Meksyk od kuchni (i nie tylko).

DSCN5342

W Meksyku wszystko jest inne. Status społeczny zależy od koloru skóry, smak chilli odczuwa się wszystkimi zmysłami, godziny szczytu przypadają na późny wieczór a wejście po schodach bywa czasem prawdziwym wyzwaniem.

Kolor skóry a status społeczny.

Pierwsi przybysze dotarli na tereny dzisiejszego Meksyku z okolic Syberii, osiedlili się w całym kraju i dali początek licznym plemionom – m.in. Majom i Aztekom, którzy są najbardziej znanymi, rdzennymi przodkami dzisiejszych Meksykanów. W czasach kolonialnych do kraju przybyło wielu Hiszpanów a wraz z nimi afrykańscy niewolnicy, którzy również zostawili po sobie potomstwo. Dziś trudno powiedzieć, czyim potomkiem jest typowy Meksykanin. Zapewne próżno szukać czystej krwi potomków Majów i Azteków, a w meksykańskim tłumie równie trudno wypatrzyć osoby czarnoskóre. Meksykanie stanowią miks Indian, Afrykanów, Hiszpanów z niewielką domieszką białych i Metysów. Z tej mieszanki wyłania się niewysoka, przysadzista, czarnowłosa postać o ciemnej karnacji, z mocno zarysowanym nosem i masywną szczęką.

DSCN4462

My jesteśmy zupełnie inni. Przechodząc przez drzwi pochylamy głowy, by nie zahaczyć o niską framugę, a nasza jasna skóra wzbudza spore zainteresowanie. Żartuję, że jestem o szczebel wyżej na drabinie społecznej od Szymona, bo mam jaśniejszą karnację.

- A dodatkowo jesteś blondynką – mówi zupełnie poważnie Patricio, nasz meksykański znajomy. – Nic tego nie przebije.

Zainteresowanie jasną skórą i blond włosami rzeczywiście daje się zauważyć – gdy przez chwilę zostaję sama, zaraz pojawia się dziesięciu amigos a każdy z nich jest skory do rozmowy, pomocy, troszczy się o to, jak się czuję, dokąd idę i skąd jestem. Idą za mną, wołają, śmieją się i przekrzykują – odstrasza ich dopiero Szymon. Zadziewają na chwilę głowy do góry by spojrzeć mu w oczy, po czym odchodzą bez słowa.

Kuchnia meksykańska.

DSCN4554

W Mexico City podstawę żywienia stanowi kukurydza. Najpopularniejszą przekąską są sprzedawane na ulicach taco, czyli niewielkie kukurydziane tortille, które tradycyjnie je się z mięsem z dodatkiem mięsa i mięsa oraz ewentualnie mięsa i jeszcze więcej mięsa. Mięso leży na słońcu pospołu z tortillami, sosami i nielicznymi warzywami, co wcale nie odstrasza stołujących się w budkach, meksykańskich tłumów (dodam tylko, że w Mexico City, jakimś cudem nie ma owadów – mięso nie jest więc przynajmniej niepokojone przez muchy). Gdy ilość mięsa jest już wystarczająca, potrawę skrapia się sosem chilli, który bywa zabójczo pikantny nawet w niewielkich ilościach. Poza mięsem, taco podaje się z warzywami, frytkami, serem i papryką. Oryginalne taco niewiele mają wspólnego z tymi, które serwuje się w amerykańskich sieciówkach. Podczas gdy amerykańskie taco to wydelikacona i przerośnięta kanapka z tortillą, prawdziwe meksykańskie taco w jednej chwili poraża wszystkie kubki smakowe, podrażnia węch, piecze w usta, pali od wewnątrz skórę i dociera aż do oczu, które łzawią bynajmniej nie ze wzruszenia. Meksykańscy kucharze śmieją się na widok europejskich łez, wskazują na chilli i mówią: „muy picante” (bardzo pikantne). No tak, jeżeli Meksykanin mówi, że coś jest pikantne – to nie należy z tym dyskutować.

Poza taco, na każdym kroku spotkać można budki z innymi przekąskami, wśród których znajdują się domowe chipsy (również w wersji z chilli) i mnóstwo słodkich bułek.

DSCN4767

Dużą popularnością cieszy się również tzn. „comida corrida”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza po prostu „obiad dnia”, na który składa się kilka następujących po sobie potraw (najczęściej jest to zupa i mięso, mięso, mięso). Na comidę corridę nie daliśmy się skusić, ale i bez tego nasze żołądki buntują się, wściekają i urządzają strajk generalny. Gdy herbata z miętą nie pomaga, sięgam po rum i w ten sposób pacyfikuję mój niesforny układ trawienny. Głównym podejrzanym tej rebelii nie jest jednak taco ani chilli, lecz meksykańska woda.

Nawet Meksykanie nie piją nigdy wody z kranu. W najgorszym wypadku kranówkę należy gotować przez kilka minut, w nieco lepszym – używać tylko oczyszczanej, kupionej w sklepie wody. Tak też robiłam – od samego początku gotowałam tylko oczyszczoną wodę i to w dodatku przez kilka minut. Ale raz czy dwa zapomniałam się przy myciu zębów i wypłukałam usta wodą z kranu… Na szczęście rum działa i po kilku godzinach po mini zatruciu nie ma już śladu.

Bezpieczeństwo.

DSCN4536

Wybieramy się do Teotihuacán, ruin historycznego miasteczka słynącego z monumentalnych piramid. Do Teotihuacán jedzie się z dworca północnego, a Lonely Planet ostrzega przed zbrojnymi napaściami na autobusy na tej trasie. Kupujemy bilety i w drodze na platformę dworca przechodzimy przez kontrolę podobną do tej na lotniskach. Autobusom asystuje policja z długą bronią, policja z bronią stoi również na drodze i tuż przy samych ruinach. Policjanci odziani w kamizelki kuloodporne i uzbrojeni po zęby uśmiechają się do nas i wskazują drogę – to część państwowej akcji na rzecz bezpiecznego Meksyku, w której centrum znajduje się Mexico City. W mieście rzeczywiście jest bezpiecznie – uzbrojonych policjantów spotkać można na każdym rogu ulicy, a w drodze z Mexico City do Oaxaca policja strzeże nawet wjazdu na autostradę.

Meksykańskie schody.

DSCN5201

Starożytna osada Teotihuacán powstała w początkach wieku i szybko rozlała się na obszar ponad 20 km², z których do dziś przetrwało zaledwie 2 km². „Przetrwało” to zresztą niewłaściwe słowo. Oryginalne ruiny przez wieki trwały niewzruszone pod grubą warstwą ziemi i rzadkiej roślinności – i większość z nich wciąż znajduje się w tym stanie.

DSCN5147

Pozostałe, jedna po drugiej, zostały odkopane i… zupełnie odnowione. Aby przystosować ruiny piramid do zwiedzania, Meksykanie obudowują je kamieniem i zalewają betonem – bo tylko w ten sposób starożytne budowle mogą przetrwać pod naporem milionów butów, które przechadzają się po nich każdego dnia.

Wdrapując się na Piramide del Sol (Piramidę Słońca) zastanawiamy się, w jaki sposób przodkowie niewysokich Meksykanów pokonywali te niezmiernie wysokie schody? Nie tylko my wchodzimy z trudem – dla każdego te monumentalne stopnie stanowią nie lada wyzwanie.

DSCN5072DSCN5073

Godziny szczytu.

Policjant macha do nas na do widzenia (na szczęście dłonią, a nie karabinem) a my, przypaleni już lekko meksykańskim słońcem, wracamy do Mexico City. Jest 9 wieczorem, czyli w metrze powinno być luźno – myślę moimi europejskimi kategoriami. Jednak już przy wejściu toniemy w tłumie Meksykanów, którzy pędzą jak szaleni we wszystkie możliwe strony. Na szczęście mamy bilety do metra – inaczej czekałoby nas stanie w kilkusetmetrowej kolejce! Brnąc w niewysokim acz masywnym tłumie docieramy na peron, ale nie udaje nam się przedrzeć bliżej torów. Stłoczeni Meksykanie czekają na pociąg, który przyjeżdża zapakowany do granic możliwości i odjeżdża nie zabrawszy prawie nikogo. W ten sposób witamy i żegnamy kilka kolejnych pociągów, a gdy wreszcie udaje nam się dostać do wagonu, ten z nieznanych przyczyn stoi na kolejnych stacjach przez długie minuty. Godziny szczytu w Meksyku to nie 5-7 po południu, tu prawdziwa zabawa zaczyna się po 9 wieczorem!

Modyfikuję więc to, co napisałam poprzednio. Ten, kto uważa że meksykańskie metro jest zatłoczone, być może był w Nowym Jorku, ale na pewno nie był w godzinach szczytu na nowojorskim Chinatown! (Dodam jeszcze, że godziny szczytu na Chinatown przypadają o 4-6 po południu.)

Po dworcowej kontroli, pożegnani przez miejscowych policjantów i sprzedawców taco, wsiadamy do autobusu i wyruszamy do Oaxaca, meksykańskiej stolicy przemysłu tekstylnego, tradycyjnego „mole” (sosu) i gorącej czekolady. W Mexico City spędziliśmy niemal tydzień – a wyjeżdżamy z poczuciem ogromnego niedosytu. Aby doświadczyć wszystkiego, co oferuje miasto – potrzeba by wielu miesięcy.



This entry was posted in Meksyk and tagged , , , , , . Bookmark the permalink.

6 Responses to Meksyk od kuchni (i nie tylko).

  1. Pau says:

    mój Ty wędrowniku!

  2. Irka says:

    i jak tu być wege w Mexico City?

  3. Grześ says:

    Wybacz, że poprawię ale nie Teotichuan ale Teotihuacan.
    Dodatkowo nie zgodzę się w praktycznych poradach o Meksyku – cyt. „Chichen Itza… można pominąć. Tłumy turystów i sprzedawców pamiątek zupełnie zasłaniają ruiny.” Właśnie to miejsce wywarło na mnie największe wrażenie bo cały wypad (Kuba-Meksyk) podporządkowaliśmy 21. wrześnie – przesileniu jesiennemu. Wtedy, i na wiosnę, Świątynia Kukulkana pokazuje całą swoją tajemnicę. Piękną grę światła i cieni, jej matematyczne usytuowanie względem stron świata – odejście kukulkana, widoczne tylko podczas tych 2 dni w roku (ewentualnie +/- 1)
    http://blog.palaceresorts.com/wp-content/uploads/2011/09/equinoccio-oto%C3%B1o.jpg
    POLECAM!

    • agagnesa says:

      Dziękuję za poprawienie literówki – już poprawiam w tekście.
      Odnośnie Chichen Itza – to prawda, że w trakcie przesilenia można zaobserwować tam wizualne zjawiska, my spóźniliśmy się kilka dni i nie zobaczyliśmy już niczego niezwykłego. Na nas Chichen Itza nie wywarło specjalnego wrażenia (szczególnie w porównaniu do Palenque i Tikala) – ale Twój komentarz dowodzi tego, że dla każdemu spodoba się coś innego:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>