Z tandemem wśród Kolumbijczyków.

Pustynia Tatacoa na tandemie, Kolumbia

Z perspektywy siodełka świat wygląda inaczej. Jesteśmy bliżej przyrody, bliżej lokalnego kolorytu i bliżej ludzi. Kolumbijczycy witają nas z okrzykami zachwytu i uśmiechem na ustach, częstują owocami, a nawet zapraszają do swoich domów.

Z perspektywy siodełka trasa wygląda inaczej. Miasta oddalają się od siebie, a odległości wydłużają: 130 kilometrów to już nie 2 godziny drogi, tylko cały dzień. Albo 2 dni, bo kilometr kilometrowi nierówny. 10 kilometrów z górki to zaledwie 15 minut; 10 kilometrów pod górę, to aż 1,5 godziny… Ukształtowanie terenu spędza nam sen z powiek, z radością witamy długie zjazdy, a czasem na widok kolejnej górki kolana odmawiają posłuszeństwa.

Wczesnym rankiem wyruszamy na południe – po kilku dniach odpoczynku w Ibague i w Zona Cafetera jesteśmy pełni sił. Zamiast planowanych 100 kilometrów, przejeżdżamy aż 156, a na nocleg zatrzymujemy się w przydrożnym zajeździe. Tym razem tandem nocuje razem z nami… w pokoju.

Noc z tandemem w zajeździe, Kolumbia.

Następnego dnia wyruszamy do Desierto de la Tatacoa, wiejska droga wiedzie przez pola i urywa się u stóp Rio Magdalena.

Przeprawa promem na Rio Magdalena, Kolumbia.

Po przeprawie promem jedziemy dalej, coraz wolniej, i wolniej, aż w końcu stajemy. Piaszczysta droga jest pełna wybojów, tandem odmawia posłuszeństwa – zamiast jechać, pchamy nasz rower, a mocne słońce praży nam skórę. Po kilku godzinach docieramy do Villa Vieja, niewielkiej miejscowości położonej tuż obok pustyni. Z Villa Vieja na pustynię wiedzie nowa, asfaltowa droga – uszczęśliwieni wsiadamy na rower i nie straszne są nam nawet podjazdy pod górkę!

Desierto de la Tatacoa, Kolumbia.

Desierto de la Tatacoa to pustynia zupełnie niezwykła, bo otoczona przez… oazę! Inne pustynie zamykają oazy w swoich granicach – a Tatacoa w całości wydaje się być zamknięta w granicach oazy.

Desierto de la Tatacoa w Kolumbii.

Zieleń otacza suche płaty ziemi i pofalowane piaskowe wzgórza, gdzieniegdzie rosną kaktusy, drzewa i krzewy. Pustynia jest osobliwym połączeniem pustkowia z łąką, suchości z wilgocią, śmierci z życiem.

Pustynia Tatacoa, Kolumbia.

Tatacoa to aż 330 km² pustkowia – bez miast, wiosek i ulic, bez oświetlenia i bez cywilizacji. Po zachodzie słońca na pustyni zapada całkowita ciemność i nic dziwnego, że to właśnie tu znajduje się obserwatorium astronomiczne, a amatorzy astronomii przybywają licznie, by podziwiać jaśniejące na niebie gwiazdy.

Desierto de la Tatacoa, obserwatorium astronomiczne.

Nadciąga zmierzch, a my ruszamy do miejscowości Neiva, gdzie docieramy około godziny 22. W Neiva nocujemy u poznanego za pośrednictwem couchsurgingu pana o imieniu Windy. Po krótkim powitaniu gospodarz – mimo naszych prób sprzeciwu – odstępuje nam swój pokój, a sam kładzie się spać na kanapie. Po raz kolejny przekonujemy się, czym dla Kolumbijczyka jest gościnność…

Neiva to dla nas przystanek na odpoczynek, to również przejażdżka rowerowa z Windym i akceptacja pewnego stanu rzeczy: nie wszędzie uda nam się dojechać na rowerze. Niektóre drogi, swoim dystansem, niemal pionowym nachyleniem i brakiem jakiejkolwiek miejscowości czy nawet sklepu, zmusiłyby nas do wielokrotnego nocowania w rowie (nie wspominając o konieczności wiezienia w sakwach dużej ilości jedzenia i wody). Inne trasy, wiodąc nierównym szutrem, wymagałyby całodniowego pchania roweru wydłużając naszą podróż o całe miesiące… Nie chcąc godzinami grzęznąć w piachu, ani tracić wartych zobaczenia miejsc, decydujemy się na pewien kompromis: tam, gdzie się nie da – wsiadamy w autobus…

Z Neiva do Pitalito jedziemy autobusem, a tandem, mimo naszych wątpliwości, spokojnie mieści się w bagażniku. Do Pitalito docieramy już po zmroku i od razu udajemy się do Carlosa, znajomego Windiego, u którego mamy zostawić część bagaży przed podróżą do San Agustin. Wchodzimy, witamy się i rozpoczynamy przepakunek, a Carlos oraz jego dzieci wypytują nas o naszą podróż i podziwiają tandem. Po chwili Carlos wraca do pracy, jest w trakcie spotkania biznesowego – wraz ze swoim klientem siedzi więc za komputerem, a córka Carlosa nieśmiało odzywa się do mnie po angielsku. Odpowiadam jej, a ona ucieka zmieszana, by po chwili powrócić ze swoim zeszytem do języka angielskiego. Dziewczynka, na oko 12.letnia, pokazuje mi zeszyt, na który w całości składają się naklejki z obrazkami różnych przedmiotów (owoców, mebli itp.) z podpisami po angielsku.

- What is it? – pytam wskazując obrazek jabłka.
Dziewczynka patrzy na mnie speszona i spuszcza wzrok, a ja pokazuję jej podpis pod obrazkiem. Dziewczynka czyta po swojemu przekręcając słowo, a ja już wiem, że ona nie ma pojęcia o wymowie angielskiej.

- Apple – mówię z uśmiechem, by przełamać jej zmieszanie. Dziewczynka ołówkiem dopisuje fonetyczny zapis wymowy, po czym wskazuje na obrazek stołu i patrzy na mnie wyczekująco.

- Table – czytam, a dziewczynka szybko zapisuje wymowę, po czym wskazuje na kolejny obrazek. Nie mogę uwierzyć w tę sytuację – wygląda na to, że na lekcjach języka angielskiego dzieci wyklejają zeszyty obrazkami i podpisują je słowami, o których wymowie nie mają pojęcia. Dziewczynka bardzo chce się uczyć – po kolei wskazuje na wszystkie obrazki i skrupulatnie robi notatki, a na koniec daje mi muszlę.

- Prezent – mówi po hiszpańsku z uśmiechem.

Pakowanie skończone, lekcja skończona, praca Carlosa skończona. Carlos pyta nas, czy naprawdę chcemy jeszcze dziś w nocy jechać do San Agustin.

- Tak, to przecież tylko 30 km – odpowiadamy.
- Ale jest już ciemno – mówi klient Carlosa, Edilson – W nocy na tej trasie może być niebezpiecznie, ktoś może próbować was okraść. Mój dom stoi po drodze do San Agustin. Przenocujcie dziś u mnie, a do San Agustin pojedziecie jutro rano.

Jesteśmy nieco zaskoczeni tą niespodziewaną propozycją, ale panu dobrze z oczu patrzy i rzeczywiście jest już późno. Żegnamy się z rodziną Carlosa, wsiadamy na tandem, dziewczynka macha do nas na pożegnanie, a my już po chwili pędzimy za motorem naszego nowego gospodarza.

Po kilkunastu minutach docieramy do domu Edilsona. Nie jest to właściwie dom, tylko finca – w Ameryce Łacińskiej finca jest oznaką statusu i szczytem marzeń każdego człowieka. Słowo„finca” oznacza „posiadłość”, dom z ziemią uprawną, z polem, ogrodem lub sadem, jednak w ciemnościach widzimy tylko dom. Wchodzimy do środka, a Edilson wstawia motor i tandem do dużego pokoju. Po chwili z jednego z pokoi wychodzą rodzice Edilsona, witają się z nami i od razu proponują nam aquapanelę (wodę z cukrem). Siadamy i zaczynamy opowiadać naszą historię, a z kolejnych pokoi jeden po drugim wychodzą kolejni członkowie rodziny: żony, bracia, siostry, mężowie, kuzyni, synowie i córki, wszyscy są już w piżamach lub koszulach nocnych, wszyscy witają nas z ciekawością i zupełnie nie wiadomo, kto jest czyją żoną, czyim mężem, synem, bratem czy siostrą. Malutkie dzieci patrzą na nasz szeroko otwartymi oczami, młodzi chłopcy z fascynacją oglądają tandem, mama Edilsona dolewa nam aquapaneli, a my opowiadamy o różnicach pomiędzy Polską a Kolumbią. Na pierwszy ogień idzie jedzenie.

- W Polsce nie ma mleka bezlaktozowego – mówimy, a cała rodzina wybucha śmiechem.
- Naprawdę? – wszyscy pytają chórem.
- Ale mamy wiele różnych rodzajów miodu – dodajemy. – Lipowy, spadziowy, gryczany…
- U nas jest tylko jeden rodzaj miodu – mówi Edilson – Przez cały rok ten sam. Ale mamy wiele różnych tańców folklorystycznych!

Na hasło „taniec”, jeden z członków rodziny podrywa się na równe nogi i wybiega do innego pokoju, by zaraz powrócić w stroju ludowym, rodzina szybko odsuwa meble i już po chwili obserwujemy niezwykłe widowisko taneczne. Pan wraz z żoną (nie wiemy jednak, czyją) specjalnie dla nas tańczy kolumbijski taniec folklorystyczny, a jest to taniec pełen figur, podskoków, obrotów, przyklęknięć i przytupów. Zachwyceni bijemy brawo, tancerze schodzą ze „sceny” i już po chwili cała rodzina domaga się od nas zatańczenia polskiego tańca. Wychodzimy na zaimprowizowaną scenę i cichutko nucąc zaczynamy tańczyć Poloneza, a rodzina śledzi nasze ruchy z otwartymi ustami. Tańczymy we dwoje, odtwarzamy kilka figur, otrzymujemy brawa, po czym ze śmiechem tłumaczymy, że jest to taniec tańczony przez wiele par jednocześnie, więc we dwoje nie jesteśmy w stanie godnie go zaprezentować – ale rodzina i tak wydaje się usatysfakcjonowana polskim pokazem tanecznym. Wskazówka zegara zbliża się do północy, udajemy się więc na spoczynek – tym razem nie wiemy nawet, w czyim łóżku śpimy. Zarówno dom, jak i rodzina są zbyt wielkie, by ogarnąć wszystkie prawa i zależności jakie tu panują.

Wstaję o 7 rano i w drodze do łazienki orientuję się, że dom ten posiada aż 3 kuchnie. W zasadzie „kuchnie” to zbyt wiele powiedziane – prawdziwa kuchnia jest jedna i należy w całości do mamy Edilsona, a pozostałe dwie, to raczej stanowiska kuchenne, przy których już od rana dwie żony gotują caldo (mięsna zupa, w Kolumbii tradycyjnie jedzona na śniadanie). Wkrótce wraz z całą rodziną zasiadamy za stołem, a po posiłku Edilson zabiera nas na spacer po swoim sadzie.

- To jest kawa, uprawia ją mój ojciec, tu rosną platany, a tu kakaowiec – opowiada nasz gospodarz, a my czujemy się jak w ogrodzie botanicznym. Idziemy dalej, a oczom naszym ukazują się ukryte w zieleni ule.

- Robimy miód tylko dla siebie – mówi Edilson. – W Kolumbii trudno jest sprzedawać miód, bo tu prawie każdy ma małą pasiekę.

Skręcamy w gąszcze i po chwili jesteśmy już w innej części sadu.

- Znacie tę roślinę? – pyta Edilson wskazując na krzaczek marihuany.
- Znamy, nie wiedzieliśmy, że wolno ją uprawiać w Kolumbii.
- Nie wolno – odpowiada z uśmiechem Edilson. – Ale można mieć jedną lub dwie roślinki. W Kolumbii tradycyjnie stosuje się ją na bóle.

Wracamy ze spaceru, Edilson daje nam w prezencie butlę miodu, a my proponujemy wspólne zdjęcie z tandemem. Wychodzimy przed dom, natomiast cała rodzina zaczyna biegać w popłochu – żony zrzucają fartuszki, mama ubiera się w odświętny strój i czesze włosy, a jeden z młodszych członków rodziny, wręcz przeciwnie – specjalnie do zdjęcia zdejmuje koszulkę… (niestety na zdjęciu nie ma wszystkich członków rodziny, niektórzy musieli udać się do pracy).

My z kolumbijską rodziną, Pitalito.

Po zdjęciu grupowym rodzina ze śmiechem ustawia się do zdjęć indywidualnych – we wszelkich konfiguracjach.

Kolumbijki.

Żegnamy się niemal ze łzami w oczach, wymieniamy e-maile i numery telefonów, machamy do naszych Kolumbijczyków na pożegnanie i ruszamy w kierunku San Agustin. To było prawdziwe spotkanie z lokalną rodziną – bez przewodników turystycznych i bez zorganizowanych pokazów, bez cennika i bez liczenia zysków. Czy takie spotkanie mogłoby wydarzyć się wszędzie?

Docieramy do miasteczka San Agustin, które należy do najbardziej turystycznych miejsc w Kolumbii. Szczególną atrakcję stanowi tu park archeologiczny, gdzie podziwiać można niezwykłe grobowce, które pozostawili po sobie członkowie kultury San Agustin.

San Agustin, grobowiec, Kolumbia.

Grobowce powstały pomiędzy 6. i 14. wiekiem n.e., a najwyższe z nich liczą sobie aż 4 metry (z czego połowa oryginalnie znajdowała się pod ziemią).

San Agustin, park archeologiczny, Kolumbia.

W turystycznym San Agustin również jesteśmy witani serdecznie – nie jest to już jednak powitanie bezinteresowne. Młody chłopak podziwiający nasz tandem próbuje namówić nas na nocleg w swoim hostelu, a pan spotkany na ulicy zachwala swój bar fast food. W San Agustin ludzie żyją z turystyki, nic więc dziwnego, że spotkanie z turystą ma dla nich charakter biznesowy. Prawdziwe spotkanie z lokalną rodziną jest możliwe chyba tylko w miejscu, w którym nie ma turystów. Z dala od głównych atrakcji i hoteli, z dala od modnych kawiarni i klubów nocnych. Prawdziwe spotkanie zdarza się poza utartym szlakiem, tam, gdzie można trafić jedynie przypadkiem. Prawdziwe spotkanie zdarza się spontanicznie. Wystarczy tylko na to pozwolić.



This entry was posted in Kolumbia and tagged , , , , , , , . Bookmark the permalink.

6 Responses to Z tandemem wśród Kolumbijczyków.

  1. Genialny ten artykul!!!

  2. Dorota says:

    Czytam bloga i kibicuje.Sama wybieram sie do Kolumbii.pzdr

  3. Pau says:

    a ja czekam na pocztówkę! :)

  4. tuanjim says:

    Niesamowita historia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>