1 dzień: Meksyk – Belize – Gwatemala.

Piękne plaże, raj dla nurków i surferów gdzie Kreole pochodzenia brytyjskiego i afrykańskiego czerpią wielkie zyski z turystyki, a lokalna kultura przebrzmiewa w kilku miejscach w dość komercyjnej formie – podobno tak wygląda Belize. Wysokie ceny i brak interesujących dla nas miejsc sprawiły, że postanowiliśmy zrezygnować z wizyty w tym kraju – no, może troszkę żal było nam „wyluzowanego” podejścia do życia mieszkańców Belize, którzy stanowią dość ciekawą mieszankę etniczną (większość Belizeńczyków to potomkowie czarnoskórych niewolników i… angielskich piratów!)
Zrezygnowaliśmy więc z Belize, ale niestety Belize nie zrezygnowało z nas. Planowaliśmy wyruszyć z meksykańskiego miasta Chetumal prosto do gwatemalskiego Flores. Wszystko się zgadzało – z Chetumalu jest przecież bezpośredni autobus do Flores… Dopiero na kilka dni przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że autobus z Chetumalu do Flores jedzie przez… Belize.
Autobus to zresztą dużo powiedziane – wsiedliśmy do busika niewiele różniącego się od lokalnych „chicken busów” i ruszyliśmy w drogę.
Przemieszczanie się pomiędzy północnymi państwami Ameryki Centralnej jest jak wizyta w kilku ekskluzywnych solariach pod rząd – spieczona skóra brązowieje, a portfel szybko chudnie…

Meksyk – Belize
Na granicy po stronie meksykańskiej celnik siedzi w niewielkiej budce, a kolejka samochodów ciągnie się daleko w tył. Pasażerowie bynajmniej nie rozkoszują się klimatyzacją w tej samochodowej kolejce – pasażerowie są na samym wstępie wypraszani z aut i ustawiani w drugą kolejkę, zupełnie ludzką (a właściwie – zupełnie nieludzką…). Słoneczny żar leje się z nieba, a my zbliżamy się do budki celnika małymi kroczkami…
Opłata za opuszczenie Meksyku wynosi 295 pesos od osoby (ok 75 zł).
Lekko spieczeni i z lżejszym portfelem wracamy do busa, przejeżdżamy kilkanaście metrów i wysiadamy ponownie, tym razem obwieszeni wszystkimi bagażami. Kolejka wychodzi na zewnątrz budynku celników – ale już po chwili chowamy się w cudownym cieniu. Celnicy rzucają nam krótkie spojrzenia, wbijają pieczątki i ani myślą zaglądać do plecaków. Wracamy do busa i ruszamy.

Belize wita nas łąkami, lasami i polami, które ciągną się wzdłuż drogi od granicy, aż do stolicy. Nagle busik zatrzymuje się przy kilku biednych budynkach, a kierowca donośnym głosem oznajmia nam, że oto znajdujemy się w Belize City! I to tuż przy porcie, z którego odpływają statki na pobliskie wyspy i do innych belizeńskich miast…

Belize City

Belize – Gwatemala

Ruszamy dalej i po dość krótkim czasie docieramy do granicy Belize z Gwatemalą. Tym razem bez bagażu, lecz wciąż w słonecznym żarze idziemy do budynku celników, gdzie uprzejma urzędniczka Belize inkasuje aż 30 dolarów belizeńskich od osoby (ok 47 zł).
- Ale my tylko przejeżdżamy przez Belize. Nie zostajemy tu ani dnia – próbuję oponować.
- I właśnie dlatego musicie zapłacić 30 dolarów belizeńskich od osoby. Gdybyście zostali dłużej, niż 24 godziny, opłata wyniosłaby 37 dolarów belizeńskich – słyszę w odpowiedzi.

Kilkanaście metrów i tony promieniowania słonecznego dalej znajduje się urząd celny Gwatemali (na otwartym powietrzu, ale na szczęście w cieniu). Gwatemala wita nas znacznie niższą opłatą (5 quetzali = ok. 2,30 zł), zielonymi łąkami i szerokim uśmiechem. Już po kilku minutach spędzonych w tym kraju mam wrażenie, że uśmiech jest tu nieodzowną częścią każdego – ale to kobiety uśmiechają się częściej i chętniej.
Około 41% mieszkańców Gwatemali to rdzenni Gwatemalczycy – pochodzą od plemion Majów i wciąż mówią w języku Majów (występującym w ponad 20 dialektach). Większość młodych Majów hiszpańskiego uczy się dopiero w szkole, a ich dziadkowie i babcie mówią tylko w rdzennym języku Majów, który dla nas brzmi gardłowo i przywodzi na myśl skojarzenia z językiem arabskim. Brzmienie języka Majów – tak odległe od śpiewnego i lekko sepleniącego hiszpańskiego – jest dla nas niemałym zaskoczeniem.

Wioska w Gwatemali

Gwatemala zachwyca i zaskakuje na każdym kroku – mimo ogromnego upału i zabójczego słońca, żywa zieleń dominuje otoczenie: zielone trawy, łąki, drzewa i rośliny, których nazw możemy się tylko domyślać, ciągną się aż po horyzont. A wśród owej zieleni – ani jednej wyschniętej gałązki, ani jednego suchego źdźbła trawy, ani jednego żółtego listka – o! Jest jeden żółty liść… ach, to tylko żółty motyl, który już po chwili leci w górę trzepocząc skrzydłami, a zieleń rozciąga się dookoła jak okiem sięgnąć.

Gwatemala to strome góry i rozległe dżungle, to sosnowe lasy na północy i plantacje kawy, kakao i cukru nad Pacyfikiem, to również 30 wulkanów, z których część wciąż zagraża swą aktywnością okolicznym wioskom. Na domiar złego, Gwatemala leży na granicy trzech płyt tektonicznych, co skutkuje nie tylko ryzykiem trzęsienia ziemi, lecz również podwyższoną aktywnością wulkaniczną. Jednak nic nie wskazuje na uśpione zagrożenie – już od pierwszych chwil czujemy się w Gwatemali zupełnie bezpiecznie. Przyjaźni ludzie witają nas uśmiechami, a malownicze uliczki miejscowości Flores aż proszą się o niespieszny spacer przy zachodzie słońca.

Flores

Miasto Flores znajduje się na maleńkiej wysepce, której obejście zajmuje nam 15 minut. Przechadzając się ulicami Flores spotykamy mieszkańców i pracowników naszego hostelu, pozdrawiamy współtowarzyszy podróży z Chetumalu, nawet sprzedawczyni z pobliskiego sklepiku macha do nas na powitanie. Oglądając zachód słońca znamy więc już całe miasto i co drugiego mieszkańca – i naprawdę czujemy się tu, jak w domu.

Flores jezioro

Zachód słońca we Flores to przeżycie samo w sobie – zarówno turyści, jak i mieszkańcy co wieczór biorą udział w tym wydarzeniu. Turyści rozsiadają się na murku wzdłuż jeziora lub wsiadają do łodzi płynących na zachód, a lokalna młodzież skacze do wody i pływa przy brzegu rozkoszując się lekkim chłodem wieczoru. Słychać pluski i radosne pokrzykiwania, wesołe rozmowy i śmiech, cichą muzykę i śpiew.
Gdy słońce znika za horyzontem, nastrój radosnego wieczoru staje się jeszcze wyraźniejszy. Zarówno mieszkańcy Flores, jak i turyści przechadzają się radośnie wzdłuż brzegów wyspy celebrując Semana Santa – bo w Gwatemali i innych krajach z kulturą hiszpańską, nie ma Wielkanocy składającej się z Wielkiej Soboty, Niedzieli i Lanego Poniedziałku – jest za to Semana Santa (Święty Tydzień), podczas którego długie i liczne parady przemierzają ulice miast i wiosek, a ludzie celebrują niespiesznie to jedno z najważniejszych świąt w roku. Na parady niestety nie zdążyliśmy, ale gwatemalskie świąteczne przysmaki wciąż czekały na nas tuż przy wybrzeżu Flores.

Flores targ

Naleśniki z kurczakiem, chrupkie taco z czerwoną kapustą, warzywną sałatką z majonezem i avocado, makaron z warzywami, pączki w maśle (dosłownie!), czekoladowe ciasta i liczne desery to w Gwatemali świąteczne menu, któremu również daliśmy się uwieść.

Flores targ

Przepyszne jedzenie, świąteczna atmosfera szczęścia, ciepły wieczór i nastrój jednej wielkiej uroczystości, na którą każdy jest zaproszony – tak, Gwatemala to miejsce, które w jednej chwili staje się domem. Nawet jeżeli prawdziwy dom znajduje się tysiące kilometrów stąd.



This entry was posted in Belize, Gwatemala, Meksyk and tagged , , . Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>