Kawa, gangi i centra handlowe – czyli kilka słów o San Salvadorze.

San Salvador, stolica El Salvador, to niespełna półmilionowe miasto leżące u stóp wulkanu San Salvador (aglomeracja miejska liczy sobie ponad 2 miliony osób). Założone w 1525 roku, w swej barwnej historii doświadczyło licznych wybuchów wulkanów, trzęsień ziemi, powodzi i wojen, wskutek czego nie wygląda dziś jak jedno miasto. San Salvador wyglądem przypomina zbiór zupełnie osobnych miast, z których każde jest jak z innej epoki, innej kultury i innej szerokości geograficznej.

Znajdujący się w dzielnicy San Jacinto były dom prezydenta (la ex casa Presidencial) jest najlepszym świadectwem naturalnej przeszłości miasta.

casa Presidencial

Zbudowany w roku 1911 przez 90 lat służył za siedzibę kolejnych prezydentów El Salvador (których lwią część stanowili wojskowi!), aż nagle i niespodziewanie przeszedł na emeryturę. 13 stycznia 2001 roku w dzielnicy San Jacinto miało miejsce trzęsienie ziemi o sile 7,6 stopni w skali Richtera, wskutek którego dom prezydencki stracił swój pierwotny urok. Siedzibę prezydenta, w trosce o bezpieczeństwo głowy państwa, przeniesiono w inne miejsce, a odnowiony i odrestaurowany dom mieści dziś galerie, natomiast w rozległym ogrodzie odbywają się liczne imprezy.

casa Presidencial

Trzęsienia ziemi i aktywność wulkaniczna naznaczyły również centrum historyczne San Salvador. Zbudowane w czasach kolonialnych i wielokrotnie niszczone przez katastrofy naturalne, skurczyło się do zaledwie kilku budynków.

Palacio Nacional

Palacio Nacional, była siedziba rządu, dziś mieści wystawy prezentujące historię miasta, a stojąca po sąsiedzku katedra góruje nad Plaza Barrios.

Plaza Barrios

Tuż obok znajduje się duży i niezmiernie chaotyczny targ, a na ściśle upakowanych stoiskach można nabyć niemal wszystko – od domowej horchaty sprzedawanej w foliowych torebkach (ryżowy napój z dodatkiem cynamonu), aż do importowanych brzoskwiń, albumów muzycznych i najnowszych, amerykańskich filmów.

Głównym towarem eksportowym El Salvadoru jest kawa, natomiast import tego niewielkiego kraju zasługuje na wiele więcej, niż tylko jedno zdanie. El Salvador, jako jeden z najbogatszych krajów Ameryki Centralnej, spogląda tęsknie na Zachód, a Salwadorczycy z radością przyjmują coraz bardziej zachodni styl życia – nic więc dziwnego, że to właśnie tu powstają bastiony kultury zachodu, czyli wielkie galerie i centra handlowe.

San Salvador shopping

- W tej chwili w mieście znajdują się trzy centra handlowe – mówi Albert, nasz znajomy Salwadorczyk. – Pierwsze było wielkim wydarzeniem, Salvadorczycy z całego kraju przyjechali na otwarcie. Oczywiście nie wszystkich było stać na zakupy albo nawet na kawę – więc wiele osób po prostu chodziło tam na spacery i podziwiało niedostępne towary. Potem powstało drugie centrum, jeszcze większe i jeszcze piękniejsze – i teraz tam przychodzi najwięcej osób. Trzecie centrum jest zdecydowanie za drogie, więc nie ma zbyt wielu klientów.
- Zrobili tam nawet salon Ferrari – śmieje się Albert. – Wyobrażasz sobie, że ktoś kupuje tu Ferrari i jeździ nim po naszych drogach?

Podskakujemy na kolejnym, niezmiernie wysokim progu zwalniającym, a dość wysoko zawieszona Toyota Alberta zahacza podwoziem o próg. Po chwili wszyscy śmiejemy się z tego pomysłu.

Z braku prawdziwego i atrakcyjnego centrum miasta, mieszkańcy stolicy wieczorami i w weekendy zbierają się w centrach handlowych, nierzadko przyciągani przez dodatkowe atrakcje, jak np. wernisaż rzeźb piaskowych.

San Salvador centrum handlowe

Pogodni z natury Salvadorczycy lubią cieszyć się życiem, a ponieważ są stosunkowo dobrze sytuowani – nie odmawiają sobie zachodnich przyjemności. W sobotni wieczór centrum handlowe z importowaną z Zachodu rozrywką po prostu pęka w szwach.

San Salvador mall

Inne, znacznie bardziej mroczne dobro importowe El Salvador wciąż kładzie się cieniem na dalsze dzielnice miasta. Nie jest to w zasadzie dobro – lecz zło w czystej postaci. To importowane z USA gangi uliczne.

Historia gangów San Salvadoru sięga końca wojny domowej (1980 r.), kiedy to pierwsi salwadorscy emigranci wyjechali do USA. W wielonarodowym środowisku Los Angeles czekała na nich wrogość, dyskryminacja i inne niebezpieczeństwa ze strony gangów prowadzonych przez inne mniejszości narodowe. W opozycji do owych gangów, z potrzeby obrony salwadorskich obywateli, powstały pierwsze salwadorskie gangi: Mara Savatrucha (Mara, MS-13) i Calle-18 (18). Pierwszym celem była ochrona Salwadorczyków przed obcymi gangami, jednak z czasem Mara i 18 zaczęły cieszyć się innymi gangsterskimi korzyściami i rozszerzać swoją działalność na dalsze miasta USA. Przywódcy oraz najbardziej aktywni gangsterzy, schwytani i postawieni przed sądem, zostali wydaleni z USA – a wraz z nimi do El Salvador po raz pierwszy przybyła idea gangu.
Gangi Mara i 18, współzawodniczące ze sobą i wybijające się wzajemnie, na dobre rozgościły się w San Salvadorze. Ulice zaroiły się od gangsterów i gangsterek, których znakiem rozpoznawczym są tatuaże (w tym obowiązkowy niemal tatuaż na twarzy), drastycznie wzrosła ilość morderstw i innych zbrodni, a stolica El Salvador zyskała miano jednego z najniebezpieczniejszych miast świata.

Gangi rekrutowały swoich członków często wśród nieletnich lub pokrzywdzonych przez los – obiecywano im ochronę, wsparcie finansowe i uczucie przynależności do wielkiej, ponadnarodowej organizacji. Jedna z zasad każe kobietom należącym do gangu współżyć ze wszystkimi gangsterami – co dla panów stanowi dodatkową motywację do przystąpienia do gangu. Panie natomiast rodzą dzieci – często jedno po drugim, a ich ojcem jest gang, sam w sobie! Niemowlęta niejako z urodzenia są już dziećmi gangu…

Wzrost przestępczości i działalność gangów nie uszły uwagi policji, która w ramach walki z gangami wysłała na ulice tysiące funkcjonariuszy mających aresztować każdego, kto ma tatuaż (tatuaże członków gangu są bardzo charakterystyczne). Wielu gangsterów uwięziono, wielu zginęło z rąk wrogiego gangu, wielu zdecydowało się kontynuować swą działalność, a pozostali postanowili zerwać z przestępczą przeszłością. Chcą zakładać rodziny, pracować i żyć normalnie – tak, jak byli gangsterzy 18, którzy w jednej z dzielnic miasta otworzyli piekarnię.

Jednak gang to nie klub towarzyski – i nie można z niego tak po prostu odejść. Gang naznacza raz na całe życie, a wielki tatuaż na twarzy jest żywym świadectwem – dla policji i dla wrogich gangów. I tak byli gangsterzy są wielokrotnie aresztowani w drodze do pracy i nawet wiele lat po zerwaniu z przestępczością giną od strzału oddanego przez konkurencyjny gang… Bo tatuaż na twarzy dla wielu jest lepszym źródłem informacji niż ubranie, wyraz twarzy czy słowa…

Z gangu nie ma ucieczki, gang nie jest placem zabaw ani miejscem, które można bezkarnie odwiedzić – najboleśniej przekonał się o tym reżyser filmowy Christian Poveda. Poveda spędził 16 miesięcy filmując życie codzienne byłych gangsterów 18, a jego dokument na temat salvadorskich gangów „La Vida Loca”, ukończony w 2008 roku, zyskał międzynarodowe uznanie. Jednak Poveda nie spoczął na laurach – chcąc kontynuować pracę nad kolejnym filmem o gangach, powrócił na ulice San Salvador. W 2009 roku znaleziono go zastrzelonego, prawdopodobnie przez gangsterów Mary – największego wroga 18, z którą Poveda przez 1,5 roku żył jak najbliższy przyjaciel…

Film „La vida loca” o gangach w El Salvadorze znajduje się tu:



This entry was posted in El Salvador and tagged , , . Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>