przed dylematem: zjeść świnkę lub śmiertelnie obrazić gospodarzy – najczęściej wybierają pierwszą możliwość. Tak też zrobił Joe – amerykański emeryt, którego kilka dni później spotykamy w Cuenca. Joe mieszkał w Ekwadorze przez wiele lat, obecnie powraca tu od czasu do czasu, by odwiedzić przyjaciół.

– Świnka morska… nie ma mocnego smaku – opowiada Joe. – Ma chrupiącą skórkę, i jeżeli jest dobrze przyrządzona i jedzona w dobrym towarzystwie – to stanowi gwarancję udanego obiadu!

Towarzystwo jest tu prawdopodobnie kluczowe – duma i radość Ekwadorczyków, którzy serwują gościom owo tradycyjne danie, zapewne dodaje smaku potrawie. Joe idzie na obiad do swoich ekwadorskich przyjaciół już za kilka dni, a my po raz pierwszy cieszymy się, że nie zaprzyjaźniliśmy się z żadnym Ekwadorczykiem na tyle, by zaprosił nas na świnkę z rożna…

Świnka – jako dość droga – nie jest jednak codziennym pożywieniem w Ekwadorze. W tym niewielkim kraju Ameryki Południowej każdy posiłek dnia składa się z dwóch dań:

śniadanie: jajecznica z chlebem i kawą oraz seco

Kawa po ekwadorsku.
Kawa po ekwadorsku, czyli gorące mleko z kożuchami i z Nescaffe.

obiad: zupa oraz seco
podwieczorek: zupa oraz seco
kolacja: zupa oraz seco.

Seco („suche”) stanowi po prostu drugie danie, którym na 99% jest kurczak z ryżem i niewielką sałatką. Tak, to nie żart – Ekwadorczycy jedzą kurczaka nawet 3 razy dziennie. W jednej z lokalnych jadłodajni moją uwagę przyciągnęły dwie Indianki, które jadły obiad w zupełnej ciszy i z takim wysiłkiem, jak gdyby była to bardzo ciężka praca.

Indianki jedzące kurczaka, Ekwador.

Kurczak na śniadanie, kurczak na obiad, kurczak na kolację; kurczak na śniadanie, kurczak na obiad, kurczak na kolację; kurczak na śniadanie…

Wegetarianin w Ekwadorze jest jak tragiczne nieporozumienie… W początkach mojego pobytu w tym kraju żywię się jajecznicą z frytkami – i jem ją 3 razy dziennie. Po kilku dniach zaczynam potrzebować bardziej zróżnicowanej diety – chodzę więc od knajpki do knajpki, ale znajduję tylko bułki w piekarniach (choć czasem zdarzy się ryba). Kilka dni później dołącza do mnie Szymon – również i jego pokonał kurczak 3 razy dziennie. Oboje z nadzieją w oczach poszukujemy czegoś, co nie jest kurczakiem ani świnką morską, jemy bułki, jajka i platany, a przyrządzana na śniadanie owsianka staje się nagle prawdziwym przysmakiem.

Indianka sprzedająca platany z grilla, Ekwador.Indianka sprzedająca platany z grilla.

No tak, są jeszcze świńskie uszy – natykamy się na nie w mieście Cuenca. Uszy – gotowane i wonne – sprzedawane są na ulicach, jako najtańsze jedzenie…

Ekwadorska kuchnia jest zarazem monotonna i szokująca – mam tu oczywiście na myśli kuchnię prawdziwie lokalną, bez pizzerii i międzynarodowych restauracji, które można spotkać w większych i bardziej turystycznych miastach (i które były zdecydowanie poza naszym budżetem). Ekwadorskie kulinaria sprawiły, że zatęskniłam za polską kuchnią i zrobiłam pierogi ruskie, które smakowały nam jak nigdy dotąd…

Ekwador, czyli jak zmarznąć na równiku.

Mitad del Mundo, Ekwador.

Mitad del Mindo, czyli ekwadorski równik, leży na wysokości ok. 2700 m n. p. m. Jak myślicie – jest tam zimno, czy gorąco?

Równik, jak sama nazwa wskazuje, znajduje się w równikowej strefie klimatycznej, gdzie średnia roczna temperatura nie spada poniżej 20º C. Równik oznacza więc ciepło – ale z każdym 1000 m n. p. m. jest zimniej o 6-10º C (w zależności od wilgotności powietrza). Jaki jest więc ekwadorski równik? Gorący, czy zimny? A może zależy to od jeszcze innych czynników…?

Mitad del Mundo (połowa świata) wywołuje niejedną kontrowersję. Położenie „połowy świata” w roku 1736 ustalił Charles-Marie de la Condamine – niewiele myśląc, wybudowano więc tu wielki kompleks turystyczny, gdzie w cenie biletu znajduje się nie tylko granica pomiędzy półkulą północną i południową, lecz również liczne muzea, poczta, sklepy z pamiątkami, kawiarenki – słowem raj dla turystów (a może turystyczna pułapka..?). Turyści z Ekwadoru i z zagranicy przybywają tu tłumnie, by zrobić sobie zdjęcie na równiku – i my również ulegamy pokusie.

Travelike na równiku, Mitad del Mundo, Ekwador.

Ja – fanka tanga argentyńskiego i chilijskiego wina, amatorka sandałów i wysokich temperatur stoję na półkuli południowej. Szymon – miłośnik norweskich lodów i swetrów z golfem, fan rześkiej pogody i zimnych nocy w namiocie stoi na półkuli północnej. Równik, który znajduje się pomiędzy nami, nie jest ani zimny, ani gorący – niby za ciepło na golf, ale za chłodno na sandały. Czy na równiku skończyłaby się nasza odwieczna i potajemna walka na odkręcanie i zakręcanie grzejnika?

– Trochę zimno… – mówię.
– Gorąco… – odpowiada Szymon.

Mitad del Mundo jest jednak kontrowersyjny nie tylko ze względu na temperaturę. Obliczenia Charles-Marie de la Condamine nie zgadzają się z bardziej współczesną miarą GPS, według której prawdziwy równik znajduje się o ok. 300 metrów na północ od Mitad del Mundo. Na gps-owym równiku również nie brakuje punktów rozrywkowych, które oferują tak zaawansowane zabawy, jak bieganie z jajkiem z półkuli północnej na południową, lanie wody i i wiele innych eksperymentów – a wszystko po to, by naraz doświadczyć różnic pomiędzy półkulami.

Po równikowych atrakcjach ruszamy w kierunku Quito – ja zakładam polar, a Szymon odpręża się w chłodniejszym powietrzu. No cóż, jak obliczyli producenci śpiworów, kobiecie jest zawsze o 7º C zimniej, niż mężczyźnie… A równik plasuje się idealnie pomiędzy ową 7 stopniową różnicą temperatur sprawiając, że panie na równiku marzną, a panowie niekoniecznie. Mowa tu oczywiście o ekwadorskim Mitad del Mundo – bo linia równika biegnąca na wybrzeżu Ekwadoru jest podobno upalna…

Quito, leżące jedynie 20 km od równika, jest już zdecydowanie chłodne. Do miasta docieramy wieczorem, okutani w polary i kurtki z gore, opatuleni w skarpety i czapki z alpak marzymy o ciepłym hostelu i gorącym prysznicu – jednak nasz niewielki budżet pozwala nam tylko na zimny hostel i ledwo ciepły prysznic. Zasypiamy pod toną koców, a nasze oddechy parują w chłodnym powietrzu. Zimno…

Za dnia Quito jest znacznie przyjaźniejsze – położone między wzgórzami miasto prezentuje się niezwykle malowniczo.

Quito widziane z Parku Itchimbia.

Podziwiamy je z Parku Itchimbia, skąd równie dobrze widać El Panecillo – kolejny popularny punkt widokowy, który poza panoramą miasta może dostarczyć również innych, nieco ekstremalnych atrakcji. Wszystkie hostele ostrzegają przed samodzielną wyprawą na Panecillo – po drodze podobno czyhają miejscowi rabusie, lepiej więc wybrać się tam taksówką (Panecillo to wzgórze z wielką rzeźbą, po lewej stronie zdjęcia).

W dole, pomiędzy wzgórzami, leży centrum Quito, które dzieli się na Stare i Nowe Miasto.

Plaza Grande, Quito.

Stare Quito pełne jest historycznych budynków z czasów kolonialnych i małych placyków idealnych na niedzielny spacer (w niedziele Stare Quito jest zamknięte dla ruchu samochodowego).

Pałac prezydenta, Quito.

Sercem Starego Miasta jest Plaza Grande, gdzie masywny Pałac Prezydenta zaprasza na darmowe spacery z przewodnikiem (na które trzeba się wcześniej zapisać). W okolicy placu jest bardzo wiele kościołów – a jakoby nie było żadnego… Większość kościołów jest dostępna jedynie za opłatą – bileterów nie interesuje cel wizyty, opłatę pobiorą chętnie od każdego gringo, nawet jeżeli ten udaje się do kościoła w celach religijnych. Gringo to przecież gringo – smutna prawda jest taka, że w Ameryce Łacińskiej każdy biały jest potencjalną studnią z pieniędzmi. Niektórzy lokalni Indianie i Metysi sądzą, że owa studnia nie ma dna…

Nowe Miasto pełne jest kawiarenek i restauracji, sklepów ze sprzętem turystycznym i z pamiątkami. Ulicami Nowego Miasta przelewa się tłum gringos, którzy z hotelu idą na organiczną kawę, by zaraz potem udać się na drinka. Poza lokalami, gdzie ceny osiągają poziomy europejskie, w Nowym Mieście znajduje się również doskonałe Muzeum Banku Centralnego, w którym można zapomnieć się nawet na kilka godzin. Ogromne sale wystawiennicze prezentują eksponaty z czasów prekolumbijskich, kolejnym ekspozycjom nie ma końca, wystawy stałe przenikają się z czasowymi, a mnogość rdzennych kultur Ekwadoru przyprawia wręcz o zawrót głowy…

Quito, wzgórza.

Widziane z góry Quito wyraźnie wspina się na pobliskie wzgórza – miasto wykracza poza swoje ramy i z każdym rokiem pochłania kolejne powierzchnie, nowe osiedla powstają więc na coraz większej wysokości i w coraz zimniejszym klimacie… Najwyższe wzgórze w pobliżu stolicy wznosi się na wysokości 4100 m n. p. m. – łatwo więc obliczyć, że średnia temperatura powietrza jest tam niższa aż o 8-13º C, niż w sercu historycznego Quito.

Cruz Loma, Teleferiqo.

Na Cruz Loma, najwyższe wzgórze w okolicy Quito, prowadzi kolej linowa TeleferiQo. W kilka chwil wznosimy się na mroźną wysokość, zapinamy kurtki i czujemy się niemal jak na wyprawie aklimatyzacyjnej. Wyżynny Ekwador pełen jest gór, które przyciągają śmiałków z całego świata. Przed wejściem na wulkan Cotopaxi (5897 m n. p. m.) lub Chimborazo (6268 m n. p. m.), celem wstępnej aklimatyzacji wspinacze często wybierają się na Cruz Loma, skąd biegnie szlak na wulkan Pichincha (4680 m n. p. m.).

Zaaklimatyzowani na Cruz Loma, zmarznięci w Quito i nieco zdezorientowani na równiku udajemy się dalej, na półkulę południową. Przed nami zimne góry i gorące źródła, pułapki turystyczne i kulinarne wyzwania, niejedno spotkanie z amerykańskim emerytem i wybuchy wulkanu. Ekwador, nawet po wstępnym poznaniu, wciąż szykuje dla nas nowe niespodzianki…

Ekwador, czyli jak dać się zaskoczyć.

Ekwador, podró∂ do El Angel.

Zimny, chociaż na równiku; łączący skrajne emocje; mały, ale z wielkim sercem – już od pierwszych chwil Ekwador zaskakuje nas na każdym kroku.

Zaczyna się jak zwykle – czyli na granicy. Wypełniamy druczki, stajemy w kolejce i to już koniec zwyczajności. W sali znajduje się wielki telewizor emitujący telenowelę, którą oglądają wszyscy oczekujący. W telenoweli rozgrywają się iście dantejskie sceny – miłość i nienawiść, wściekłość i euforia, przerażenie i furia. Tu nie ma miejsca na kompromisy, grzeczność ani półsłówka. Tu rządzi namiętność, która powala kochanków na podłogę w scenie miłosnej; zazdrość, która popycha kobiety do walki z szarpaniem się za włosy i drapaniem paznokciami; złość, która gna oszukaną bohaterkę w pogoni za innym bohaterem, a on odwraca się i wygraża jej siekierą, a ona rzuca w niego krzesłem i wrzeszczy wniebogłosy, a on pada na ziemię i chwyta się za serce dramatycznym gestem, a ona wybucha rozdzierającym szlochem…

Feeria intensywnych uczuć i emocji poraża wszystkich obecnych, wszyscy zastygli wpatrują się w telewizor i tylko raz na kilka minut, niczym zombie, postępują kilka kroków do przodu w tej granicznej kolejce.

– To chyba jakiś podstęp, telenowela przyciąga uwagę, a złodzieje mają idealny dostęp do zapomnianych kieszeni, torebek i bagaży – myślę i rozglądam się dookoła. To jednak nie jest podstęp – telenowelę oglądają absolutnie wszyscy: zarówno oczekujący, jak i podejrzani cinkciarze, zaglądający przez okno do sali odpraw. Nawet celnicy zerkają od czasu do czasu. Po kilkudziesięciu minutach emocjonującej telenoweli doczekujemy się ekwadorskich pieczątek i ruszamy przed siebie – ale to nie koniec niespodzianek…

W przygranicznej miejscowości Tulcan odnajdujemy pewne zupełnie niezwykłe miejsce.

Cmentarz w Tulcan, Ekwador.

Witają nas krasnale i baby jagi, zwierzaki i stwory nie z tej ziemi – bo miejsce, w którym jesteśmy, w pewnym sensie również jest nie z tej ziemi. To nie park, ani ogród – to miejski cmentarz przyozdobiony tym niesamowitym żywopłotem.

Tulcan, cmentarz.

Zielone postaci otaczają szeregi urn, które tkwią w betonowych ścianach niczym mieszkania w blokowiskach. Każdy „grób” jest inny, niektóre dziwią, inne zastanawiają, a jeszcze inne straszą pustymi „oknami” w oczekiwaniu na lokatorów. Stwory z żywopłotu – jedyni żywi mieszkańcy cmentarza, są niczym strażnicy na straży spokoju. Świętego spokoju.

Ruszamy dalej, a wspomnienie cmentarza wciąż jeszcze wywołuje dreszcz na naszych plecach. Po chwili dreszcz potężnieje i zamienia się w przenikliwe zimno.
– Jakim cudem jest tu tak zimno? – myślę zakładając polar. Przecież jesteśmy już niemal o krok od równika!
Jedziemy dalej, opatuleni aż po szyję – gdy nagle zza chmur wychodzi ostre słońce i już po kilku minutach zmusza nas do zrzucenia ubrań. Jedziemy dalej, po kilku chwilach słońce znika i zamiast niego czujemy na ciele lodowaty wiatr. Marzniemy w oczekiwaniu na słońce, ale zamiast ciepłych promieni czujemy przeraźliwy chłód – ubieramy się więc ponownie… Dokładnie tak wyglądało kilka pierwszych godzin naszej rowerowej trasy w Ekwadorze.

Z miejscowości Tulcan udajemy się w kierunku rezerwatu El Angel, tandem podskakuje wesoło na bitej drodze gdzieniegdzie grzęznąc w błocie, a my podziwiamy mroźne i przepiękne widoki. Na horyzoncie spacerują dostojne lamy.

Alpaki, Ekwador.

Wraz ze zmrokiem kończy się zabawa w ciepło-zimno, panuje chłód. Do najbliższego miasteczka jest wciąż daleko, zmęczeni i zmarznięci wypatrujemy więc świateł schroniska, które miało znajdować się w rezerwacie. Mrok, mrok i tylko mrok – przed nami żadnych świateł, nie licząc gwiazd. Oglądając wielki wóz (który tu jawi się „do góry nogami”) przez przypadek dostrzegłam niewielki i zupełnie ciemny domek.

– To schronisko – krzyczę z entuzjazmem, który ulatnia się już chwilę później, gdy nasze pukanie do drzwi odbija się tylko głuchym echem. Mijają sekundy i minuty, jest ciemno, zimno i wszędzie daleko – a schronisko wygląda na opustoszałe… Straciwszy już nadzieję pukam do drzwi mimo wszystko, tymczasem drzwi nagle stają otworem! Niewielki Ekwadorczyk patrzy na nas spode łba, lecz już po chwili zaprasza do środka.

– Ile kosztuje nocleg w schronisku? – pytamy.
– Nic – odpowiada Ekwadorczyk oglądając ze wszystkich stron nasz tandem. – Ale nie ma ogrzewania, ani ciepłej wody, ani gazu, ani prądu, ani jedzenia.
– A koce?
– Koce są. Z alpaki – mówi Ekwadorczyk i już po chwili przynosi nam aż sześć grubych koców. Śpimy dobrze.

Rano wszystko wygląda inaczej – w świetle dnia widzimy przepiękne otoczenia schroniska.

Rezerwat El Angel, Ekwador.

El Angel, Ekwador.

Rezerwat El Angel jest niczym z bajki: malowniczy i całkowicie opustoszały. Dlaczego piękno natury nie przyciąga turystów? Do rezerwatu prowadzą tylko dwie drogi – i żadna z nich nie jest asfaltowa. Nierówny szuter utrudnia i wydłuża jazdę, a wiecznie mroźne i wilgotne powietrze sprawia, że nawet strażnikowi parku trudno tu wytrzymać.

– Dziś jadę do domu – mówi z zadowoleniem. – Zaraz przyjedzie mój zmiennik. Wracam tu dopiero za tydzień!

Żegnamy się z miłym Ekwadorczykiem i ruszamy dalej. Mijamy wioski i miasteczka, szuter ustępuje miejsca asfaltowi, a my po raz pierwszy podczas podróży tandemem spotykamy w trasie pokrewną duszę.

Rowerzysta spotkany na trasie, Ekwador.

Spotkany przez nas rowerzysta jest Szkotem z Glasgow, nie przeszkadza mu więc tutejsza pogoda. On jedzie z La Paz do Bogoty – a my z Bogoty do La Paz, wymieniamy informacje, po czym życzymy sobie powodzenia i ruszamy dalej.

Internetowe wynalazki typu Trip Advisor i opinie na couchsurfing.org sprawiają, że na noc wybieramy miejscowość Cotacachi. Opisana jako miła i tania, okazuje się miła i bardzo droga (jak na Ekwador). Po długich poszukiwaniach znajdujemy najtańszy hostel, który ma okazać się naszym najdroższym noclegiem w tym kraju ($10 od osoby). Wszystkim wybierającym się w te strony polecamy nocleg w miejscowości Otavalo, do której my docieramy dopiero następnego dnia.

Sława Otavalo sięga daleko i obejmuje niemal cały kontynent. Położone tam, gdzie alpaki strzygą uszami, a hodowcy strzygą alpaki, Otavalo szczyci się najlepszym rdzennym targowiskiem – prawdziwe wyroby z wełny alpak sprzedaje się tu naprawdę za śmieszne ceny.

Rdzenny targ w Otavalo, Ekwador.

Dywan z alpaki: $20
Koc z alpaki: $18
Sweter z alpaki: $15
Czapka z alpaki: $5
Skarpetki z alpaki: $3

Przy skarpetkach nie wierzę w cenę, lecz już po chwili przytomnieję i zaczynam się targować – kupuję sweter, czapkę, kilka par skarpetek i rękawiczek, powstrzymuję się dopiero przy kocu i dywanie (ale mało brakowało…).

Dywany z alpak, Otavalo, Ekwador.

Wełna alpak jest przepiękna, ale zdjęcia nie są w stanie oddać jej wszystkich walorów. Łatwo poznać kogoś, kto po raz pierwszy dotyka wełny alpak – Indianie śmieją się na widok turystów, którzy z rozdziawioną buzią głaszczą koce i dywany, głaszczą i przestać nie mogą, a potem wykupują pół stoiska… Wełna alpak w dotyku jest tak miękka, że nie można wręcz oprzeć się jej urokowi. Uległam i ja…

Szymon, który czekał na mnie przy rowerze, patrzy przerażony, gdy wracam z torbami pełnymi zakupów.

– Gdzie my to wszystko spakujemy? – pyta ze zgrozą spoglądając na nasze wypchane sakwy.
– Nie wiem, wymyśl coś – odpowiadam dając mu torby. – Teraz idę po rzeczy dla Ciebie, na urodziny!

Po chwili wracam z męską czapką, kilkoma parami męskich skarpet i rękawiczek, a Szymon odkrywa niesamowite możliwości kompresyjne wyrobów z alpak. Spakowane w sakwy, jadą dalej z nami.

Ruszając, mijamy ekwadorską Indiankę w tradycyjnym stroju, i jest to dla nas kolejne zaskoczenie. Przystrojona w spódnicę i cienkie skarpetki, z melonikiem na głowie idzie spokojnie w swoją stronę i najwyraźniej nie jest jej zimno…

Ekwador zaskakuje – nie sposób zliczyć wszystkich niespodzianek, które spotkały nas w ciągu kilku pierwszych dni pobytu w tym kraju. Potem było łatwiej – potem zaczęliśmy się adaptować. Przywykliśmy do skrajnych emocjonalnie telenoweli (które ogląda się tu wszędzie), alpaki chroniły nas przed zimnem i nawet na równiku byliśmy gotowi na wszystko. Nawet na to, że równik tak naprawdę nie leży na równiku – więcej na ten temat, w następnym wpisie!