San Blas – czyli jak ominąć Darien Gap.

San Blas i Darien

Gap (ang.) – dziura, luka, rozłam. Przerwa, szczelina, szpara, odstęp. Przepaść.
Darien Gap – przepaść trudna do przebycia. Ta naturalna granica o długości 160 kilometrów oddziela skutecznie Panamę od Kolumbii i drwi sobie z ludzkich prób budowy autostrady. Lasy deszczowe i bagna pochłaniają każdy z trudem wybudowany kilometr drogi, a rzeki co roku zmieniają bieg i uniemożliwiają tym samym budowę mostów. Rozległe góry wznoszą się ponad dżunglą, w której, mimo wszystko, można spotkać ludzi. Trudno dostępny i nieprzyjazny Darien Gap dla jednych stał się domem, dla drugich schronieniem, a dla innych – grobem…

Rdzennymi mieszkańcami prowincji Darien było plemię Cueva, które w latach 1510-1535 zniknęło zupełnie z powierzchni ziemi – i to bynajmniej nie z przyczyn naturalnych. Cueva padło ofiarą hiszpańskiej kolonizacji. Po zniknięciu rdzennych mieszkańców, Darien pozostawało bezludne aż do XVII wieku, kiedy to z terenów obecnej Kolumbii przybyło tam plemię Kuna. Obecnie w Darien znajdują się wioski plemienia Kuna, które żyjąc blisko natury potrafi czerpać z jej dóbr i dostosować się do jej zmiennego charakteru.
Liczne plemię Kuna zamieszkuje również pobliskie wyspy San Blas, czyli prawdziwy raj na ziemi.

San Blas, wyspy

San Blas to archipelag 370 wysp, które są częścią Kuna Yala – autonomicznego regionu plemienia Kuna. Członkowie plemienia Kuna to jedyni stali mieszkańcy San Blas – tylko oni mają prawo do ziemi na wyspach. Tylko Indianie Kuna mogą wybudować dom lub hotel i cieszyć się wielkimi zyskami, jakie przynosi szybko rozwijająca się turystyka.

San Blas, wyspa

Przepiękne San Blas znajduje się na trasie jachtów płynących z Panamy do Kolumbii – taka podróż trwa 5 dni, a ceny zaczynają się od $500 od osoby. W programie: pobyt na wyspach, pływanie w Morzu Karaibskim i wystawne posiłki. I oczywiście – spotkanie z członkami plemienia Kuna.

Jak więc przedostać się z Panamy do Kolumbii? Z jednej strony niedostępna dżungla Darien, gdzie nie ma ani jednej drogi; z drugiej – turystyczny archipelag San Blas, gdzie luksusowe jachty wożą bogatych urlopowiczów…

Między młotem a kowadłem, przeszukujemy czeluście Internetu natrafiając na setki blogów, forów i stron turystycznych. Może samolot do Puerto Obaldia i dalej lokalnymi łódkami? Lot kosztuje tylko $100 – ale najbliższy samolot na który są jeszcze bilety, jest za 2 tygodnie… No to może pojedziemy do Portobelo i znajdziemy tam niedrogą łódź? Może…
Pakujemy więc plecaki i przygotowujemy się do pożegnania z miastem Panama i przytulnym mieszkaniem naszego couchsurfingowego gospodarza – gdy nagle otwierają się drzwi i staje w nich para Argentyńczyków z plecakami wielkości lodówek. Wielkich lodówek.

- Skąd przybywacie? – pytamy.
- Z Kolumbii – słyszymy w odpowiedzi. Podskakujemy z wrażenia i zasypujemy Argentyńczyków pytaniami o to, jak niedrogo przebyć tę trudną do pokonania granicę. Podróżnicy zdejmują plecaki, siadają przy stole i zaczynają swą opowieść od słów:
- Nie było łatwo…
Po godzinie rozmowy mamy już szczegółową listę kolejnych łódek i autobusów wraz z cenami, czasem przejazdu, przesiadkami i noclegami. Przed nami: 3 godziny w samochodzie 4×4, 12 godzin w 5 różnych łodziach i 12 godzin w autobusie. Łączna cena tej przeprawy to $260 od osoby (dla zainteresowanych – szczegóły tej podróży znajdują się tu:http://travelike.pl/porady-praktyczne/granica-pomiedzy-panama-i-kolumbia/).

- Podróż zajmie wam 3 dni – mówią Argentyńczycy. – Łodzie, którymi będziecie płynąć, są niewygodne i czasem należą do niemiłych ludzi. Lepiej nie wiedzieć nawet, co ci ludzie przewożą. Lepiej o nic nie pytać. Najlepiej zrobicie, jeśli pierwszą noc spędzicie na wyspie Ansuelo, a drugą w miejscowości Capurgana. Ta podróż jest tak długa, że jeśli nie zatrzymacie się w porę w dobrym miejscu – to zatrzymacie się w końcu w złym miejscu… Powodzenia.

Dzień 1
Z Panama City wyruszamy samochodem 4×4, który po licznych wertepach pędzi do znajdującego się po karaibskiej stronie Panamy portu Gardi. W Gardi czeka już sporo turystów, a każdy z nich udaje się na inną wyspę uroczego archipelagu San Blas. Po drodze dowiadujemy się, że wyspa Ansuelo jest miejscem bardzo lokalnym – pracownicy biur podróży polecają nam udać się na jedną z bardziej turystycznych wysp, nie zmieniamy jednak zdania i wsiadamy na łódkę do Ansuelo.

Wyspa Ansuelo, San Blas

Ansuelo to maluteńka wysepka, którą można zwiedzić w całości w ciągu 5. minut. Wysiadamy, rozglądamy się dookoła i pozdrawiamy Indian Kuna – członkowie plemienia machają do nas na powitanie, po czym wracają do swoich spraw. Mieszkańcy wyspy są przyjaźni, ale nie interesują się specjalnie naszą obecnością. Rozbijamy namiot, jemy niewielki posiłek, odpoczywamy. Morze Karaibskie wabi swoimi urokami, palmy szumią nad głowami a poza tym nie ma nic… Szymon zasypia, a ja wraz z aparatem wyruszam na spacer po wyspie.

San Blas, katamaran

Zza palm wyłania się katamaran, patrzę na niego z zazdrością i myślę o naszej jutrzejszej wyprawie: niewygodnymi łodziami, w towarzystwie typów spod ciemnej gwiazdy… Gdybyśmy mogli jakimś cudem przepłynąć w bezpieczniejszy sposób.

Katamaran zatrzymuje się, a znajdujący się na nim człowiek wsiada na ponton i płynie w kierunku wyspy, by po chwili dobić do brzegu. Podchodzę do niego i witam się.
- Cześć, dokąd płyniecie? – pytam wskazując na katamaran.
- Do Kolumbii, jutro – odpowiada mężczyzna.
- Ile chcesz za zabranie nas ze sobą? – pytam bez ogródek.
- $200 od osoby. Z noclegami i wyżywieniem – słyszę w odpowiedzi.
- Będziemy gotowi za 10 minut – odpowiadam i pędzę w kierunku namiotu.
- Szymon wstawaj, płyniemy do Kolumbii!

Po 15 minutach jesteśmy już na katamaranie i płyniemy w kierunku Kolumbii! Wiatr dmie w żagle, słońce przyjemnie nas ogrzewa, a widmo strasznych łodzi powoli niknie za horyzontem. Mijamy dziesiątki uroczych wysp archipelagu San Blas i cieszymy się, że znaleźliśmy się we właściwym miejscu i o właściwym czasie.

na katamaranie, San Blas

Młody mężczyzna z pontonu ma na imię Jonnatan i okazuje się być kapitanem łodzi. Rejs, na który się załapaliśmy, nie jest standardową, turystyczną wycieczką. Ten rejs jest dla Jonnatana i jego rodziny początkiem nowego życia, wyprawą w nieznane, ryzykiem i nadzieją na lepszą przyszłość.

Jonnatan pochodzi z Francji – i pewnie do dziś mieszkałby w swej ojczyźnie gdyby nie jego ojciec, który pewnego razu zakochał się w kobiecie pochodzącej z Botswany. Ten afrykański kraj lśni na mapie świata jako największy producent diamentów i notuje najwyższy wzrost PKB na osobę na świecie – nic dziwnego, że ojciec Jonnatana postanowił zainwestować tam swój kapitał. Po kilku latach Jonnatan dołączył do ojca, by wraz z nim prowadzić interesy i cieszyć się wszystkim, co oferuje Afryka. W Botswanie Jonnatan spotkał Muriel o skórze w kolorze hebanu i nie potrafił oprzeć się jej urokowi. Jonnatan poślubił Muriel, a po pewnym czasie urodziła się Cloe.

Czas mijał, a wraz z nim minął okres szczęśliwego życia w Botswanie. Nowe prawo, nieprzyjazne dla obcokrajowców, przekonało Jonnatana do wyjazdu z kraju. Jonnatan spojrzał więc na mapę, a wzrok jego padł na archipelag San Blas, gdzie dobre wiatry zaprowadziły już niejeden jacht. Jonnatan kupił katamaran, poczuł przyjazny wiatr na własnej skórze, zadzwonił do żony i powiedział:

- Przenosimy się do Kolumbii!
Muriel spakowała więc walizki i wraz z Cloe przyleciała do Panamy, by stamtąd popłynąć dalej, do Kolumbii. Ona i jej córeczka są na łodzi po raz pierwszy w życiu, a za kilka godzin znajdą się po raz pierwszy w Kolumbii – w obcym kraju, gdzie ludzie mówią obcym językiem i gdzie życie wygląda zupełnie inaczej… (Muriel ani Cloe nie znają hiszpańskiego).

Cloe na katamaranie

Na katamaranie znajduje się również Alvaro, pomocnik Jonnatana. Alvaro jest pierwszym Kolumbijczykiem, jakiego poznajemy – i jednym z najwspanialszych ludzi, jakich spotkaliśmy w trakcie naszej podróży.

Zbliża się zmrok. Zgodnie z decyzją kapitana przybijamy do jednej z wysp, na której znajduje się miasteczko plemienia Kuna.

lokalna wyspa, San Blas

Owa wyspa jest przeciwieństwem turystycznych miejsc – są tu jedynie lokalne sklepy, domy i stali mieszkańcy. Po raz pierwszy widzimy z bliska osoby z plemienia Kuna – i musimy przyznać, że jest co oglądać.

Kobiety z plemienia Kuna, San Blas

Kobiety z plemienia Kuna noszą tradycyjne, kolorowe stroje – wzrok przyciągają zwłaszcza oryginalne „getry” noszone na łydkach. Tradycyjne panie nie lubią pozować do zdjęć – jednak niektóre zgadzają się na zdjęcie za cenę $1.

Kobieta plemienia Kuna, San Blas

Przeciskamy się przez wąskie uliczki i obserwujemy życie plemienia. Kobiety pracują w sklepach i w domach lub spieszą gdzieś z pakunkami, a mężczyźni… świętują weekend. Mężczyźni tłoczą się na ulicach i są wyraźnie pod wpływem alkoholu, a jeden z nich bardzo szybko „zaprzyjaźnia się” z Szymonem.

- Mam tego dużo w domu! Dużo w domu! – powtarza raz po raz i zaprasza Szymona do siebie. Niestety słaby angielski pana uniemożliwia nam zrozumienie, czego on ma właściwie dużo w domu. Pan nie ustaje w próbach uprowadzenia Szymona, Jonnatan wraz z Alvaro robią zakupy, a Cloe nieśmiało bawi się z indiańskimi dziećmi, których jest pełno na ulicach. W plemieniu Kuna matki i ojcowie są zajęci – więc często to dzieci wychowują dzieci…

plemię Kuna, dzieci

- Mój przyjaciel, mój najlepszy przyjaciel, idziemy do mnie – woła roześmiany Indianin i zachęca Szymona, aby poszedł z nim. Pakujemy sprawunki na niewielki wózek i ruszamy w kierunku portu, a Indianin długo jeszcze biegnie za nami wołając, że „ma tego dużo w domu”.

- Prawdopodobnie chodzi mu o narkotyki – mówi Alvaro, a my stajemy jak wryci. Narkotyki?
- Tak, o kokainę – tłumaczy Alvaro w drodze powrotnej na pokład. – Tu pływa wiele łodzi transportowych, niektóre poza jedzeniem przewożą również narkotyki. Kontrole graniczne łapią część, ale reszta przepływa. Zdarza się również, że za podejrzanymi łodziami rusza straż graniczna lub policja – przerażeni sternicy wyrzucają worki z kokainą za burtę i uciekają. A kokaina dryfuje, dopóki nie wyłowi jej ktoś z plemienia Kuna.
Słuchamy tej opowieści z zapartym tchem, Alvaro milknie.
- Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale plemię Kuna jest bardzo bogate – Alvaro dodaje tajemniczo po chwili. Patrzymy na malejącą w oddali wyspę i myślimy: już jutro mogliśmy być na jednej z tych łodzi transportowych…

Słońce zachodzi za horyzont, zapada zmrok.

zmrok, San Blas

Dzień 2
Budzi nas deszcz, jego krople rozbijają się głośno o okna kajuty. Wstajemy i z oddali widzimy Jonnatana i Alvaro, którzy w kurtkach przeciwdeszczowych na pontonie wracają z wyspy. Pojechali po paliwo.
- Nie ma benzyny. Skończyła im się – mówi Jonnatan i spogląda w niebo. Ani śladu wiatru, wszystko stoi. Jonnatan duma przez chwilę, po czym pyta nas:
- Czy bardzo spieszycie się w drodze do Kolumbii?
Po południu niebo przejaśnia się, a wiatr dmie w żagle. Ruszamy w rejs, który zajmie nam nie 2 dni, lecz co najmniej 4.

wyspy widziane z katamaranu, San Blas

Po drodze mijamy kolejne zjawiskowe wyspy, a z jednej z nich dołącza do nas Juan, hiszpański podróżnik, który – podobnie jak my – udaje się do Kolumbii. Witamy się i rozmawiamy – opowiadamy mu o wczorajszym przyjaznym spotkaniu z plemieniem Kuna.

- Przyjaznym? – Juan aż podskakuje ze zdziwienia. – Nie, to plemię nie jest przyjazne – mówi zdecydowanie.
Juan spędził 3 dni na jednej z najbardziej turystycznych wysp San Blas. Wśród pozytywnych doświadczeń wymienia: palmy, piasek, morze i dobre jedzenie, jednak samo spotkanie z plemieniem Kuna wspomina bardzo niemile.
- Ci ludzie są nastawieni wyłącznie na zysk – opowiada. – Gdy widzą turystę, chcą wyciągnąć od niego ostatniego dolara. Nie ma w tym nic przyjaznego.

No tak – Indianie, których my spotkaliśmy nie obcują na co dzień z turystami – nie czerpią więc zysków z turystyki. Indianie, których spotkaliśmy, żyją spokojnie w swoich lokalnych wioskach i miasteczkach i nie szukają zysków ze strony turystów. Natomiast Indianie, którzy prowadzą turystyczne hotele i restauracje… – Juan z dezaprobatą kręci głową i cieszy się, że jego pobyt w turystycznym miejscu dobiegł już końca.

Po kilku godzinach dopływamy do dużej wyspy Nargana.

Nargana, San Blas

Na wyspie znajduje się kościół, szkoła i bank, a uroczy most prowadzi na inną, nieco mniejszą wysepkę. Nargana jest zupełnie nietknięta przez turystykę. Podczas przechadzki widzimy bawiące się dzieci, spacerujących dorosłych i kobiety w tradycyjnych strojach Kuna.

Kobiety Kuna, Nargana

Indiańskie dzieci są bardzo zainteresowane Cloe – jej odcień skóry i kręcone włosy są niekłamaną atrakcją wieczoru. Pomimo różnic językowych, dzieci bawią się wspólnie i po kilku minutach zachowują się już jak najlepsi przyjaciele.

Dzień 3

Travelike na Katamaranie

Jesteśmy na katamaranie, a czujemy się jak na stałym lądzie. Ani jednej fali, ani najmniejszego muśnięcia wiatru. Stoimy i czekamy. Po chwili tuż obok mnie przystaje Cloe i zafascynowana zaczyna bawić się moimi włosami – przeczesuje je, targa, czesze na nowo, wiąże w kucyki i rozpuszcza. Cloe ma dopiero 2 latka, ale już widać w niej wiele skupienia – bawi się moimi włosami dobre 40. minut i wcale nie zamierza przestać. Zabawę przerywa dopiero jej tata.

Kapitan, wobec oporu sił natury, zarządza wycieczkę – wskakujemy wszyscy do pontonu i płyniemy wzdłuż niewielkiej rzeczki, w głąb jednej z pobliskich wysp. Po drodze spotykamy Indian Kuna, którzy również udają się w górę rzeki. Jonnatan proponuje „podwózkę” – i już po chwili bierzemy łódź indiańskiej rodziny na hol.

Indianie, San Blas, łódź

- Z jakiego kraju jesteście? – pyta Indianin z łodzi, ojciec rodziny.

Patrzymy po sobie i wybuchamy śmiechem – prawie każdy z nas jest z zupełnie innego kraju. Zaczynamy więc wymieniać: Francja, Botswana, Kolumbia, Hiszpania i Polska, a Indianie patrzą na nas zadziwieni. Jakim cudem ludzie tak różnych narodowości znaleźli się nagle w jednym małym pontonie, w sercu San Blas, pomiędzy Panamą a Kolumbią? Śmiejemy się i opowiadamy im naszą historię.

Rzeka zwęża się, stajemy więc przy niewielkiej plaży. Dzieci indiańskie od razu zaczynają bawić się z Cloe.

Dzieci indiańskie i Cloe

Mężczyźni rozmawiają, a Indianka zabiera się do prania nie wychodząc z łodzi.

Piorąca Indianka, San Blas

Patrzę na mój zabrudzony ręcznik, podchodzę do Indianki i proszę ją o odrobinę mydła – i już po chwili pierzemy obydwie, chociaż zupełnie nie możemy porozumieć się słowami. Indianka Kuna śmieje się do mnie serdecznie, naciera mój ręcznik mydłem i pokazuje mi swoje techniki prania – ze śmiechem uczę się od niej, i tak „rozmawiamy” językiem uśmiechów i gestów.

Po praniu dołączam do Szymona, który rozmawia z Indianinem siedząc po szyję w wodzie.
- Teraz jest zima – mówi Indianin po hiszpańsku. – Nie będziemy więc siedzieć w wodzie zbyt długo. Jest za zimno.

Zaczynamy się śmiać i opowiadamy Indianinowi o polskiej zimie, o -30 stopniach Celsjusza, o śniegu i lodzie, o ciepłych ubraniach, kozakach i o ogrzewaniu mieszkań. Indianin słucha z otwartymi ustami i nie wierzy – nasze historie brzmią dla niego jak opowieści z innej planety. Bo przecież teraz jest zima – a my siedzimy sobie spokojnie po szyję w rzece i odpoczywamy w cieniu od upału…

Nagle słyszymy głośny śmiech – to Muriel znalazła nowy sposób na pielęgnację skóry, w postaci zielonego błota.

zielone błoto, San Blas

Gdy Muriel się cieszy, zupełnie nie potrafi opanować swojej radości: radosna emocja maluje się na całej twarzy, oczy lśnią ze szczęścia, głos przechodzi przez wszystkie oktawy a ciało skacze w górę, niczym w tańcu. Gdy Muriel się cieszy, to cała staje się radością – i ciężko jest nie dzielić z nią jej szczęścia.

zielone błoto na twarzy

Wracamy na katamaran, wiatr dmie w żagle i już po chwili płyniemy w kierunku Puerto Obaldia, gdzie znajduje się przejście graniczne. Tuż za wyspami San Blas widnieje mroczne Darien, miejscami zupełnie puste, a miejscami – pełne ludzi…

San Blas i Darien

Ludzie Darien to nie tylko barwne plemię Kuna, to również niezliczeni śmiałkowie, którzy co rok wyruszają do dżungli samochodem, motorem lub pieszo – a wszystko po to, by sprostać wyzwaniu. Część podróżników dociera do swojego celu, a część uznaje się za zaginionych… Poszukiwania są najczęściej niemożliwe – oficjalnie ze względu na trudną dostępność terenów Darien. A nieoficjalnie?

Malaria oraz dżungla, w której łatwo się zagubić i paść ofiarą odwodnienia, to tylko niektóre niebezpieczeństwa Darien – innymi, równie realnymi, są ludzie. A konkretnie: przemytnicy narkotyków, którzy w niedostępnym Darien znajdują swe schronienie.

Nie wszyscy przemytnicy w obliczu policji wyrzucają swój towar do wody – niektórzy wraz z workami pełnymi kokainy znikają w Darien. Tam są „bezpieczni”, tam nie dociera prawo ani policja, tam panuje prawo dżungli.

Niebo nad Darien ciemnieje, zapada zmrok. Katamaran kołysze się na coraz większych falach, a wiatr przestaje być przyjazny. Wiatr szarpie żagle, i rzuca łodzią, która wydaje się być teraz malutką zabawką w rękach żywiołu. Nadciąga sztorm…

Nie da się chodzić, nie da się stać. Kapitan z Alvaro walczą z żywiołem, my leżymy na płasko w kajucie, a nasze żołądki przechodzą najbardziej ekstremalne testy na chorobę morską. Łup – w prawo, łup – w górę, łup – w lewo, łup – w dół… Testy wypadają dla nas nad wyraz pomyślnie, ale dźwięki z toalety informują nas, że nie każdy z załogi miał tyle szczęścia…

Dzień 4
Rano morze jest spokojne. Rano słońce drzemie za chmurami, wiatr leniwie porusza żaglami, a katamaran sunie po płaskiej powierzchni wody. Sprzątamy: porządkujemy rzeczy zrzucone z półek przez nocny żywioł i wylewamy wodę, która jakimś cudem dostała się do kajuty. Dopływamy do Puerto Obaldia.

Puerto Obaldia, Panama

Puerto Obaldia to ostatnie miejsce przed granicą z Kolumbią. To spokojne miasteczko portowe leży u stóp Darien i wygląda, jak zagubione w czasie i przestrzeni. Morze Karaibskie tchnie ulotnym urokiem, wiatr zamiata kurz po sennych uliczkach, a na horyzoncie czai się dżungla. Podróżnych wita wojsko – żołnierze po krótkiej rozmowie kierują nas do punktu granicznego, gdzie sprawy toczą się rytmem z ubiegłej epoki. Celnik, niczym wybudzony z poobiedniej sjesty, leniwie wypełnia długie tabelki w papierowej księdze, po czym wysyła nas do punktu ksero, na drugi koniec miasta, który znajduje się… tuż za rogiem. Pani w punkcie ksero bez pospiechu kseruje nasze paszporty, których kopie lądują w przepastnej szufladzie pana celnika, a pieczątki już po chwili znajdują się w naszych paszportach. Celnik żegna nas uprzejmie, po czym zamyka swój kram na siedem spustów i idzie do domu. Jest 4 po południu…

Z pieczątkami wyjazdowymi wracamy na katamaran. W sensie prawnym nie jesteśmy już w Panamie – i jeszcze nie jesteśmy w Kolumbii. Jesteśmy gdzieś pomiędzy krajami, na morzu, otoczeni przez niezliczone wyspy, w cieniu Darien, dryfujemy na wschód. Na ten czas znaleźliśmy się na poza systemem i oficjalnie nie ma nas w tej chwili w żadnym państwie świata.

Wiatr dmie w żagle, ruszamy w stronę Kolumbii, a Muriel podskakuje i krzyczy z radości na przodzie katamaranu. A kiedy Muriel się cieszy, nie można pozostać obojętnym, biegniemy więc w jej kierunku i już po chwili my również krzyczymy z radości. Tuż obok nas płyną delfiny!

delfiny, San Blas

Niczym przewodnicy pomiędzy krajami, delfiny suną tuż przed nami, wyskakują nad powierzchnię, bawiąc się kreślą na wodzie fantazyjne wzory i wyglądają, jak gdyby się uśmiechały. W ten sposób radosne delfiny witają nas w Kolumbii.

Dzień 5
Wstajemy i myślimy: to była już ostatnia noc na katamaranie. To ostatnia noc bez stałego gruntu pod nogami. Ostatnia noc w dzikiej kołysce, gdzie wstanie z łóżka jest zupełnie niemożliwe. Ostatnia noc.

Za oknami widnieje Capurgana – kolumbijskie miasteczko, do którego nie prowadzi żadna droga.

Capurgena, Kolumbia

Capurgana jest dostępna tylko drogą morską i powietrzną. Ta maleńka miejscowość składa się z zaledwie kilku ulic, plaży, portu i lotniska. Liczne hotele, hostele, restauracje i pijalnie soków w sezonie pękają w szwach – ale teraz jest tu cicho i spokojnie. Poza nami do portu przybijają tylko łodzie rybackie, a na lotnisku ląduje jeden niewielki samolot.

Największą atrakcją Capurgany jest plaża przy ciepłym, Karaibskim Morzu.

Capurgana, plaża

Plaża jest zupełnie pusta, wskakujemy do wody, a po kilku minutach dołącza do nas pan z panią, najwyraźniej spragnieni słońca. Po chwili państwo podpływają bliżej, pytają, skąd jesteśmy i bardzo się cieszą słysząc, że przybywamy do Kolumbii z Europy. Oni sami są Kolumbijczykami – przed chwilą przylecieli samolotem z Bogoty. Przylecieli tylko na chwilę – zakosztować słońca i morza.

Po krótkiej rozmowie następuje długie pluskanie się w gorącej wodzie. Po południu wracamy na pokład – dołącza do nas Jonnatan z pieczątkami wjazdowymi w naszych paszportach. Jesteśmy już w Kolumbii – ciałem, duchem i paszportem!
Odbijamy od brzegu – przed nami jeszcze kilka godzin drogi. Wypływając z portu widzimy niewielki samolot, który startuje i mknie w górę, na wschód… Czyżby wizyta naszych nowych znajomych z Bogoty była aż tak krótka?

Jonnatan spogląda w morze i najwyraźniej coś go niepokoi.
- Morze tutaj jest niebezpieczne – mówi po chwili.
- Morze tutaj jest bardzo niespokojne… – dodaje i znika w kajucie. Już po godzinie wiemy, że Jonnatan miał rację – katamaran ponownie staje się zabawką w rękach żywiołu. Leżymy, wstajemy tylko w obliczu najwyższej konieczności, oszczędzamy siły i nie walczymy z grawitacją. Nasze żołądki spokojnie znoszą wszelkie atrakcje – porównaniu z nowymi pasażerami, których w Capurganie Jonnatan zabrał na pokład, jesteśmy już niemal jak wilki morskie.

Słońce zachodzi za horyzont, a wraz z nim znika nadzieja na dopłynięcie do naszego portu przeznaczenia. Spędzamy na morzu jeszcze jedną noc. W taką noc sen nie chce przyjść, a przewracanie się z boku na bok zupełnie nie ma sensu. To żywioł przewraca nas z boku na bok i z pleców na brzuch, a my spokojnie poddajemy się jego woli.

Dzień 6
Rano morze jest nadal niespokojne – jesteśmy już przy brzegu, a wielkie fale wciąż rzucają katamaranem. Jonnatan rozgląda się dookoła i decyduje, że opuszczenie pontonu na wodę jest zbyt niebezpieczne. W kapoku i bez butów, Jonnatan wskakuje do wody i płynie do brzegu, by po godzinie wrócić w dużej łodzi, z lokalnym rybakiem.

Łódź obija się o katamaran, burta uderza o burtę. Nie ma mowy o spokojnym przejściu z pokładu na pokład – w pośpiechu przerzucamy bagaże i mamy nadzieję, że spadną do łodzi; przeskakujemy w chwili, gdy burty są najbliżej; podajemy sobie Cloe z rąk do rąk i trzymamy się wszystkiego, co tylko nie wymyka się naszym dłoniom. Po kilku minutach walki z falami, dobijamy do brzegu.

6 dni – a miały być 2… 6 dni, podczas których spotkaliśmy egzotyczne plemię Kuna, poznaliśmy sekrety San Blas i Darien, zaprzyjaźniliśmy się z rodziną Jonnatana i z Alvaro. A teraz mamy się tak po prostu rozstać? Już nigdy nie wejść razem na łódź? Nie bawić się więcej z Cloe i nie słyszeć niezwykłego śmiechu Muriel? Nie cieszyć się razem ze spotkania delfinów i nie wysmarować się zielonym błotem? Już nigdy?

To było tylko 6 dni – a czujemy się tak, jak gdybyśmy spędzili razem długie lata. Wspaniałe lata we wspaniałej podróży. Żegnamy się więc – a jest to pożegnanie bardzo trudne. Muriel i Cloe wsiadają do małej taksówki i po chwili znikają za zakrętem – jadą rozpocząć swoje nowe życie, w nowym miejscu, wśród nowych ludzi mówiących zupełnie obcym językiem… Patrzymy tęsknie w ich kierunku i życzymy im jak najlepiej.

Dla nas to też początek nowego etapu podróży – to nasze pierwsze chwile w Ameryce Południowej. Chwytamy plecaki i ruszamy przed siebie: zupełnie obcą uliczką, w zupełnie obcym mieście i na zupełnie obcym kontynencie. Jaka właściwie jest Kolumbia? Czy to wciąż narkotykowa mekka, gdzie każdy krok grozi wielkim niebezpieczeństwem? Czy też – jak twierdzi Alvaro – jedynym niebezpieczeństwem Kolumbii jest jej urok, który może sprawić, że już nigdy nie będziemy chcieli wyjechać? Na razie nie wiemy – na razie ruszamy przed siebie w poszukiwaniu dworca autobusowego, a mijani po drodze Kolumbijczycy przyglądają się nam uważnie.



This entry was posted in Kolumbia, Panama and tagged , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink.

5 Responses to San Blas – czyli jak ominąć Darien Gap.

  1. tuanjim says:

    Jak wiele zalezy od tego czy jest sie w odpowiednim miejscu i czasie. Spokojnego pobytu w Kolumbii!! Pozdrowienia z Wilna :)

  2. Daniel says:

    Może się spotkamy gdzieś w drodze – my aktualnie w Boliwi

    • agagnesa says:

      Bardzo chętnie, jeśli tylko zbiegną się nam ścieżki:) My teraz w Ekwadorze, następnie Peru i Boliwia. W którą stronę jedziecie?

  3. Bardzo fajny blog podróżniczy;)

    Pozdrawiamy,
    Republika Podróży.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>