Kolumbia na tandemie: Bogota – Ibague.

Tandem przy wodospadzie Tequendama, Kolumbia.

Czy było to pomiędzy zielonymi wzgórzami Kostaryki, czy też dżunglach Nikaragui? Gdzieś w pół drogi z Hondurasu do Panamy, a może jeszcze wcześniej, u stóp malowniczych wulkanów El Salvador? Trudno nam dziś powiedzieć, kiedy dokładnie podjęliśmy pewną przełomową decyzję: sprowadzamy z Polski nasz tandem!

Rower wystarczyło wyposażyć w: uchwyt do bagażnika, amortyzowane sztyce, zapasowe klocki hamulcowe, sakwy (przednie i tylne), zapasowe dętki, łatki, szprychy, spinki do łańcucha, śruby i wiele innych technicznych przedmiotów, w których świecie ja czuję się zupełnie zagubiona – a Szymon jest wśród nich jak ryb w wodzie.

Tandem, rozkręcony na części pierwsze i zapakowany tekturowe pudło (43 kilogramy, wymiary 170x70x40), wyruszył w podróż z Katowic do Bogoty odwiedzając po drodze aż 6 lotnisk (m.in. Lipsk, Londyn Hearhrow, Barbados i Caracas). W Bogocie, po 2 dniach zaciekłej walki na lotnisku, udało się nam tandem odebrać, odbyć jazdę próbną, zapakować w sakwy cały nasz dobytek i rozpocząć dalszą podróż przez Amerykę Południową!

Bogota, początek podróży tandemem.

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, a była to niedziela, czyli najlepszy dzień na rowerową przejażdżkę po stolicy Kolumbii.

Bogota, niedziela.

W każdą niedzielę od 7 rano do 2 po południu władzę nad Bogotą przejmują rowerzyści – wtedy to aż 120 kilometrów ulic w całym mieście zostaje zamkniętych dla samochodów, a otwartych dla rowerów!

Bogota, rowerowa niedziela.

Radośni rowerzyści spieszą tłumnie całymi rodzinami, sprzedawcy przekąsek, owoców i napojów stoją wzdłuż dróg, a my – na tandemie – od początku wzbudzamy niemałą sensację.

Mimo przyjaznych dróg, wyjazd z Bogoty zajął nam ponad 4 godziny, ale zaraz potem nasza podróż nabrała tempa. Tuż za granicami miasta droga gwałtownie spada w dół, w ciągu kilku godzin z wysokości 2625 m n.p.m. zjeżdżamy na 289 m n.p.m. Wąska szosa zawija tysiącami zakrętów, a ja modlę się o rozsądek dla kierowców, którzy mijają nas w szalonym tempie samochodami, ciężarówkami, cysternami i autobusami.

- Chcesz wiedzieć, z jaką prędkością jedziemy? – woła do mnie Szymon z przedniego siodełka.
- Nie jestem pewna… – odpowiadam przekrzykując huk silników, klaksonów i pęd powietrza.
- 55 km/h – słyszę. No tak, cały czas jedziemy w dół – ale cały czas hamujemy, by w miarę bezpiecznie wchodzić w liczne zakręty.

Gdy po kilkudziesięciu kilometrach ostrego zjazdu nadal żyjemy, oddycham z ulgą. Kolumbijscy kierowcy (poza rozsądkiem) wykazują się również sporym zainteresowaniem naszym pojazdem. Jesteśmy fotografowani, filmowani i pozdrawiani niemal z każdego auta i z każdej przydrożnej budki.

Po południu zatrzymujemy się przy legendarnym wodospadzie Tequendama.

Wodospad Tequendama.

157. metrowy wodospad od dawien dawna jest jedną z największych atrakcji Kolumbii i przyciąga tłumy turystów. Legenda głosi, że w czasach hiszpańskiej kolonizacji rdzenni mieszkańcy okolicy rzucali się w dół wodospadu chcąc uciec przed niewolnictwem, a tajemnicza moc Tequendama przemieniała ich w orły i tym samym zwracała im utraconą wolność…

Hotel del Salto, Tequendama.

W 1928 roku na skale tuż obok wodospadu otwarto luksusowy Hotel del Salto, który przez blisko 60 lat gościł tłumy turystów przybywających, by podziwiać Tequendama. Jednak wodospad przyciągał nie tylko miłośników natury, lecz również nieszczęśników, którzy wyruszali do Tequendama, by targnąć się na własne życie… Z roku na rok w okolicę wodospadu przybywało coraz mniej turystów i coraz więcej samobójców, Kolumbijczycy uznali miejsce za nawiedzone, a w latach 90. hotel ostatecznie zamknięto. Dziś budynek niszczeje i straszy pustymi oknami, a ulokowane wewnątrz muzeum bynajmniej nie przyciąga tłumów.

Niedzielne popołudnie, wodospad Tequendama.

W niedzielne popołudnie wodospad na nowo staje się atrakcją – Kolumbijczycy i obcokrajowcy przybywają, by zrobić zdjęcia i posilić się w jednej z naprędce zbudowanych budek. Po kilku chwilach okazuje się jednak, że jesteśmy atrakcją porównywalną do Tequendama – ponownie stajemy się bohaterami wielu zdjęć i filmów.

Tequendama, turyści.

Ruszamy dalej – wciąż w dół stromą i krętą drogą. Klocki hamulcowe rozgrzewają się do czerwoności, a tylny hamulec jest tak gorący, że rozgrzewa ramę – nic dziwnego, razem z tandemem i bagażami ważymy ok. 200 kg… Nadgarstki bolą od utrzymywania swojego ciężaru na kierownicy, spada tylna sakwa, pęka łańcuch… Szybko wymieniamy uszkodzoną spinkę, opracowujemy nowy system mocowania sakw i jedziemy dalej. Zapada zmrok.

Po 12 godzinach jazdy docieramy do miejscowości Girardot. Pierwszego dnia przejechaliśmy 140 km, obolałe nadgarstki i obtarcia od siodełek informują nas, że musimy zwolnić tempo. Tandem wraz z nami nocuje w hostelu.

Następnego dnia poranek jest dość bolesny – mięśnie leniwie rozgrzewają się do pracy, nadgarstki niechętnie opierają się na kierownicy. Ruszamy… i już po kilku metrach ponownie pęka łańcuch. Zatrzymujemy się wzbudzając tym spore zainteresowanie przechodniów, jeden z Kolumbijczyków zabiera się nawet do naprawy naszego roweru (i robi to z niemałą wprawą).

Girardot, pomocni Kolumbijczycy.

Po kilkunastu minutach ruszamy dalej.

Droga z Girardot do Ibague wiedzie pod górę. Miejscami jedziemy, miejscami pchamy ciężki tandem, a kierowcy ciężarówek trąbią oznajmiając nam tym samym „uwaga, jadę!”. Żar leje się z nieba, osad z soli na koszulkach informuje nas, że tracimy więcej wody, niż jesteśmy w stanie wypić. Brak pobocza, brak cienia, brak miejsca na odpoczynek. Nie brakuje jedynie policji. Policjanci podbiegają do nas, pytają, czy wszystko w porządku, czy mieliśmy jakieś problemy i czy mogą nam jakoś pomóc. Dziękujemy za zainteresowanie, a policjanci proszą, by w razie jakichkolwiek kłopotów, od razu zgłaszać się na policję.

- Chcemy, by obcokrajowcy lubili Kolumbię – mówią nam na do widzenia.

Drugi dzień daje się nam we znaki równie mocno, jak pierwszy – pomimo że przejechaliśmy jedynie 75 km ze średnią prędkością 13 km/h…

Do Ibague docieramy resztką sił – a Ibague wita nas niczym miasto rodzinne.

Ibague, Kolumbia.

W tej uroczej miejscowości nabieramy przekonania, że Kolumbijczyk gotów jest oddać swoją ostatnią koszulę, by tylko przychylić nieba podróżnym.

Z pomocą couchsurfing.org trafiamy do kolumbijskiej rodziny, która z couchsurfingiem nie ma nic wspólnego (rodzina została poproszona o ugoszczenie nas przez znajomego, który należy do podróżnej społeczności, ale sam nie mógł nas przyjąć). Mokrzy, obdarci, zmęczeni, głodni, odwodnieni i brudni pukamy do drzwi eleganckiego apartamentu w centrum miasta – i zostajemy powitani niczym królowie. Drzwi otwiera senora Maria, jej gosposia od razu podaje nam ciepły posiłek i pyszne soki, a Maria – energiczna, starsza pani – na czas naszego pobytu odstępuje nam swoją sypialnię z prywatną łazienką. Próbujemy oponować, chcemy spać na kanapie – ale autorytet Marii nie daje nam dojść do słowa. Gosposia uśmiecha się pod nosem, a syn Marii informuje nas, że protest nie ma żadnego sensu – zawsze musi być tak, jak zarządzi jego mama. Zasypiamy obolali, zmęczeni, ale dobrze nakarmieni przez gosposię.

Rano pakujemy się – w planach mamy wyprawę do Zona Cafetera, regionu, gdzie rośnie sławna na cały świat kolumbijska kawa. Gdy zaspani zabieramy się do wyjścia, drogę zastępuje nam uśmiechnięta gosposia i informuje nas, że śniadanie czeka już na stole. A przed śniadaniem czeka tinto – czyli czarna, kolumbijska kawa z cukrem. Wciąż nieco skrępowani zasiadamy do śniadania, po którym następuje drugie tinto i świeże soki owocowe. Dziękujemy gosposi za tak wspaniały poranek i chcemy się pożegnać – ale gosposia ani myśli nas wypuścić, na kuchni gotuje się już obiad dla całej rodziny i dla polskich podróżników! Nie ma nawet mowy, żebyśmy wyjechali przed obiadem!

Gdzieś pomiędzy śniadaniem i obiadem do domu przychodzi Camilo, syn Marii. Camilo jest lokalnym politykiem – i niezwykle uroczym człowiekiem. Nasz gospodarz pojawia się w towarzystwie dziennikarki z lokalnej gazety, która przeprowadza z nami krótki wywiad. Jak podoba nam się Kolumbia? Czy czujemy się tu bezpiecznie? Czy obcokrajowcy wciąż uważają Kolumbię za niebezpieczny kraj? Nie koloryzujemy, mówimy prawdę – tak, wielu obcokrajowców myśli, że Kolumbia jest bardzo niebezpieczna. Camilo i dziennikarka smutnieją, ale my dodajemy, że to stereotyp sprzed 15-20 lat – i stereotyp ten powoli się zmienia.

- Nam wszystkim bardzo zależy na tym, by obcokrajowcy dowiedzieli się, jak jest w Kolumbii teraz, a nie jak było 20 lat temu – mówi dziennikarka. – Czasy guerilli już się skończyły i wszystkie miejsca, które są ciekawe dla turystów, są również bardzo bezpieczne.

Potakujemy i mówimy, że od początku czujemy się w Kolumbii bezpiecznie. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę – o kolumbijskich przysmakach, o podróżowaniu na rowerze i o Polsce, po czym gosposia woła nas na obiad. Po obiedzie przychodzi czas na kolejne tinto – do Zona Cafetera wyruszamy więc ze sporym zapasem kofeiny we krwi.

Tinto w Ibague.

Pomimo że kolumbijskie tinto jest nieco słabsze od espresso – czuję, że muszę zmniejszyć ilość wypijanych filiżanek. Senora Maria pije aż 12 tinto dziennie – i prawdopodobnie dlatego jest tak pełna życia i energiczna. Ale o tym, jakie sekrety kryje w sobie kolumbijska kawa – w następnym wpisie.



This entry was posted in Kolumbia and tagged , , , , , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to Kolumbia na tandemie: Bogota – Ibague.

  1. Moglibyście napisać jak zorganizowaliście przewóz tandemu? Naszego Wikinga nie sprzedaliśmy po tandemowej Islandii, tak jak planowaliśmy wcześniej i wygląda na to, że prędzej czy później też gdzieś będzie musiał polecieć. Dzięki!

    • Szymon says:

      Przez brokera spedycyjnego – używają dużych firm (np. DHL Cargo), ale ceny są kilkukrotnie niższe niż ceny kuriera. Korzystaliśmy z e-cargo.pl – bardzo pomocni.
      Z Islandii możecie zorganizować transport morski, nie wydaje się trudne, ceny b. niskie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>