Ekwador, czyli jak dać się zaskoczyć.

Ekwador, podró∂ do El Angel.

Zimny, chociaż na równiku; łączący skrajne emocje; mały, ale z wielkim sercem – już od pierwszych chwil Ekwador zaskakuje nas na każdym kroku.

Zaczyna się jak zwykle – czyli na granicy. Wypełniamy druczki, stajemy w kolejce i to już koniec zwyczajności. W sali znajduje się wielki telewizor emitujący telenowelę, którą oglądają wszyscy oczekujący. W telenoweli rozgrywają się iście dantejskie sceny – miłość i nienawiść, wściekłość i euforia, przerażenie i furia. Tu nie ma miejsca na kompromisy, grzeczność ani półsłówka. Tu rządzi namiętność, która powala kochanków na podłogę w scenie miłosnej; zazdrość, która popycha kobiety do walki z szarpaniem się za włosy i drapaniem paznokciami; złość, która gna oszukaną bohaterkę w pogoni za innym bohaterem, a on odwraca się i wygraża jej siekierą, a ona rzuca w niego krzesłem i wrzeszczy wniebogłosy, a on pada na ziemię i chwyta się za serce dramatycznym gestem, a ona wybucha rozdzierającym szlochem…

Feeria intensywnych uczuć i emocji poraża wszystkich obecnych, wszyscy zastygli wpatrują się w telewizor i tylko raz na kilka minut, niczym zombie, postępują kilka kroków do przodu w tej granicznej kolejce.

- To chyba jakiś podstęp, telenowela przyciąga uwagę, a złodzieje mają idealny dostęp do zapomnianych kieszeni, torebek i bagaży – myślę i rozglądam się dookoła. To jednak nie jest podstęp – telenowelę oglądają absolutnie wszyscy: zarówno oczekujący, jak i podejrzani cinkciarze, zaglądający przez okno do sali odpraw. Nawet celnicy zerkają od czasu do czasu. Po kilkudziesięciu minutach emocjonującej telenoweli doczekujemy się ekwadorskich pieczątek i ruszamy przed siebie – ale to nie koniec niespodzianek…

W przygranicznej miejscowości Tulcan odnajdujemy pewne zupełnie niezwykłe miejsce.

Cmentarz w Tulcan, Ekwador.

Witają nas krasnale i baby jagi, zwierzaki i stwory nie z tej ziemi – bo miejsce, w którym jesteśmy, w pewnym sensie również jest nie z tej ziemi. To nie park, ani ogród – to miejski cmentarz przyozdobiony tym niesamowitym żywopłotem.

Tulcan, cmentarz.

Zielone postaci otaczają szeregi urn, które tkwią w betonowych ścianach niczym mieszkania w blokowiskach. Każdy „grób” jest inny, niektóre dziwią, inne zastanawiają, a jeszcze inne straszą pustymi „oknami” w oczekiwaniu na lokatorów. Stwory z żywopłotu – jedyni żywi mieszkańcy cmentarza, są niczym strażnicy na straży spokoju. Świętego spokoju.

Ruszamy dalej, a wspomnienie cmentarza wciąż jeszcze wywołuje dreszcz na naszych plecach. Po chwili dreszcz potężnieje i zamienia się w przenikliwe zimno.
- Jakim cudem jest tu tak zimno? – myślę zakładając polar. Przecież jesteśmy już niemal o krok od równika!
Jedziemy dalej, opatuleni aż po szyję – gdy nagle zza chmur wychodzi ostre słońce i już po kilku minutach zmusza nas do zrzucenia ubrań. Jedziemy dalej, po kilku chwilach słońce znika i zamiast niego czujemy na ciele lodowaty wiatr. Marzniemy w oczekiwaniu na słońce, ale zamiast ciepłych promieni czujemy przeraźliwy chłód – ubieramy się więc ponownie… Dokładnie tak wyglądało kilka pierwszych godzin naszej rowerowej trasy w Ekwadorze.

Z miejscowości Tulcan udajemy się w kierunku rezerwatu El Angel, tandem podskakuje wesoło na bitej drodze gdzieniegdzie grzęznąc w błocie, a my podziwiamy mroźne i przepiękne widoki. Na horyzoncie spacerują dostojne lamy.

Alpaki, Ekwador.

Wraz ze zmrokiem kończy się zabawa w ciepło-zimno, panuje chłód. Do najbliższego miasteczka jest wciąż daleko, zmęczeni i zmarznięci wypatrujemy więc świateł schroniska, które miało znajdować się w rezerwacie. Mrok, mrok i tylko mrok – przed nami żadnych świateł, nie licząc gwiazd. Oglądając wielki wóz (który tu jawi się „do góry nogami”) przez przypadek dostrzegłam niewielki i zupełnie ciemny domek.

- To schronisko – krzyczę z entuzjazmem, który ulatnia się już chwilę później, gdy nasze pukanie do drzwi odbija się tylko głuchym echem. Mijają sekundy i minuty, jest ciemno, zimno i wszędzie daleko – a schronisko wygląda na opustoszałe… Straciwszy już nadzieję pukam do drzwi mimo wszystko, tymczasem drzwi nagle stają otworem! Niewielki Ekwadorczyk patrzy na nas spode łba, lecz już po chwili zaprasza do środka.

- Ile kosztuje nocleg w schronisku? – pytamy.
- Nic – odpowiada Ekwadorczyk oglądając ze wszystkich stron nasz tandem. – Ale nie ma ogrzewania, ani ciepłej wody, ani gazu, ani prądu, ani jedzenia.
- A koce?
- Koce są. Z alpaki – mówi Ekwadorczyk i już po chwili przynosi nam aż sześć grubych koców. Śpimy dobrze.

Rano wszystko wygląda inaczej – w świetle dnia widzimy przepiękne otoczenia schroniska.

Rezerwat El Angel, Ekwador.

El Angel, Ekwador.

Rezerwat El Angel jest niczym z bajki: malowniczy i całkowicie opustoszały. Dlaczego piękno natury nie przyciąga turystów? Do rezerwatu prowadzą tylko dwie drogi – i żadna z nich nie jest asfaltowa. Nierówny szuter utrudnia i wydłuża jazdę, a wiecznie mroźne i wilgotne powietrze sprawia, że nawet strażnikowi parku trudno tu wytrzymać.

- Dziś jadę do domu – mówi z zadowoleniem. – Zaraz przyjedzie mój zmiennik. Wracam tu dopiero za tydzień!

Żegnamy się z miłym Ekwadorczykiem i ruszamy dalej. Mijamy wioski i miasteczka, szuter ustępuje miejsca asfaltowi, a my po raz pierwszy podczas podróży tandemem spotykamy w trasie pokrewną duszę.

Rowerzysta spotkany na trasie, Ekwador.

Spotkany przez nas rowerzysta jest Szkotem z Glasgow, nie przeszkadza mu więc tutejsza pogoda. On jedzie z La Paz do Bogoty – a my z Bogoty do La Paz, wymieniamy informacje, po czym życzymy sobie powodzenia i ruszamy dalej.

Internetowe wynalazki typu Trip Advisor i opinie na couchsurfing.org sprawiają, że na noc wybieramy miejscowość Cotacachi. Opisana jako miła i tania, okazuje się miła i bardzo droga (jak na Ekwador). Po długich poszukiwaniach znajdujemy najtańszy hostel, który ma okazać się naszym najdroższym noclegiem w tym kraju ($10 od osoby). Wszystkim wybierającym się w te strony polecamy nocleg w miejscowości Otavalo, do której my docieramy dopiero następnego dnia.

Sława Otavalo sięga daleko i obejmuje niemal cały kontynent. Położone tam, gdzie alpaki strzygą uszami, a hodowcy strzygą alpaki, Otavalo szczyci się najlepszym rdzennym targowiskiem – prawdziwe wyroby z wełny alpak sprzedaje się tu naprawdę za śmieszne ceny.

Rdzenny targ w Otavalo, Ekwador.

Dywan z alpaki: $20
Koc z alpaki: $18
Sweter z alpaki: $15
Czapka z alpaki: $5
Skarpetki z alpaki: $3

Przy skarpetkach nie wierzę w cenę, lecz już po chwili przytomnieję i zaczynam się targować – kupuję sweter, czapkę, kilka par skarpetek i rękawiczek, powstrzymuję się dopiero przy kocu i dywanie (ale mało brakowało…).

Dywany z alpak, Otavalo, Ekwador.

Wełna alpak jest przepiękna, ale zdjęcia nie są w stanie oddać jej wszystkich walorów. Łatwo poznać kogoś, kto po raz pierwszy dotyka wełny alpak – Indianie śmieją się na widok turystów, którzy z rozdziawioną buzią głaszczą koce i dywany, głaszczą i przestać nie mogą, a potem wykupują pół stoiska… Wełna alpak w dotyku jest tak miękka, że nie można wręcz oprzeć się jej urokowi. Uległam i ja…

Szymon, który czekał na mnie przy rowerze, patrzy przerażony, gdy wracam z torbami pełnymi zakupów.

- Gdzie my to wszystko spakujemy? – pyta ze zgrozą spoglądając na nasze wypchane sakwy.
- Nie wiem, wymyśl coś – odpowiadam dając mu torby. – Teraz idę po rzeczy dla Ciebie, na urodziny!

Po chwili wracam z męską czapką, kilkoma parami męskich skarpet i rękawiczek, a Szymon odkrywa niesamowite możliwości kompresyjne wyrobów z alpak. Spakowane w sakwy, jadą dalej z nami.

Ruszając, mijamy ekwadorską Indiankę w tradycyjnym stroju, i jest to dla nas kolejne zaskoczenie. Przystrojona w spódnicę i cienkie skarpetki, z melonikiem na głowie idzie spokojnie w swoją stronę i najwyraźniej nie jest jej zimno…

Ekwador zaskakuje – nie sposób zliczyć wszystkich niespodzianek, które spotkały nas w ciągu kilku pierwszych dni pobytu w tym kraju. Potem było łatwiej – potem zaczęliśmy się adaptować. Przywykliśmy do skrajnych emocjonalnie telenoweli (które ogląda się tu wszędzie), alpaki chroniły nas przed zimnem i nawet na równiku byliśmy gotowi na wszystko. Nawet na to, że równik tak naprawdę nie leży na równiku – więcej na ten temat, w następnym wpisie!



This entry was posted in Ekwador and tagged , , , , , , , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to Ekwador, czyli jak dać się zaskoczyć.

  1. Nat says:

    Nas równie mocno zaskoczył Ekwador! Ale zakochaliśmy się :)

  2. tuanjim says:

    Ja chcę takie miękkie skarpetki!!! Dobra, kolejna zmiana planu, zahaczę o Ekwador :D

Odpowiedz na „tuanjimAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>