Tandemem przez Ekwador: w pułapce i pod gwiazdą Dawida.

Tandemem przez Quilotoa Loop.

Podróż rowerem przez Ekwador jest jak jazda rollercoasterem – wolno, mozolnie i z wielkim wysiłkiem wspinamy się pod górę, by zaraz potem z szaloną prędkością zjechać w dół. Dłonie zaciśnięte na kierownicach bieleją na zakrętach, czapki nie raz spadają z głów – lecz cała prędkość wytraca się momentalnie przy kolejnym podjeździe…

Andy, Ekwador.

Ekwador to kraj górzysty – przejazd przez Andy wymaga wiele sił i jeszcze więcej determinacji. Zadanie ułatwia Panamericana – asfaltowa autostrada z szerokim poboczem oraz ogromna liczba pickupów z kierowcami gotowymi zaoferować podwózkę.

Z Quito wyjeżdżamy wczesnym rankiem. Stolica Ekwadoru leży w głębokiej niecce, przed nami więc długa wspinaczka pod górę. Jedziemy wolno, kluczymy wąskimi uliczkami, które wiją się wieloma zakrętami, a my nieraz musimy pytać o drogę. Na szczęście zaraz za podjazdem droga jest już płaska. Jedziemy dalej, w kierunku Latacungi, a po drodze mijamy piękny wulkan Cotopaxi. Wysoki na 5897 metrów, co roku przyciąga tysiące wspinaczy z całego świata.

Wulkan Cotopaxi ukryty w chmurach.Wulkan Cotopaxi ukryty w chmurach.

Z Latacungi wyruszamy szlakiem zwanym Quilotoa Loop – opisywany jako najpiękniejsze miejsce w Ekwadorze, niestety powoli przemienia się w pułapkę turystyczną. Jak grzyby po deszczu wyrastają nowe hotele, restauracje, targi i sklepy z pamiątkami – jednak rozbudowie infrastruktury nie towarzyszy rozwój obsługi. Gotowe hotele świecą pustkami (nie ma nawet pracowników!), a restauracje serwują posiłki jedynie do 6 wieczorem. Niemal cała Quilotoa odcięta jest od Internetu, i pomimo że w tej okolicy jest przeraźliwie zimno, ciepła woda to rzadkość…

Laguna Quilotoa, Ekwador.Laguna Quilotoa

Tuż przy lagunie Quilotoa zatrzymujemy się w niewielkim lokalnym hospedaje, gdzie pani właścicielka udostępnia nam własną kuchnię. Wieczorem idę zagotować wodę na herbatę – otwiera mi córka właścicielki, która przy stoliku w kuchni odrabia lekcje. Dziewczynka siedzi w cienkim swetrze, spódnicy i z gołymi nogami w zimnym pomieszczeniu, wiatr wieje przez nieszczelne okna i dziury w szybach, zniszczone szmaty leżą tu i tam, kawałki mięsa walają się na brudnym stole i podłodze, a tuż obok bawi się dwuletni chłopiec. Matka – nasza gospodyni – siedzi w pokoju obok i najwyraźniej nie przeszkadza jej ani zimno, ani brud, ani brak higieny. Może po prostu nie wyobraża sobie, że może być inaczej? Może naprawdę nie wie, że okna można uszczelnić, stłuczone szyby wymienić, podłogę umyć, a mięso położyć na czystym talerzu (w kuchni nie ma lodówki). Dzieci również wydają się nie zwracać uwagi na brud i zimno – widocznie już od małego przyzwyczajają się do życia, jakie wiedzie ich matka…

To, że Laguna Quilotoa jest na najlepszej drodze, by stać się pułapką turystyczną, widzimy również w zachowaniu miejscowych. Dzieci biegają za nami wołając „regalo, regalo!” („prezent, prezent!) i oczekują cukierków lub czekolady, a starszy pan, którego pytamy o drogę, wskazuje butelkę coca-coli przytroczoną do ramy roweru i chce, abyśmy mu ją dali w prezencie. Patrzymy na pana osłupiali – przed nami ponad 50 kilometrów drogi przez góry, po drodze żadnego sklepu, butelka coli to prawie cały płyn, jaki mamy – a on chce nam ją odebrać? Ale pan nie patrzy na nas, jak na podróżników. Pan widzi w nas tylko gringo, od którego trzeba wyłudzić wszystko, co się tylko da.

Całe Quilotoa Loop – prawdopodobnie za sprawą opisów w przewodnikach turystycznych – pokrywają hostele i hotele. Już drugiego dnia chcemy wyrwać się z tej pułapki, jednak przed nami daleka droga, która wiedzie szutrami, piachem i żwirem. Ostro pod górę – ostro w dół – ostro pod górę – ostro w dół, a do tego zapada zmrok… Jedziemy ciemnymi dróżkami przez wioski indiańskie, raz po raz mija nas ktoś o nieprzyjaznym wyrazie twarzy, a my nie wiemy nawet, ile kilometrów pozostało do głównej drogi. Nagle w zupełnej ciemności i w środku lasu przystaje obok nas pickup… Serce niemal podchodzi mi do gardła – tu, na tym pustkowiu i w środku nocy, jesteśmy zupełnie bezbronni… (co prawda, Szymon miał maczetę „pod ręką”, czyli pod ramą roweru). Z pickupa wysiada pan ubrany w czerwony sweterek i spodnie od garnituru, uśmiecha się, po czym uprzejmie zaprasza nas do swojego samochodu (a tandem – na tył samochodu).
- Jest już późno i ciemno, a tu w okolicy grasuje sporo kieszonkowców i złodziei. Podwiozę was do Panamericany, tam będziecie bezpieczni – mówi Ekwadorczyk, a my z ulgą zgadzamy się na jego propozycję i tym sposobem bezpiecznie wracamy do Latacungi.

W dalszą część trasy wyruszamy następnego dnia, wczesnym rankiem – przed nami pełna kolejnych górek droga do Bańos. Po drodze mijamy miejscowość Ambato, gdzie sklepów z lodami jest więcej, niż Ekwadorczyków. Ambato z dumą produkuje lokalne przysmaki – lody w wielu smakach, a mieszkańcy okolicy codziennie wpadają na obowiązkową przekąskę. Skusiliśmy się i my.

Tuż za Ambato skręcamy w lewo, jedziemy, jedziemy, jedziemy… jedziemy… i stop – ostry podjazd jest dla nas jak zakaz wjazdu. Schodzimy z tandemu i zaczynamy pchać go pod górkę. Raz – i dwa, raz – i dwa… okazuje się, że wspólne pchanie tandemu z pełnymi sakwami jest o wiele trudniejsze, niż wspólna jazda. Szymon stuka spd-ami o asfalt, a ja ledwo dyszę – i tak idziemy, średnio 4 kilometry na godzinę, a rozpędzone auta mijają nas wyrzucając kłęby czarnych spalin.
Tuż za podjazdem droga spada w dół dziesiątkami serpentyn. Do Bańos de Agua Santa docieramy już po zmroku, w strugach deszczu – to znak, że opuszczamy Andy i jesteśmy coraz bliżej wilgotnej Amazonii. Zatrzymujemy się przed hostelem i oczom nie wierzymy. Przez okna widzimy zgromadzenie ortodoksyjnych Żydów, którzy siedzą przy długim stole i z poważnymi minami o czymś rozprawiają. To chyba pomyłka – myślimy, ale adres i nazwa hostelu się zgadzają. Pukamy, i od razu zostajemy zaproszeni do środka.

- Mamy duży rower… – mówię, a właściciel otwiera podwójne drzwi i przestawia ortodoksyjnych wraz z krzesłami i stołami, chcąc utorować dla nas drogę. Przeciskamy się wśród pejsów i gwiazd Davida, wstawiamy rower do ogródka, meldujemy się w recepcji, rozglądamy się dookoła i uświadamiamy sobie, że jutro jest sobota…

- To jest hostel żydowski… Czy to znaczy, że jutro nie będzie śniadania ani żadnej obsługi? – pytamy.
- Nie – odpowiada pani w recepcji, która jest żoną koszernego właściciela. – Jutro wszystko działa normalnie.

Przed spaniem sprawdzamy prześcieradła – żadnych dziur… Hostel na pierwszy rzut oka jest bardzo koszerny, ale jest również przyjazny dla podróżników innych wyznań.

Chłodna miejscowość Bańos słynie z gorących źródeł – tu wygrzewają się licznie przybyli turyści i amerykańscy emeryci.

Gorące źdódła w Bańos.

Po godzinach spędzonych w wodzie o temperaturze dochodzącej do 40°C, gringos udają się do restauracji, kawiarenek i hoteli, których w Bańos nie brakuje. Miejscowość należy do najbardziej turystycznych w całym kraju – wydaje się, iż niemal każdy mieszkaniec okolicy żyje z turystyki. Hotele, knajpki, masaże, SPA, wycieczki, rafting, wyprawy do dżungli, wypożyczanie rowerów, wspinaczka i chodzenie po wulkanach… Turystów nie zrażają tłumy, ani wysokie jak na Ekwador ceny – przybywają licznie przemieniając Bańos w turystyczną mekkę kraju.

W Bańos odpoczywamy po trudach podróży, z ulgą odstawiamy rower i choć na chwilę zapominamy o górach i dolinach, po których wiodą ekwadorskie drogi. Zbieramy siłę na dalszą część podróży – jesteśmy dopiero w połowie Ekwadoru, przed nami kolejne, wysokie podjazdy, gwałtowne spadki w dół oraz wiele przygód, których nawet się nie spodziewamy…



This entry was posted in Ekwador and tagged , , , , , , , , . Bookmark the permalink.

9 Responses to Tandemem przez Ekwador: w pułapce i pod gwiazdą Dawida.

  1. tuanjim says:

    Widzę, że następnym przystankiem Madryd – czyżbyście już wracali?

    • agagnesa says:

      Tak, w każdej podróży przychodzi moment, gdy wiesz, że już pora wracać. Jest to chwila, kiedy przestajesz się zachwycać kolejnymi miejscami; kiedy zamiast łapać za aparat i podziwiać to, co masz przed oczami – myślisz raczej o tym, aby się wyspać i odpocząć; kiedy zamiast planować kolejne przystanki, myślisz o swoim domu i tęsknisz za przyjaciółmi. Po prostu: pora wracać – inaczej z podróżnika przemienisz się w zabłąkanego rozbitka.

      • tuanjim says:

        Słyszałem, że takie „wypalenie” dopada każdego prędzej czy później, wtedy trzeba sobie zrobić… wakacje od podróżowania :) Zapewne jeszcze kilka wpisów się pojawi, a mi już tylko dwa miesiące zostały :) Pozdrawiam!

  2. tuanjim says:

    Czekam z niecierpliwością :)

  3. maciek says:

    Eeee …. Jakoś mi się widzi, że przyjdzie mi ominąć tą „atrakcję”. Zniechęciliście mnie.

    • agagnesa says:

      My żałujemy, że nikt nas nie ostrzegł przed tym miejscem…

    • Szymon says:

      Z własnym transportem Quilotoa loop może być bardzo ciekawa, telepanie się autobusem naraża na wszelkie niedogodności pułapki turystycznej. Rowerem – bardzo trudno, przewyższenia są szalone.

  4. maciek says:

    No to czekam niecierpliwie na dalszy opis Ekwadoru. Może wybiorę coś w zamian.

Odpowiedz na „maciekAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>