Tandemem przez krainę zmniejszaczy głów.

Andy w Ekwadorze.

Na południu Ekwadoru czeka sławny na cały świat wulkan Chimborazo, wyjątkowe miasto Cuenca oraz miejscowości zamieszkałe przez rdzennych Indian. Co ważne – podczas podróży w te fascynujące rejony włos nam dziś z głowy nie spadnie – a dawniej spadały nie tylko włosy, lecz również same głowy. Z rąk wojowniczego plemienia Jivaro ginęli Indianie innych plemion, jak również przypadkowi podróżnicy i konkwistadorzy. Dowodem zwycięstwa były głowy ofiar, które dziś pozostają już tylko niemymi świadkami owych krwawych wydarzeń. Każdego, kto chce zobaczyć te makabryczne eksponaty, czeka wyprawa do miasta Cuenca.

Do Cuenca jedziemy przez miejscowość Riobamba, a po drodze czeka przełęcz Chimborazo… Dla naszego tandemu to prawdziwe wyzwanie. Długo i z mozołem wspinamy się na wysokość blisko 4000 m n.p.m., by zaraz potem nabrać zupełnie niespodziewanego przyspieszenia. Pędzimy, toczymy się w dół coraz szybciej i nagle, bez żadnego ostrzeżenia bijemy nasz rekord prędkości na tandemie: licznik pokazuje przez chwilę 80 km/h. Wiatr świszczy nam w uszach, krajobraz przesuwa się w mgnieniu oka, a wulkan Chimborazo szybko ucieka w tył.

Chimborazo to wulkan bardzo szczególny, niektórzy wynoszą go nawet ponad Mount Everest. Wysokość Chimborazo to zaledwie 6268 m n.p.m. – skąd więc porównania do liczącej sobie 8848 m n.p.m. najwyższej góry świata? Dlaczego niektórzy uważają, że to właśnie Chimborazo – a nie Mount Everest – jest najwyższy?
Chimborazo znajduje się tuż przy równiku i to właśnie jego szczyt jest punktem leżącym najdalej od środka ziemi – czyli licząc od środka kuli ziemskiej, to Chimborazo (a nie Mount Everest) jest najwyższą górą świata.
Chimborazo, znacznie tańsze i bardziej dostępne od Mount Everestu, jest więc wymarzonym wyzwaniem dla każdego, kto chce zdobyć najwyższą górę świata. Zainteresowanie wejściem na wulkan stało się aż tak wielkie, że obecnie na szczyt wprowadzane są całe wycieczki – ich uczestnicy idą pod górę „w ogonku”, a do wejścia na szczyt ustawiają się w kolejce.

Na wulkan można wejść tylko w asyście przewodnika, który najczęściej w cenie wyprawy oferuje również transport, jedzenie, wodę i sprzęt, ale o wcześniejszą aklimatyzację należy zadbać samemu. Standardowa wyprawa wygląda tak:
- wjazd jeepem na wysokość 4800 m n.p.m.
- wejście do schroniska na wysokość 5000 m n.p.m.
- odpoczynek i posiłek
- początek trekkingu na szczyt: o północy
- wejście na szczyt: ok 7 rano
- zejście do 4800 m n.p.m.
- zjazd jeepem do najbliższej miejscowości (Riobamba).

Masowość i seryjna produkcja zdobywców szczytu nie zachęciły nas do wejścia na Chimborazo – wulkan podziwialiśmy jedynie z daleka.

Pobliska miejscowość Riobamba ma niewiele do zaoferowania – tędy biegnie kolej „Nariz del Diablo” (Nos Diabła), która jest dość rozczarowującą atrakcją turystyczną, stąd wyruszają wyprawy na Chimborazo, tu również znajduje się największe chyba zagęszczenie chińskich restauracji w Ekwadorze.

Z Riobamby udajemy się do miasta Cuenca.

Cuenca, Ekwador.
Cuenca, Ekwador.

W tej pięknej i bardzo turystycznej miejscowości znajduje się dość duża społeczność amerykańskich emerytów – i dowiadujemy się o tym już na samym początku naszej wizyty. Jadąc tandemem przez wąską uliczkę mijamy przechodnia, który bardzo wyróżnia się w tłumie: wysoki blondyn z włosami przyprószonymi siwizną i z beztroskim uśmiechem.

- Amerykanin – myśli Szymon.
- Polak – myślę ja.

Wysoki pan patrzy na nas, dostrzega rower, a w jego oczach pojawia się fascynacja. Przystajemy na światłach, a pan podbiega do nas i pyta czystym angielskim:
- Skąd jesteście? Od dawna na rowerze?
- Jesteśmy z Polski, na tandemie od miesiąca – odpowiadam i ruszamy, ponieważ mamy zielone, lecz po chwili przystajemy na kolejnych światłach, a pan dogania nas bez problemu.
- Gdzie nocujecie? – pyta pan.
- Właśnie szukamy hostelu… – odpowiadam.
- To nie szukajcie – uśmiecha się pan. – Mam tu piękne, duże mieszkanie i zapraszam was do siebie!

Joe, który tym sposobem z przechodnia stał się naszym gospodarzem, już od dawna jest związany z Ekwadorem. Przed laty ten Amerykanin polskiego pochodzenia mieszkał i pracował niedaleko San Francisco, a dokładniej w Palo Alto. Okolica ta – znana niektórym pod nazwą „Krzemowa Dolina” – na masową skalę produkowała nie tylko innowacje i nowości komputerowe, lecz również… rozpieszczone nastolatki. Joe z niepokojem obserwował swoje dorastające dzieci i ich rówieśników – liczyły się dla nich jedynie najnowsze gadżety elektroniczne, drogie ubrania i samochody. Joe, wychowany w zupełnie innych warunkach, nie potrafił porozumieć się ze swoimi dziećmi – i wtedy postanowił pokazać im życie, jakiego nie znały. Życie bez komputerów w każdej szkole i bez dyskotek w modnych klubach; życie bez markowych ubrań i bez mnóstwa gadżetów – i przeniósł się wraz z całą rodziną do Ekwadoru.

Joe kupił duże i piękne mieszkanie w miejscowości Cuenca, a dzieci niechętnie poszły tam do szkoły. Dzień po dniu odkrywał przed amerykańskimi nastolatkami nowe wyzwania: nikt nie mówi po angielsku – trzeba więc poznać hiszpański; nikt nie słyszał o gadżetach – mogą więc zostać w domu; w szkole przecieka dach – trzeba pomóc w jego naprawie; rodzina kolegi ma problemy – trzeba pomóc… I tak, dzień po dniu, beztroskie nastolatki zaczęły poznawać wartość prostych relacji z innymi ludźmi, wartość pomocy, lecz również wartość pieniądza. Nagle brak najnowszego modelu gadżetu przestał być problemem – nagle świat okazał się być zupełnie inny…

Joe wraz z rodziną po kilku latach życia w Cuenca wrócił do Palo Alto – lecz ich życie po powrocie było już zupełnie inne. Dzieci (starsze o kilka lat) zamiast wrócić do zabawy w rozpieszczone nastolatki – zaangażowały się w wolontariat i prace społeczne. Mieszkanie w Cuenca wciąż jest dla nich odskocznią od amerykańskiej rzeczywistości i z radością przyjeżdżają tu kilka razy w roku.

Cuenca w Ekwadorze.Cuenca, widok na katedrę.

Cuenca jest połączeniem kolonialnej przeszłości, rdzennej historii, ekstrawaganckiej nowoczesności i naturalnego piękna. To najciekawsze w Ekwadorze miasto ma wiele twarzy: tuż obok katedry powstałej w czasach kolonialnych znajduje się europejska w charakterze kawiarnia; galerie mieszczące się w historycznych budynkach niemal sąsiadują z amerykańskim klubem jazzowym, a obok muzeów latają kolorowe papugi i tukany.

Tukan w Cuenca. Ekwador.

Muzeum, Cuenca, Ekwador.

Muzeum Ministerio de Cultura del Ecuador kryje niejedną mroczną historię, jednak niewątpliwym unikatem jest wspomniana wcześniej wystawa zmniejszonych ludzkich głów („tsantsa”). Tak – głowy są prawdziwe, tak – są bardzo małe, tak – są pozostałością po rytuałach Indian Jivaro, którzy zyskali sobie sławę niepokonanych i okrutnych wojowników.
Zanim nastały czasy kolonialne, Indianie Jivaro prowadzili liczne wojny z sąsiednimi plemionami – a po zwycięstwie powracali do swych osad przynosząc trofea. Najcenniejszym trofeum były głowy zabitych przeciwników – jako dowód wygranej ustawiano je w centralnej części osady. Jednak przesądni Jivaro wierzyli, że dusza zabitego przeciwnika może mścić się na swoich oprawcach – zmniejszanie głów ofiar miało uniemożliwić duszy wydostanie się z ciała, i tym samym ewentualną zemstę. Samo zmniejszanie głów było skomplikowanym procesem wymagającym usuwania kości, gotowania i parzenia głów w ziołach oraz innych tajemniczych rytuałów, które prawdopodobnie znają jedynie wtajemniczeni…
Członków plemienia Jivaro do dziś można spotkać na ziemiach Ekwadoru – żyją w izolacji, ich wioski znajdują się na pustkowiach, a starszyzna wciąż podtrzymuje wiekowe tradycje i obrzędy, do tych ostatnich nie wlicza się już jednak zmniejszanie głów, które zostało zakazane przez prawo.

Mrożąca krew w żyłach wystawa zmniejszonych głów na długo jeszcze pozostaje w naszej pamięci, natomiast zdjęciami owych osobliwych eksponatów nie możemy się podzielić (używanie aparatów fotograficznych w muzeum jest zakazane – niestety… a może na szczęście?).

Po kilku dniach ponownie pakujemy nasze sakwy, wsiadamy na rower, a Joe robi nam zdjęcia na pożegnanie.

Tandem w Cuenca, Ekwador.

Już czas ruszać w dalszą drogę – do zamieszkałej przez rdzennych Indian miejscowości Somoto, do miasteczka Loja i dalej na południe, w kierunku odległej, andyjskiej granicy z Peru.



This entry was posted in Ekwador and tagged , , , , , , , , . Bookmark the permalink.

8 Responses to Tandemem przez krainę zmniejszaczy głów.

  1. tuanjim says:

    Dobrze być znowu w domciu? :)

  2. tuanjim says:

    Kurde, przeczytałem Wasze wpisy o Stanach i teraz się zastanawiam czy zamiast na południe nie odbić z Meksyku na północ… Potrzebowałbym ze trzy miesiące na to, a wynajęcie samochodu pewnie trochę kosztuje…

  3. tuanjim says:

    No i Stany chyba jednak beda. Samochod jest drogi, jezeli nie oddaje sie w tym samym miejscu, wiec bede wypozyczal na krotkie okresy. Moge przybywac w Stanach przez 90 dni bez wizy, wiec bede musial sie streszczac. Dzieki za inspiracje!!!

Odpowiedz na „SzymonAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>