Honduras – spotkanie z Garifuna.

Kręte i zmienne ścieżki naszych planów oraz wyboiste drogi Ameryki Centralnej wiodą nas do Hondurasu – kraju, w którym nie trzeba wysiadać z autobusu, aby zrobić zakupy na targu. W Hondurasie to targ wkracza do autobusu – liczni sprzedawcy, jeden po drugim, przelewają się przez wąskie przejście oferując owoce, warzywa, popcorn, tortille, chipsy bananowe, napoje i honduraskie słodycze, które składają się z mleka i cukru (sprawdziliśmy).

DSCN7538

DSCN7504

Honduras, podobnie jak pozostałe państwa regionu, ma za sobą czasy kolonialne – jednak nie tylko Hiszpanie zostawili po sobie ślad w tym kraju. Z początkiem XVII wieku Brytyjczycy, oczarowani mahoniem i innymi rodzajami drzew rosnących przy wybrzeżu karaibskim, postanowili rozwinąć w Hondurasie przemysł drzewny. Przełamując opór Hiszpanów, Brytyjczycy stworzyli bazę produkcyjną na wyspach Bay, a z pobliskiej Jamajki i innych wysp karaibskich sprowadzili niewolników. W 1797 roku karaibscy niewolnicy powstali przeciw swoim panom, wskutek tej nagłej rewolty odzyskali wolność i jako pierwsi ludzie o czarnym kolorze skóry osiedlili się przy wybrzeżu karaibskim Ameryki Centralnej.

Mijały lata i stulecia. Wielka Brytania wycofała się z wysp Bay, Honduras zyskał niepodległość, wielkie plantacje bananów wyrastały niczym grzyby po deszczu, władza w kraju przechodziła z rąk do rąk (i nie zawsze były to ręce czyste), a wyzwoleni karaibscy niewolnicy zbudowali drewniane chaty, założyli wioski rybackie i razem z rdzennymi mieszkańcami Hondurasu dali początek plemieniu Garifuna. Dziś czarnoskóre plemię ma swoją kulturę: muzykę, taniec, kuchnię a nawet własne święta. Liczne wioski Garifuna ciągną się wzdłuż wybrzeża karaibskiego od Belize aż do Nikaragui, a w Hondurasie kilka wiosek leży tuż przy nadmorskiej miejscowości Tela.

Miasteczko Tela ma wielkie ambicje karaibskiego kurortu i bardzo niewiele do zaoferowania. Kilkanaście brudnych ulic łączy się ze sobą gubiąc po drodze ład i porządek, kilka hoteli straszy pustymi oknami, stoły restauracyjne pokrywa gruba warstwa kurzu, a w parku miejskim przysypiają bezdomni. Wystarczy jednak wyjść na plażę, by zapomnieć o tym, jak wygląda miasto. Plaża w Tela, poza odpoczynkiem i wodą idealną do pływania, ma jeszcze jeden atut – w linii prostej prowadzi do wiosek rybackich Garifuna. Najbliższa wioska leży już 3 kilometry od miasta.

DSCN7451

Wioski Garifuna, same w sobie nietknięte przez developerów i agencje podróży, stanowią dziś niemałą atrakcję turystyczną. Turyści przybywają tam, by skosztować ryb z porannego połowu oraz nasycić się kokosowym chlebem i kokosowymi ciasteczkami. Sława kokosowych wypieków Garifuna obiegła cały kraj – świeżo wypiekane przysmaki można nabyć nie tylko w wioskach, ale i w pobliskich miasteczkach. Co rano kobiety Garifuna pakują kokosowe smakołyki do wielkich koszy i plażą ruszają do Tela – wrócą dopiero przed zmrokiem, gdy słodki towar zostanie sprzedany.

DSCN7465

Po krótkim spacerze plażą docieramy do La Ensenada, najbliższej wioski Garifuna. Witają nas proste chaty i zadaszenia, kilka pustych restauracji i grupa wesołych Garifuna sprzedających kokosowe wypieki. Kupuję kilka ciastek i bułek, ale po spróbowaniu wracam po więcej. Roześmiane kobiety podają mi kolejne ciastka – są zadowolone, że ich wypieki aż tak mi smakują. Już po kilku pierwszych słowach Garifuna zaskakują otwartością i serdecznością – rozmawiają ze mną jak z przyjacielem, śmieją się radośnie i pytają, skąd jestem.

- Polonia – odpowiadam. Na twarzach moich rozmówców pojawia się konsternacja. Po chwili milczenia pytam, czy mogę zrobić im zdjęcie – i tłumaczę, że prześlę je później e-mailem. Jedna z kobiet rozumie słowo „e-mail”, radośnie kiwa głową i daje znak innym, by ustawili się do zdjęcia.

DSCN7480

Robię zdjęcie i pokazuję efekt na wyświetlaczu, a wszyscy pozujący od razu podbiegają bliżej – śmieją się głośno widząc swoje twarze, przekrzykują się w swoim języku, po czym ustawiają się ponownie czekając na kolejne zdjęcia.

Garifuna dzieci

Po krótkiej sesji, przerywanej nagłymi wybuchami śmiechu, na kartce papieru zapisuję swój adres mailowy – dzieci patrzą na niego nie rozumiejąc, co to właściwie jest. Na hasło „Internet” chłopiec wykrzykuje „Facebook”! Tak – to słowo, w przeciwieństwie do tajemniczego „e-mail”, jest tu znane każdemu.

Powoli żegnam się, dziękuję za pyszne wypieki i pozowanie do zdjęć – ale widzę, że to ostatnie wcale się nie skończyło. Dzieci stają obok mnie w wymyślnych pozach i głęboko patrzą mi w oczy albo udają, że nie wcale zwracają na mnie uwagi. Robię im zdjęcie – a one natychmiast podbiegają, by na wyświetlaczu zobaczyć efekt – i tak zabawa trwa jeszcze kilka minut.

Garifuna dzieci

Robię ostatnie zdjęcia i przypominam pani, która znała znaczenie słowa „e-mail”, by wysłała do mnie wiadomość – a w odpowiedzi dostanie obrazki. Pani kiwa głową i macha radośnie na pożegnanie, dołączają do niej dzieci, a po chwili macha do mnie pół wioski. Odchodzę i mijam po drodze biedne zabudowania, proste dachy i wręcz prowizoryczne chaty. Zastanawiam się, kiedy i gdzie ta pani znajdzie Internet, aby wysłać do mnie wiadomość? Nawet my w Hondurasie mamy z tym spory problem. Ale pani, ani inni pozujący Garifuna, nie zastanawiają się już nad Internetem – dla nich ta chwila była ważna sama w sobie. Zobaczyli siebie na ekranie aparatu – zobaczyli się takimi prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu i dało im to wiele radości.

Czy moi wdzięczni modele dostaną swoje zdjęcia? Nie wiem – wciąż czekam na e-mail od wesołej pani, która jako jedyna z wioski zrozumiała znaczenie tego słowa…



This entry was posted in Honduras and tagged , , , . Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>