Manhattan: spacer po chińsko-włoskiej granicy, część I.

chinatownDSCN1001

Chińczycy i Włosi – te dwie narodowości, odległe od siebie kulturowo i geograficznie, w Nowym Jorku żyją po sąsiedzku, po przeciwległych stronach Canal Street na dolnym Manhattanie. A jak się to wszystko zaczęło?

Na początku byli Holendrzy – o ich bytności na terenie dzisiejszego Chinatown i Little Italy świadczą nazwy ulic: Bowery Street w języku holenderskim oznacza „farmę”, a nazwy Pell, Mott czy Doyers wzięły się od nazwisk bardziej wpływowych i przedsiębiorczych Niderlandczyków. W kolejnych latach europejscy emigranci zaczęli masowo zasiedlać te tereny, stopniowo wypierając Holendrów.

Wpływ na Chinatown miały również wody gruntowe – podmokłe i aromatyczne tereny, jako niebezpieczne dla zdrowia, zostały opuszczone przez lepiej sytuowanych obywateli, a ich miejsce zajęły liczne mroczne indywidua, zachęcane coraz to niższymi czynszami. Niskie opłaty za mieszkania przyciągnęły również Chińczyków w początkach emigracji, a władze Nowego Jorku zajęły się oczyszczaniem nowojorskiego rynsztoka (również w sensie dosłownym – czyli odprowadzaniem wody).

sklep chinatown

Chinatown to dziś największa chińska enklawa w USA – liczy sobie ok. 100 tysięcy mieszkańców. Już od początków emigracji, Chińczycy przybywający do Nowego Jorku zamieszkiwali obok siebie. Chcąc uciec przed biedą i poprawić warunki życia swoich rodzin w kraju, emigranci z Chin zgadzali się na pracę w najgorszych warunkach i za najniższe stawki.. Jak łatwo zgadnąć – wzbudzało to żywy sprzeciw ze strony innych obywateli USA, dla których Chińczycy byli zbyt wielką konkurencją na rynku pracy.

W efekcie tych „walk o pracę” w 1882 r. wprowadzono The Chinese Exclusion Act, który zabraniał Chińczykom wstępu do USA (wyjątek stanowili kupcy, studenci i dyplomaci). W ten sposób Chińczycy stali się pierwszym narodem, któremu odmówiono osiedlania się w Stanach Zjednoczonych. Kolejne regulacje zabraniały przyjazdu do USA żonom i dzieciom chińskich emigrantów oraz zakazywały małżeństw międzyrasowych, co sprawiło, że Chinatown na wiele lat stało się „społeczeństwem kawalerskim” (ograniczenia dotyczące chińskich emigrantów zniesiono dopiero po II wojnie światowej).

stragan chinatown

Dziś spacer po Chinatown to mnogość wrażeń. Pierwszym wyzwaniem jest przedarcie się przez tłum Chińczyków i turystów, przelewający się obficie we wszystkich możliwych kierunkach. Ulice Chinatown wypełniają restauracje i bary, stoiska z pamiątkami i piekarnie, pachnące na kilometr sklepy rybne z żywymi krabami oraz homarami i buddyjskie świątynie, lokalni fryzjerzy i salony masażu.

DSCN2108

Nie brak tu również sprzedawców azjatyckich owoców, które widziałam po raz pierwszy w życiu. Lokalne sklepy przyciągają kolorytem, by po chwili wprawić w zupełną dezorientację – na półkach znajdują się przedmioty, których przeciętny Europejczyk nie potrafiłby nazwać. Wszystkie opisy w sklepach są oczywiście w języku chińskim.

DSCN1914

W nowojorskim Chinatown kilka miejsc zasługuje na szczególną uwagę.

Pierwszym z nich jest Columbus Park, który tętni życiem od rana, aż do późnych godzin wieczornych. Nie wiem, czy słowo „tętni” jest tu odpowiednie – oglądając film, sami możecie to ocenić:)

Columbus Park to miejsce spotkań – więcej Chińczyków na metr kwadratowy można zobaczyć chyba tylko w Pekinie. Zgromadzeni tu Chińczycy grają w karty lub szachy i są na ogół przyjaźnie nastawieni do turystów – chyba, że próbuje się im zrobić zdjęcie. Niedoszły fotograf może otrzymać niezłą burę w angielsko-chińskiej mieszance językowej.

columbus park chinatown

Wyjątek stanowią pokazy chińskich tancerzy, muzyków i mistrzów Tai Chi (ci ostatni są po prostu zbyt zajęci, by zwracać uwagę na turystów).

DSCN2095DSCN2092

Kolejnym ciekawym miejscem jest Doyers Street – ulica posiadająca 90. stopniowy łuk, który, według legendy, miał być zaporą dla latających prosto duchów. To, co powstrzymywało duchy, było dodatkową zachętą dla gangów ulicznych, które w początkach 20. wieku urządzały krwawe walki w załamaniu tej ulicy. Liczne ofiary śmiertelne, wśród których byli również przypadkowi przechodnie, sprawiły, że łuk na środku Doyers Street zyskał przydomek „Bloody Angel”.

doyers street nowy jork

Mott Street, Elizabeth Street, Hester Street – tym uliczkom udaje się uciec od zgiełku szerokiej Canal Street. Wypełnione małymi restauracjami, sklepikami i lokalnymi piekarniami, pozwalają poczuć atmosferę prawdziwych Chin – tłocznych, ale pełnych swoistego, orientalnego uroku. Dodatkowego smaczku mogą dodać chińskie słodycze z pobliskiej cukierni, napój o zaskakującym smaku z lokalnego sklepu, czy rozmowa z chińskim sprzedawcą. W chińskich ustach język angielski brzmi jak egzotyczna pieśń – nawet proste słowa w pierwszej chwili mogą okazać się nie do rozpoznania.

DSCN1037

Przemierzając najprawdziwsze, chińskie uliczki pełne orientalnych smaków i zapachów, widząc uśmiechniętych Chińczyków, słysząc chińskie pieśni wpadam nagle na hydrant z włoską flagą… Po chwili czuję delikatny zapach sosu bolognese i słyszę nawoływania włoskich restauratorów:

  • Gelato, spaghetti, pizza!

No tak, dotarłam właśnie do chińsko-włoskiej granicy. Brak tu co prawda celników sprawdzających paszporty, ale nie mam żadnych wątpliwości – dotarłam do granicy zupełnie innego świata.

DSCN0997



This entry was posted in USA and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

One Response to Manhattan: spacer po chińsko-włoskiej granicy, część I.

  1. traveleum says:

    Uwielbiam NYC! Fajny blog, zapraszam do siebie: http://traveleum.wordpress.com/usa/usa-zimowy-nowy-jork/ Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>