W trasie: teksańskie pustkowia przy granicy z Meksykiem.

DSCN8218

Jedziemy, pędzimy przed siebie przemierzając setki mil. Nieliczne miasta są jak oazy w środku pustyni, a krajobraz za oknami samochodu zmienia się tak szybko, że trudno nam uwierzyć, iż wciąż jesteśmy w tym samym kraju. Pustynne, z rzadka porośnięte suchą trawą zimne piaski Teksasu zmieniają się w czerwone skały bogatego w żelazo Nowego Meksyku, a już po chwili pędzimy wśród niesamowicie malowniczych formacji geologicznych Utah, które nagle zastępuje rozległa Arizona. Płynące dni wydają się być wiecznym wtorkiem lub środą i tylko czasem zamknięte nagle sklepy przypominają nam o istnieniu niedzieli, a nieczynne muzea zaskakują poniedziałkiem. Ale od początku…

Ceny wynajmu samochodu w USA zaczynają się już od 16 $ za dzień – pod warunkiem, że pożyczony samochód zostanie zwrócony w miejscu wynajmu. My natomiast planowaliśmy przejechać samochodem z Teksasu do Kalifornii, w niecały miesiąc – a ceny takiego wynajmu są co najmniej dwukrotnie wyższe.

Przerażeni kwotami rzędu 1400 $, w internetowych gąszczach natrafiliśmy na cenę 780 $ z Houston w stanie Teksas do San Francisco w stanie Kalifornia. Idealnie!
Niemal bladym świtem wyruszamy więc z Houston miejskim autobusem, jedziemy ponad godzinę, a mijane zabudowania ustępują miejsca pustyni, na której gdzieniegdzie – niczym oazy – rozkwitają nieliczne centra handlowe. Wysiadamy pod jednym z nich, idziemy, idziemy i idziemy – i nie znajdujemy żadnej wypożyczalni… Ruszamy więc dalej, wzdłuż autostrady, która (jakimś cudem!) jest wyposażona w chodnik. Po 20 minutach szybkiego marszu docieramy do granic rozległego centrum handlowego i idziemy dalej, przed siebie, chodnikiem, w środku pustyni. Plecaki już lekko ciążą, słońce praży, nie widać nic… To na pewno tu? Tak, adres się zgadza, a GPS bez żadnego wahania prowadzi nas przed siebie.
Po chwilach zwątpienia docieramy do osamotnionej stacji benzynowej, za którą kończy się chodnik. Wchodzimy, rozglądamy się – i na samym końcu stacji dostrzegamy niewielki kontuar z logotypem wypożyczalni samochodów, a za nim – niezmiernie znudzoną panią, która prawdopodobnie od miesięcy nie obcowała z żadnym klientem. No tak – samochody stojące na parkingu z pewnością bardziej przydadzą się w San Francisco, albo w dowolnym innym miejscu. To wyjaśnia niską cenę wynajmu.

Wypożyczamy samochód economic, ale na parkingu czeka na nas Chevrolet Malibu, czyli samochód o dwie klasy wyższy, zupełnie gratis. Ruszamy!

Teksas, drugi co do wielkości stan USA (zaraz za Alaską) rozciąga się na powierzchni 696,241 kilometrów kwadratowych, czyli jest około dwa razy większy od Polski! My planujemy przemierzyć jego południową część w 4 dni. Nie tracąc czasu, mijamy Austin i San Antonio, a drogi wiodące nas na zachód biegną coraz bliżej meksykańskiej granicy. Liczne do tej pory znaki McDonald ustępują miejsca szyldom lokalnych meksykańskich barów i restauracji, gdzie pyszne burrito można zjeść już za 1$. Nic dziwnego, że amerykańskie ceny nie wytrzymują starcia z meksykańskimi.

DSCN8430

Teksas nie bez przyczyny jest znany jako „Lone Star State” (Stan Samotnej Gwiazdy) – godzinami pędzimy przez rozległe, pustynne terytoria. Przez wiele mil nie widać żadnego miasteczka, żadnego sklepu ani nawet stacji benzynowej. Gdy po pewnym czasie czasie stara obora lub ruiny dawnego rancza wydają nam się szczytem cywilizacji, dostrzegamy na horyzoncie miasteczko rodem ze starego westernu, i wcale nie jesteśmy pewni, czy stoją przed nami prawdziwe budynki, czy tylko fasady, które przewrócą się od najlżejszego podmuchu wiatru.

DSCN8123

W miasteczku złożonym z kilku zabudowań znajdujemy otwartą kawiarenkę, której właścicielka wita nas z takim zdziwieniem, jakby zobaczyła ducha. Pani obsługuje nas z wielkim ożywieniem (czujemy się co najmniej, jak atrakcja sezonu), przy czym opowiada o okolicy, wypytuje nas o cel naszej podróży i mówi, że powinniśmy się spodziewać patroli granicznych w dalszych odcinkach drogi (check points).

- Ale my nie planujemy przekraczać granicy z Meksykiem – odpowiadamy.
- To nieważne, patrole sprawdzają każdy samochód w strefie przygranicznej – słyszymy w odpowiedzi.

Niegdyś spokojna i często przekraczana granica z Meksykiem, w ostatnich latach stała się jednym z najniebezpieczniejszych miejsc w kraju. Jeszcze kilkanaście lat temu przejścia graniczne w El Paso, Del Rio i innych miastach przygranicznych szczyciły się zainteresowaniem godnym nowojorskiego Times Square – turyści i lokalni mieszkańcy ruszali tłumnie do meksykańskich miasteczek na poranne burrito lub popołudniowe taco, na zakupy i po tanią benzynę, a amerykańskie nastolatki urządzały grupowe wypady do meksykańskich barów, w których tequila lała się strumieniami dla każdego, kto miał ukończone 18 lat (w USA obowiązuje zakaz picia alkoholu do 21. roku życia). Jednak z czasem coraz więcej osób zaczęło przekraczać granicę tylko w jedną stronę. Meksykanie – nielegalnie i w celu stałego osiedlenia się w USA. Amerykanie – legalnie, ale…

Przemyt narkotyków, napady, rozboje i morderstwa przypadkowych świadków stały się niemal na porządku dziennym, a władze USA postanowiły wzmocnić nadzór na terenach przygranicznych. Dziś granica na powrót staje się bezpieczniejszym miejscem (ale tylko w ciągu dnia! – za nic nie zapuściłbym się tam po zmroku – informuje nas znajomy mieszkaniec El Paso). Jednak znajdujące się na granicy punkty kontrolne, patrole samochodowe i powietrzne nie panują w całości nad ciągnącą się na linii 3 169 kilometrów granicą, której większą część stanowi pustynia. Rozciągnięta wzdłuż Rio Grande meksykańsko-amerykańska granica jest drugą najczęściej przekraczaną na całym świecie (zarówno legalnie, jak i nielegalnie).

DSCN8238

Do pierwszego check point docieramy już po zmroku i od razu na myśl przychodzą nam dokumentalne filmy o przemycie narkotyków w Ameryce Południowej. Umundurowani strażnicy z wyszkolonymi psami na smyczach zatrzymują każdy samochód i świecąc latarkami zaglądają do środka. Nasz europejski akcent przyciąga ich uwagę, proszą nas o zjechanie na bok, oglądają uważnie paszporty i wizy, świdrują nas wzrokiem, wypytują o cel podróży i nie znajdując nic podejrzanego, po kilku minutach życzą nam szczęśliwej drogi. Nasze dokumenty i wizy są w porządku – zastanawiamy się jednak, jak „strażnicy Teksasu” zareagowaliby na nieważne wizy… Dochodzimy do wniosku, że nie byłoby problemu – strażnicy poszukują nielegalnych emigrantów z Meksyku, przemycających narkotyki, a nie polskich turystów którzy przegapili termin ważności wizy. O tym, jak bardzo się mylimy, mamy się przekonać już następnego dnia…



This entry was posted in USA and tagged , , . Bookmark the permalink.

5 Responses to W trasie: teksańskie pustkowia przy granicy z Meksykiem.

  1. s says:

    czekam, co będzie następnego dnia!

  2. Arek says:

    Kurcze mieszkać na takim pustkowiu to z jednej strony gwarancja spokojnego życia, ale myślę, że po jakimś jednak się może znudzić. Chociaż pewnie też można się przyzwyczaić po paru latach.

    • agagnesa says:

      Pani z kawiarenki mieszka tam od urodzenia i nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Na jakiś czas przeniosła się do San Antonio, które nam wydawało się przyjemnym, sennym miasteczkiem – ale dla pani było zbyt głośne, a tempo życia w mieście – za szybkie. Wróciła więc na dobre do swojej wioski składającej się z jednej ulicy i kilku zabudowań i żyje sobie spokojnie…

  3. Pawel says:

    Ja osbiscie przejechalem caly meksyk i przeszedlem przez zielona granice w Nogales arizona w nocy ,wczesniej probowalem w ciudad juarez ale nie poszlo tak jak chcialem,teraz w dzisiejszych czasach check points sa wszedzie w promieniu do 100 mil od meksyku ,ale meksykanie sa dobrze zorganizowani i wiedza o tym i omijaja.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>