Detroit nocą – czyli co się czai w opustoszałych budynkach.

Detroit noca

Detroit nocą – i nie mam tu na myśli eleganckich restauracji na Greektown, studenckich barów na Midtown, ani nawet modnych knajpek na Corktown. Mam na myśli prawdziwe Detroit – miejsca bez nadzoru policji, bez oświetlenia ulicznego i bez znieczulenia. Jak tam trafiliśmy?

Kilka dni wcześniej, w Pittsburgu, spędzaliśmy wieczór w towarzystwie naszych gospodarzy poznanych na couchsurfingu. Siedzieliśmy w przyjemnej knajpce nad lokalnym piwem i rozmawialiśmy o dalszych etapach naszej podróży. Na słowa „jedziemy do Detroti” nasi pittsburscy znajomi aż podskoczyli z wrażenia.

- Jedziecie do Detroit? To super! To wspaniałe miasto! – ponieważ pierwsza reakcja naszych rozmówców była bardzo entuzjastyczna, zdecydowaliśmy się zdradzić im prawdziwe motywy naszej wizyty w Detroit.

- Chcemy obejrzeć stare, opustoszałe budynki.

Nasi gospodarze wstrzymali oddech, milczeli przez dłuższą chwilę… po czym jednym tchem wydusili z siebie te słowa:

- Musicie zatrzymać się u naszych przyjaciół w Detroit – Sary i Jacka! Pokażą wam wszystko, co chcecie zobaczyć!.

I tak się stało – przed przyjazdem skontaktowaliśmy się z Sarą i Jackiem.

Po pierwszym, szybkim powitaniu z miastem (wspaniała People Mover) siedzimy w D:hive w samym centrum Detroit, powoli zapada zmrok, a my zupełnie nie wiemy, czego możemy się spodziewać po tym mieście i po naszych tajemniczych gospodarzach. Dźwięk smsa wyrywa nas z zamyślenia – Sara czeka na nas po drugiej stronie ulicy.

Witamy się, wrzucamy plecaki do bagażnika i wsiadamy do samochodu. Sara – dziewczyna w naszym wieku, mieszka w Detroit od 9 lat – wiezie nas do domu Woodward Avenue, główną ulicą miasta. Dowiadujemy się, że ta ulica jest bezpiecznym miejscem na spacer – ale lepiej nie zbaczać z niej zbyt daleko. Przed domem, już z ganku, słyszymy ostre szczekanie i łomot, wewnątrz witają nas głośne i nadaktywne psy: boxer, buldog i pittbull. Jak się później dowiemy, te psy są najskuteczniejszym „security system” (ochrona). Po godzinie dołącza do nas mąż Sary, Jack.

Jack jest cieszy się, że chcemy zobaczyć opuszczone budynki. Energicznie oświadcza, że będzie gotowy do wyjścia za 10 minut i radzi nam się ciepło ubrać – w pustych budynkach jest naprawdę zimno. Stajemy jak wryci – jak to? Teraz? Nocą idziemy do opuszczonych budynków? Jednak podekscytowany Jack już nie słyszy naszego pytania… Po 10 minutach jesteśmy gotowi. Jack chwyta wielką latarkę, my dostajemy po czołówce i ruszamy w miasto. Po raz pierwszy w tak wielkim stopniu ufam zupełnie obcemu człowiekowi – idę z nim w środku nocy odwiedzać miejsca, o których słyszałam najgorsze rzeczy. Ale Jackowi dobrze z oczu patrzy, jest pewny siebie i wygląda na to, że wie co robi.

Jack mieszkał w Detroit przez większą część swojego życia – wszystkie opuszczone budynki zna na pamięć. Jako nastolatek wraz ze znajomymi organizował imprezy techno w pawilonach opuszczonych fabryk – bawili się tam do rana. Teraz jego ulubioną rozrywką jest oprowadzanie znajomych po niszczejących halach i zakazanych dzielnicach.

Wsiadamy do samochodu i jedziemy przed siebie. Po drodze Jack opowiada nam, że dom w którym mieszka, kupił 9 lat temu za zupełnie śmieszne pieniądze. Był pierwszym białym, który wprowadził się do dzielnicy. Detroit, jako miasto z burzliwą historią konfliktów na tle rasowym, jest dość mocno podzielone na „czarne” i „białe” okolice. Przez wiele lat sąsiedzi Jacka omijali go szerokim łukiem i patrzyli na niego z wrogością. Dopiero niedawno zaczęli odpowiadać mu „dzień dobry” i uśmiechać się do niego na ulicy.

Zatrzymujemy się przy starym budynku dawnego dworca. Wysiadamy. Jack mówi, że nie mamy się czego obawiać – pogoda jest idealna na taką wyprawę. Żadnemu przestępcy nie chciałoby się „iść do pracy” w taki ziąb.

Detrtoit budynek dworca

Budynek dworca należał niegdyś do tajemniczego milionera, który trzymał w garści znaczną część wymiany handlowej z Kanadą, jaka rozgrywała się w granicznym mieście Detroit. Z czasem milioner, chcąc poszerzyć swoje wpływy, popadł w tarapaty budując bez zezwolenia mosty pomiędzy Kanadą a USA. Niedawno miasto przejęło pieczę nad budynkiem dworca – obecnie jest to chyba jedyny, stary budynek w Detroit, który został poddany renowacji.

Jack odwraca się i wskazuje na stojącą obok, ogromną i opustoszałą halę fabryczną.

Detroit opuszczona fabryka

Przestrzeń wewnątrz tego budynku jest tak wielka, że zimą kilka lat temu grupa młodych chłopaków urządziła sobie na drugim piętrze lodowisko do gry w hokeja. Podczas gry, jeden z zawodników zauważył nagle czyjeś nogi wystające z kontenera stojącego pod ścianą. Hokeiści podeszli bliżej i wewnątrz kontenera znaleźli ciało… Pomimo długiego śledztwa policja nie zdołała zidentyfikować ciała ani dowiedzieć się niczego o okolicznościach śmierci.

Wracamy do samochodu, jedziemy dalej. Zniszczone budynki fabryk i straszące pustymi oknami domy ciągną się kilometrami. Gdy przemysł samochodowy wyprowadził się z miasta, opuszczone zostały całe dzielnice. Z początku puste zabudowania stały spokojnie pod kluczem czekając na lepsze czasy – jednak te nigdy nie nadeszły. Zamieszki na tle rasowym, które przetoczyły się przez miasto w 1967 r., zostawiły po sobie 2 000 zniszczonych budynków, ale prawdziwa apokalipsa przyszła znacznie później.

Devil’s Night (Noc Diabła) – ta nazwa jeszcze w latach 90. mroziła krew w żyłach mieszkańcom Detroit. Tradycja Devil’s Night sięga lat 40., ale największa eskalacja zjawiska miała miejsce w latach 1970-1994. Noc Diabła, tradycyjnie przypadająca tuż przed Halloween (30 października), gromadziła w Detroit wielu złoczyńców, wandali i wszelkie typy spod ciemnej gwiazdy, jakie można spotkać w amerykańskich rynsztokach. Co roku, 30 października, w Detroit odbywał się rytualny zjazd powyżej wymienionych, a budynki stojące wzdłuż trasy ich całonocnej parady, płonęły lub obracały się w zgliszcza.

Bierność policji i bezradność władz miasta przez lata umożliwiała uczestnikom Devil’s Night wszelkie niszczycielskie ekscesy – i w ten sposób powstała znaczna część dzisiejszego krajobrazu Detroit. W 1994 r. Noc Diabła osiągnęła apogeum destrukcji, a władze i mieszkańcy Detroit powiedzieli: dość. Rok później w Noc Diabła na ulice ruszyły zastępy wolontariuszy, które wraz ze wsparciem policji miały na celu powstrzymać tłumnie przybyłych do Detroit wandali. Nowa inicjatywa zyskała miano Angel’s Night (Noc Anioła), i z czasem położyła kres Nocom Diabła.

Jack uśmiecha się podczas swojej opowieści – przez lata był pewien, że Devil’s Night to tradycja, która odbywa się w całym USA. Dopiero niedawno zorientował się, że niszczycielskie „święto” było kultywowane jedynie w Detroit…

Mijamy stary budynek szpitala – obecnie trzy najniższe kondygnacje są zabarykadowane i nie można dostać się do środka. Jack, wraz z kilkoma znajomymi, parę lat wcześniej wspiął się po barykadzie i tym sposobem odwiedził szpital. Wewnątrz zastał zakurzone i mroczne sale operacyjne z rozstawionym i gotowym do użycia sprzętem. Łóżka szpitalne, jakby czekające na przyjęcie pacjentów, lampy medyczne gotowe w każdej chwili rozbłysnąć, nadrdzewiałe narzędzia chirurgiczne zastygłe w oczekiwaniu, aż zza powiewających na wietrze zasłon wyłoni się szalony lekarz, by niczym w horrorze przeprowadzić operację na nieproszonych gościach… Jack otrząsa się ze wspomnień – to była jedna z chwil, kiedy rzeczywiście czuł zagrożenie…

Zatrzymujemy się przy kościele z przyległą szkółką niedzielną.

Detroit opuszczony kosciol

Po dłuższych poszukiwaniach Jack znajduje uchylone drzwi. Wchodzimy do środka – najpierw po omacku, Jack pozwala nam zapalić latarki dopiero, gdy wejdziemy w głąb kościoła, z daleka od okien i drzwi. Pomimo latarki i czołówek jest tak ciemno, że robię zdjęcia zupełnie na oślep – pstrykam dookoła lampą błyskową i widzę to, co jest przede mną dopiero na ekranie aparatu.

DSCN5097Detroit wnetrze kosciola

Budynek sam w sobie jest przerażający, pełen własnych dźwięków – skrzypiących podłóg i trzeszczących sprzętów. Mam wrażenie, że nasze kroki wywołują niesamowity hałas, który roznosi się na wszystkie strony – a w hałasie tym zupełnie nikną odgłosy innych kroków, innych szeptów, innych osób, które być może czają się w mroku…

Jack uspokaja nas – idzie pewnym krokiem z pomieszczenia do pomieszczenia i mówi, że jeżeli nawet kogoś tu spotkamy, to na 99% będzie to bezdomny lub narkoman, który na 99% będzie czarny, i na 90% będzie przed nami uciekał.

- I don’t know why, but black people think, that all whites are police officers (Nie wiem dlaczego, ale czarni myślą, że wszyscy biali są z policji) – mówi Jack.

Detroit wnętrze kościoła

Mijamy sale, kuchnię, schody i kaplicę. Jack prowadzi nas do małego pomieszczenia umieszczonego pod organami – widzimy tam zupełnie dobrze zachowane fragmenty instrumentu. Biorąc pod uwagę stopień zniszczeń całego budynku, jest to naprawdę niebywałe.

Detroit organy kosciola

Idę dalej, robię na oślep zdjęcie i przez sekundę, kiedy obraz wyświetla się na moim ekranie – widzę cień przemykającego człowieka, kilka metrów od nas.

DSCN5131

Ekran aparatu gaśnie, dookoła otacza nas ciemność, a mi serce zamiera z przerażenia, chcę krzyczeć i uciekać, ale zachowuję ciszę i spokój, mówię tylko:

- Let’s go out from here (chodźmy stąd). Wychodzimy. Później, gdy dokładnie oglądamy zdjęcie, widzimy tylko cień. Mimo wszystko Jack uważa, że ktoś mógł tam być.

Jedziemy dalej mijając opuszczone osiedla. Jack prowadzi nas do swojego ulubionego miejsca – budynku byłego teatru. Opowiada, że był w nim setki razy, prawdopodobnie spędził tu więcej czasu, niż w jakimkolwiek budynku. Obok, na ulicy, stoją panie.

- Are they waiting for a bus? (Czy one czekają na autobus?) – pytam w swojej naiwności.

- No, they are hookers. (Nie, to prostytutki) – odpowiada Jack. Po chwili, jakby na potwierdzenie słów Jacka, niedaleko pań przystaje samochód.

DSCN5211DSCN5152

Jack wchodzi do starego teatru. Idzie pewnym krokiem, podążamy za nim w zupełnej ciemności – dopiero w głębi budynku włączamy latarki. W wątłym świetle widzimy fragmenty widowni, scenę, której deski pamiętają lepsze czasy, balkony – niegdyś pełne widzów, dziś zupełnie opustoszałe. Teatr, który lata świetności ma już dawno za sobą, w ciemnościach wygląda przerażająco – wiele jest tam zakamarków, w których ktoś mógłby na nas czyhać, a my nawet nie wiemy o jego obecności…

DSCN5193DSCN5162

Jack prowadzi nas do starej garderoby – idzie przodem, ja podążam za nim. Stare deski podłogi uginają się i skrzypią pod naszymi stopami. Rozległe korytarze, kręte schody i tajemnicze pomieszczenia nie mają końca, wciąż skręcamy w prawo i w lewo, mijamy dziesiątki drzwi i opustoszałych pasaży, a ja czuję się już zupełnie zagubiona w tym labiryncie przejść i zakrętów. Nagle, przy wejściu do kolejnego pomieszczenia Jack gwałtownie przystaje, odwraca się szybko i z przestraszoną miną daje znak do odwrotu. Bez słowa zawracamy i jak najszybciej idziemy z powrotem. Mijamy schody, korytarze, przejścia, przestraszeni gubimy drogę i trafiamy do pomieszczenia, w którym jeszcze nigdy nie byliśmy, zawracamy, mijamy znajomą klatkę schodową – ale gdzie teraz? W prawo, czy w lewo? Już tyle razy było w prawo i w lewo – a może tu? Prosto? Wydostanie się z budynku zajmuje nam sporo czasu, ale gdy wreszcie jesteśmy na zewnątrz – oddychamy z ulgą.

Jack mówi, że widział bezdomnego, który spał na stercie starych ubrań i kostiumów. Spał i zapewne był niegroźny – ale lepiej go nie niepokoić…

Nieco uspokojeni wsiadamy do samochodu, zamykamy za sobą drzwi, czujemy się znowu bezpiecznie. Kolejnym punktem programu jest olbrzymia, była fabryka samochodów.

DSCN5223

Jack obwozi nas dookoła, ale nie zgadza się zatrzymać samochodu ani tym bardziej wyjść z niego w celu zrobienia zdjęcia (o wejściu do środka fabryki nie było nawet mowy). W ubiegłych latach fabryka, jako olbrzymi i tajemniczy budynek, przyciągała wielu turystów – a turyści, z kamerami, aparatami i grubymi portfelami – przyciągali przestępców. Rabusie mieli w zwyczaju czaić się wewnątrz fabryki i napadać tam na swoje ofiary. Innym sposobem okradania turystów było wzniecanie pożarów – zdezorientowani przybysze, uciekając przed ogniem, wpadali prosto w ręce złodziei.

- This place is not safe (To nie jest bezpieczne miejsce) – mówi Jack jadąc wzdłuż fabryki, której powierzchnia wynosi kilka kilometrów kwadratowych. Jack dobrze wie, co mówi – wiele razy został obrabowany, ale za każdym razem zdarzyło się to w miejscu, o którym wiedział, że jest niebezpieczne.

DSCN5241

Zwalniamy przy odległym skrzydle budynku – mieszczą się tu dwie działające firmy. Nie bardzo wiadomo, czym się zajmują… Jack, jako lokalny patriota, próbował kiedyś zasięgnąć języka w tej sprawie – podszedł do ochroniarza pracującego w jednej z firm, i chcąc zagaić rozmowę, powiedział:

- I’ve heard, that this building often burns… (Słyszałem, że w tym budynku często wybuchają pożary)

- Yeah… in the world there are many buildings, that often burn… Why should you be interested in this one? (Ta… pożary wybuchają w wielu budynkach na świecie. Dlaczego miałbyś interesować się właśnie tym?) – usłyszał w odpowiedzi. Więcej nie pytał.

Zostawiamy budynek fabryki za plecami i jedziemy przed siebie. Nagle naszym oczom ukazuje się najdziwniejsza i najbardziej przerażająca rzecz, jaką zobaczyłam tej nocy.

DSCN5256

Dotarliśmy do dzielnicy, która jeszcze kilkanaście lat temu, jako zupełnie zdewastowana, była przeznaczona do wyburzenia. Jednak na drodze buldożerom stanęła… sztuka. W postaci Heilderberg project. Ale więcej na ten temat – w następnym wpisie.



This entry was posted in USA and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

12 Responses to Detroit nocą – czyli co się czai w opustoszałych budynkach.

  1. abecadlo says:

    niesamowita relacja!

  2. Jw says:

    Gratuluje odwagi i czekam z niecierpliwością na kolejne relacje z Detroit

  3. Ewelina says:

    Wariaci:d :d:d niezle:)

  4. tomhar says:

    Niesamowite perełki można wyczytać z opisów – mam nadzieje że przy kolejnej relacji, tekstu będzie więcej.
    Pozdrawiam!

  5. Zobaczyć Amerykę od tej strony by zaraz po tym zwiedzić NY albo Vegas. Skrajny przykład nowego porządku świata

  6. urbex says:

    świetna relacja!!!! jestem pod wielkim wrażeniem i czekam na więcej zdjęć i opowieści.

  7. Reda says:

    Bardzo ciekawe! Dzięki!

  8. Krzysiek says:

    Super! Niesamowita relacja. Szkoda, że nie ma opcji subskrybowania bloga.

    Pozdrawiam

  9. Mariusz says:

    Niesamowite przeżycie, sam uwielbiam zwiedzać opuszczone budynki czy forty. Zazdroszczę. I dziękuję, że zechcieliście się podzielić wrażeniami.

  10. Tasior says:

    American Dream w ruinie – oto znak czasu. Bardzo ciekawy reportaż. Przyznam, że momentami czytało się z zapartym tchem :) Proszę o więcej takich. Pozdrawiam.

  11. Adrian says:

    Byłem tam i widziałem na własne oczy opuszczone budynki a nawet całe dzielnice. A na ścianach przed wjazdem napisy Zombieland itd.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>