W trasie: spacer po pustyni i przygody na granicy.

DSCN8416

Przemierzając teksańskie pustkowia docieramy do miejscowości Marathon, która składa się z ok. 400 mieszkańców i kilkunastu budynków ulokowanych wzdłuż głównej ulicy. Mijamy sklep, piekarnię, hotel i ledwo dostrzegamy ukryty na poboczu znak wskazujący drogę do hostelu.

Hostel La Loma del Chivo powstał z inicjatywy kilku osób, które po odchowaniu dzieci, zrobieniu kariery, spłaceniu kredytów i spełnieniu wszelkich innych powinności dorosłego życia postanowiły zrobić coś dla siebie. Żyć z dala od tłumnych miast, z dala od codziennej pogoni, z dala od głównego nurtu. Żyć, po prostu.

- To wszystko jest jeszcze nieskończone – mówi Ingrid, Słowaczka która mieszka w jednym z budynków hostelu (Ingrid mówi po polsku – cieszymy się słysząc naszą ojczystą mowę!). La Loma del Chivo nie jest po prostu hostelem. Nie ma tam drzwi wejściowych, recepcji, schodów, korytarzy ani pokoi. La Loma del Chivo to miejsce niezwykłe – z dala od cywilizacji i w środku pustyni.

DSCN8203DSCN8417

Na hostel składa się mnóstwo maleńkich domków rozrzuconych, niby niedbale, na otwartej przestrzeni, a każdy z nich zbudowany jest w zupełnie innym stylu. To atmosfera luzu i zaufania (domki nie są zamykane!), to twórcze podejście do architektury i do zysku – ponieważ hostel nie jest jeszcze ukończony, śpimy w nim za darmo.

DSCN8425DSCN8419

Miejscowość Marathon jest oddalona o 40 mil od leżącego w sercu pustyni Chihuahuan Big Bend National Park. Ale oddech pustyni czuć już tutaj – w powietrzu, które tuż po wschodzie słońca gęstnieje od upału. Pustynia żyje swoim życiem – szmer wyschniętej trawy, chrzęst piasku pod butami, szum wiatraków, brzęk metalowej furtki i cisza. W ciągu dnia powietrze w oddali drży z gorąca, w nocy temperatura gwałtownie spada do 0 stopni Celsjusza, a w ciemnościach dostrzec można tylko jedną drogę – mleczną. Tysiące jasnych gwiazd to dla miejskiego oka prawdziwy spektakl, który – gdyby nie przenikliwe zimno – można by oglądać do rana…

O świcie wrzucamy w pośpiechu plecaki do samochodu i ruszamy w kierunku rozległej pustyni Chihuahuan. Po drodze mijamy check point – przejeżdżamy bez kontroli, w końcu jedziemy w stronę Meksyku.

DSCN8298

Big Bend National Park leży na meksykańsko-amerykańskiej granicy, która biegnie wzdłuż Rio Grande („Wielka Rzeka”). Park, który rozciąga się na przestrzeni 3 242 km², zachwyca niezwykłym połączeniem gór i pustyni oraz niebywałą różnorodnością – krajobraz zmienia się tu dosłownie z kilometra na kilometr.

DSCN8347

Przemierzamy skalne szlaki, by po chwili znaleźć się na otwartej i bezkresnej przestrzeni. Pokonujemy kręte, szutrowe drogi, by dotrzeć do odległych i trudno dostępnych ścieżek i niestety nie udaje nam się spotkać wszystkich zwierząt, które zamieszkują te tereny.

DSCN8244

Pod wieczór docieramy do bijących tuż przy Rio Grande Gorących Źródeł. Wejścia na szlak strzeże ta oto tablica.

DSCN8404

Tłumaczenie: Uwaga! Zakup lub posiadanie przedmiotów otrzymanych od Meksykanów jest nielegalne. Nielegalnie zakupione przedmioty zostaną skonfiskowane, a przestępcy mogą zostać ukarani.

Mijamy tablicę i idziemy dalej, balansując na meksykańsko-amerykańskiej granicy. Jesteśmy jeszcze w USA – ale zaledwie kilka metrów dalej, po drugiej stronie rzeki, leży Meksyk.

DSCN8390

Zapada lekki zmrok, monochromatyczny krajobraz powoli kryje się w cieniu, a my przez przypadek dostrzegamy coś, co wcale nie było widoczne na pierwszy rzut oka. Na kamieniach, niczym kameleon wtopiony w krajobraz, czają się małe skorpiony, pająki i inne nie znane nam stworzenia. W kolorach otoczenia są zapewne niewidoczne dla patroli lotniczych, lecz dostrzegalne dla spacerujących po szlaku turystów.

DSCN8383

Tłumaczenie tekstu z kartki na zdjęciu:
Proszę kupcie, aby pomóc kobiecie z Bocuillas w Meksyku. Przyjmujemy darowizny. Dziękujemy, niech Bóg was błogosławi.

Po kilku metrach natrafiamy na kolejne „stoisko”. Ekspozycja wygląda na nietkniętą, ale w słoiku znajdują się banknoty. Czyżby przemierzający szlak wędrowcy przekazywali datki na rzecz „meksykańskich artystów”, lecz w obawie przed kontrolą nie korzystali z możliwości zabrania ze sobą tych niewielkich dzieł sztuki?

DSCN8388

Rozglądamy się – czy to możliwe, że gdzieś tu kryją się Meksykanie? Krajobraz, pełen naturalnych załamań, krzewów, pagórków i skał jest coraz słabiej widoczny w ciemniejącym świetle wieczora. Wracamy do samochodu i kierujemy się w kierunku Marathonu. W całkowitej ciemności dostrzegamy na horyzoncie jeden jaśniejący punkt, który powoli zbliża się do nas coraz bardziej. Po pewnym czasie rozpoznaję w nim check point i w ułamku sekundy zdaję sobie sprawę z tego, że mój paszport został w jednym z niezamykanych domków La Loma del Chiva, około 40 mil stąd…

Zatrzymuje nas trzech umundurowanych celników uzbrojonych po zęby i jeden pies (którego broń stanowią… zęby). Po krótkim przywitaniu panowie proszą nas o paszporty – Szymon podaje im swój dokument, a ja informuję panów, że niestety mój paszport został w hostelu. Celnicy zamierają bez ruchu i przez chwilę patrzą po sobie jak gdyby nie byli pewni, co należy zrobić. Wysiadamy z samochodu.

- Jesteś obywatelką innego kraju. Musisz mieć swój paszport przy sobie przez cały czas – mówi poważnym tonem jeden z panów.
- Wiem, ale zapomniałam o nim. Został w hostelu, ale to niedaleko, możemy po niego pojechać – mówię i kieruję się w stronę samochodu. Panowie ruszają zdecydowanie w moim kierunku, jakby zamierzali mnie zatrzymać.
- Nigdzie nie możesz pojechać. Nie masz paszportu, a my mamy prawo cie aresztować – mówi jeden z nich ostrym tonem.

Zamieram bez ruchu, mam poczucie ogromnego absurdu i nie mogę uwierzyć, że celnik USA zwraca się do mnie w ten sposób.

- Mam przy sobie prawo jazdy – odpowiadam spokojnie, ale nie mogę powstrzymać lekkiego uśmiechu. Podaję jednemu z celników prawo jazdy, a on szybko znika w budynku check pointu, drugi celnik, wraz z psem, wraca na wartę, natomiast trzeci zostaje z nami. Wskazuje stojącą na zewnątrz ławkę i każe nam na niej usiąść.

Patrzę na celnika – jest ubrany w wojskowe, skórzane buty, długie spodnie i kurtkę od munduru. Ja siedzę na ławce w lekkich sandałach, spodniach i koszulce na ramionka, a otaczająca nas pustynia rządzi się swoimi prawami. Pan nie spuszcza nas z oczu, a ja zaczynam się trząść z zimna. Szymon patrzy na mnie, spogląda na samochód i nagle wstaje. Celnik momentalnie rusza w jego kierunku.

- Chciałbym pójść do samochodu po ubranie dla niej – mówi Szymon wskazując na mnie. – Jest jej zimno.

Celnik patrzy na mnie przez chwila, po czym kiwa głową ze zrozumieniem. Szymon rusza do samochodu, a ja zostaję sama z celnikiem, który wpatruje się we mnie tak poważnym wzrokiem, jakbym była przestępcą pierwszej kategorii. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że ta sytuacja rozgrywa się naprawdę. Powstrzymuję cisnący się na usta uśmiech i mówię:

- Czuję się jak w latach 80. w Polsce, w czasie komunizmu.
- Naprawdę? – pyta celnik i dalej patrzy na mnie. Chyba nie zrozumiał, o co mi chodziło.
- Tak… wtedy każdy człowiek mógł być potraktowany jak przestępca – odpowiadam i zastanawiam się, czy aby nie posunęłam się za daleko. Jednak celnik wygląda na zainteresowanego moimi słowami.
- Każdy człowiek jak przestępca? Co masz na myśli? – pyta i słucha z uwagą.
- Wtedy kontrole na granicy były na porządku dziennym. Gdy miałam 6 lat, pojechałam z mamą na wakacje do Bułgarii, pociągiem. W środku nocy pociąg został zatrzymany na granicy, wszyscy pasażerowie musieli wysiąść, bagaże były przeszukiwane…
- Dlaczego? – pyta zaciekawiony celnik. – Wszyscy zapomnieli paszportów?
- Nie – odpowiadam ze śmiechem. – Wtedy w ten sposób kontrolowali każdego.

Szymon wraca z ubraniem dla mnie. Ubieram się i mówię dalej.

- Teraz w Europie nikt nie pilnuje granic. Taka sytuacja nie mogłaby się zdarzyć w strefie Shengen. Przejeżdżając granicę pomiędzy państwami, nie trzeba mieć przy sobie paszportu. Wystarczy prawo jazdy.

Celnik słucha jak zaczarowany, a ja postanawiam wybadać, na ile poważna jest moja sytuacja.

- Jak długo to potrwa? – pytam, wskazując na budynek check pointu.
- Tyle, ile trzeba – odpowiada celnik, ton jego głosu na powrót staje się oficjalny.
- Mój paszport jest o 40 minut drogi stąd. Możemy go przywieźć – mówię, i jednocześnie wyobrażam sobie umundurowanych celników, którzy z bronią i z psem wkraczają na hipisowski teren hostelu, pies węszy, a oni idą zdecydowanym krokiem w stronę mojego domku. Właściciel hostelu widzi ich z daleka, na wszelki wypadek sięga po broń (w Teksasie posiadanie broni jest dozwolone i ma ją prawie każdy) i trzymając ich na muszce, mówi głośno i wyraźnie:
- Dobry wieczór panom…

- Nie pojedziemy po Twój paszport – celnik przerywa moje rozmyślania. – Zaraz będziemy wszystko wiedzieć – dodaje wskazując na budynek, z którego po chwili wychodzi pierwszy celnik z moim prawem jazdy w dłoni.

- Ty – mówi wskazując na mnie. – Masz wujka w Chicago.
- Tak – odpowiadam. – Dzwoniliście do niego?
- Oczywiście, że dzwoniliśmy – mówi poważnym tonem celnik, a ja z przerażeniem wyobrażam sobie mojego siedemdziesięcioletniego wujka, wyrwanego ze snu przez telefon od teksańskiego celnika, który informuje go, że jego bratanica zostaje właśnie aresztowana na granicy z Meksykiem…
- Nie, nie dzwoniliśmy – mówi celnik i uśmiecha się. – Twój paszport i wiza są w porządku – dodaje i wręcza mi moje prawo jazdy.

Wstajemy, odbieram mój dokument, a celnik podaje mi jeszcze czarno-biały wydruk.

- Możecie jechać – mówi – ale pamiętaj, w USA zawsze musisz mieć przy sobie swój paszport. Tu jest prawo, według którego możesz zostać aresztowana, jeżeli nie masz przy sobie paszportu. I następnym razem w takiej sytuacji razem zostaniesz aresztowana. Dobranoc!

Biorę od celnika czarno-biały wydruk, żegnamy się i odjeżdżamy. Cały czas mam poczucie lekkiego absurdu. Gdyby celnicy naprawdę próbowali mnie aresztować, zapewne nie mogłabym powstrzymać się od śmiechu – ale wydrukowane czarno na białym prawo, stanowi:

Every alien, eighteen years of age and over, shall at all times carry with him and have in his personal possesion any certificate of alien registration or alien registration receipt card issued to him pursuant to subsection (d) of this section. Any alien who fails to comply with the provisions of this subsection shall be quality of a misdemeanor and shall upon conviction for each offense be fined not to exceed $100 or be imprisoned not more that thirty (30) days, or both.

Tłumaczenie:
Każdy cudzoziemiec, który ma ukończone osiemnaście lat, musi zawsze nosić ze sobą i mieć w swoim osobistym posiadaniu jakiekolwiek zaświadczenie o rejestracji obcokrajowców lub kartę obcokrajowca wydaną mu zgodnie z ustępem (d) niniejszej sekcji. Każdy cudzoziemiec, który nie zastosuje się do postanowień niniejszego podrozdziału, jest oskarżony o popełnienie wykroczenia i podlega karze grzywny nie przekraczającej 100 dolarów lub karze pozbawienia wolności na okres nie dłuższy, niż trzydzieści (30) dni, lub obydwu powyższych kar.

No tak, 30 dni w amerykańskim areszcie mogłoby nieco pokrzyżować nasze plany – mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na celników chętnych do współpracy i z poczuciem humoru.
Zostawiamy za sobą granicę i check point – już wiemy, że celnicy sprawdzają nie tylko Meksykanów, ale wszystkich obcokrajowców bez wyjątku. Więc, drogi podróżniku – zanim wybierzesz się do Teksasu, sprawdź swoją wizę. Jeżeli przypadkiem straciła ważność – nie polecam wycieczki do Big Bend National Park. No chyba że liczysz na atrakcje innego rodzaju…



This entry was posted in USA and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

7 Responses to W trasie: spacer po pustyni i przygody na granicy.

  1. arkadek1 says:

    ameryka to kraj absurdu czasami

    • x says:

      Ja bym powiedział, że każdy kraj ma swoje absurdy, w różnych dziedzinach. Nie rozumiem też oburzenia bohaterki względem tego jak zachowywali się strażnicy. Takie są zasady i taka ich praca :)

      • agagnesa says:

        Dzień dobry:) W żadnym razie nie byłam oburzona – jak najbardziej rozumiem, że to jest praca strażników.

  2. Makarska says:

    Stany są piękne i mimo takich absurdów a jest ich naprawdę sporo tam, naprawdę warto zwiedzić ten niesamowity zakątek świata.

  3. Magda says:

    Cały tekst czytałam w napięciu, jak ta historia się skończy…:) Uf, nie było źle! I obyło się bez niepokojenia wujka i aresztu! Pozdrawiam!

  4. dobrze, że celnicy byli w miarę wyluzowani, bo jak by nie mieli humoru to taka „krótka” odsiadka pewnie na najprzyjemniejszych nie należy ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>