Ekwador – pomiędzy granicami.

tandemem w Parku Podocarpus, Ekwador.

W podróży, w ruchu, w drodze – dni jak widoki za oknem pociągu szybko uciekają w tył, a my, niemal codziennie przemieszczając się z miejsca w miejsce, do perfekcji opanowaliśmy już sztukę adaptacji.

Nowe miasto: nowy nocleg, nowy targ z jedzeniem, nowe atrakcje i miejsca do zobaczenia, nowi ludzie. Wedle tej idei orientujemy się w przestrzeni i planujemy czas, którego zawsze jest zbyt mało – a podróżujemy przecież tylko po kontynentach amerykańskich i na jeden kraj poświęcamy około miesiąca. Jak czują się Ci, którzy objeżdżają cały świat? I ile im to zajmuje lat?

Do wszystkiego co nowe, przyzwyczajamy się bez problemu, ale przywyknięcie do tego, co stałe jest dla nas o wiele trudniejsze. Mi najbardziej we znaki daje się codziennie rozpakowywanie i ponowne pakowanie sakw rowerowych. Nieśmiało tęsknię za podróżą samochodem, gdzie można pozwolić sobie na lekki nieład i swobodne wrzucanie rzeczy do bagażnika – tymczasem sakwy codziennie muszą być dobrze wyważone i równo spakowane.

Andy, Ekwador.

Ekwador ze swoimi górami i dolinami, Indianami przyodzianymi w poncha i kapelusze, świnkami morskimi z rożna i amerykańskimi emerytami jest już dla nas oswojony i poznany. Po raz kolejny przekonujemy się o tym, że możemy liczyć na pomoc Ekwadorczyków – przy jednym z długich podjazdów zatrzymuje się obok nas pickup, a jego kierowca nie tylko przewozi nas przez kilka morderczych gór i dolin, ale będąc pod wrażeniem naszej historii zaprasza nas na obiad.

Czujemy się w Ekwadorze niemal jak u siebie – nawet odwiedzając rdzenną miejscowość Somoto, gdzie mieszkające plemię Indian wyraźnie odróżnia się ubiorem.

Indianka w Somoto, Ekwador.Indianka mieszkająca w Somoto.

Indianin w Somoto, Ekwador.Indianin mieszkający w Somoto.

W miejscowości Loja już pierwszego wieczoru poznajemy ryneczek znajdujący się niedaleko naszego hotelu (za $5 od osoby), w knajpce obok jemy kolację ($1,75) i wybieramy się na przejażdżkę po niczym nie zaskakujących górach i dolinach.

Leżący nieopodal Loja Parque Nacional Podocarpus jest – podobnie jak większa część parków w Ekwadorze – bezpłatny. Droga do parku wiedzie pod górę, a ekwadorska roślinność pnie się bujnie po stokach.

Widok z Parque Nacional Podocarpus, Ekwador.

Parque Nacional Podocarpus dzieli się na dwie części – jedna z nich leży w górach, a druga – w ekwadorskiej części Amazonii. My odwiedzamy jedynie górską część i niemal przy wejściu wita nas sympatyczny lis – oswojony z ludźmi podchodzi dość blisko i nieśmiało liczy na poczęstunek.

Lis w Parque Nacional Podocarpus, Ekwador.

Z Loja wyruszamy do naszej ostatniej miejscowości w Ekwadorze – Vilcabamba. Sadowimy się wygodnie na siodełkach, zakładamy okulary przeciwsłoneczne i czujemy się niemal jak na niedzielnej wycieczce – droga do Vilcabamba spada w dół, kolejne kilometry mijają bez żadnego pedałowania i do naszego celu docieramy jeszcze przed zmrokiem.

Droga z Loja do Vilcabamba.
Droga biegnąca z Loja do Vilcabamba.

Nasz ostatni przystanek w Ekwadorze jest dla nas jednak pewnym zaskoczeniem. Poza Indianami i emerytami z Zachodu widzimy tu… spore grupy hipisów w bardzo różnym wieku. Siedzą zrelaksowani na skwerku prężąc w słońcu swoje dredy, spacerują w przyluźnych spodniach i w kolorowych koszulkach, plotą bransoletki z muliny, uprawiają jogę na trawnikach…

Vilcabamba to wymarzone miejsce dla tych, którzy tworzą kontrkulturę dzisiejszego świata. Daleko od wszystkiego, wystarczająco mała, by zachować spokój, wystarczająco duża, by dostarczyć atrakcji (kawiarenki, restauracje), pięknie położona, z umiarkowanym przepływem turystów… Vilcabamba jest zdecydowanie inna, niż pozostałe miasteczka w Ekwadorze – podobnie, jak na nowojorskim Bedford i w gwatemalskim San Marcos la Laguna – amatorzy alternatywnego trybu życia wprowadzają tu swoją energię, luz, beztroskę i ale i pewną specyfikę.

W Vilcabambie (która w pełni zasługuje na swoją nazwę) wsiadamy w autobus i jedziemy w kierunku peruwiańskiej granicy. Mamy wrażenie, że dopiero przed chwilą przekraczaliśmy granicę z Kolumbii – a tu już pora na kolejny kraj. Autobus podskakuje po wyboistej drodze, która zdecydowanie nie jest stworzona dla rowerów – ale okazuje się, że to jeszcze nic. Do samej granicy z Peru już nie jeżdżą autobusy – wyruszamy tam chivą, czyli ciężarówką przerobioną na autobus.

Tandem w Chibie, Ekwador.

Chiva, Ekwador.
Ekwadorska Chiva.

W Chivie czekają nas podskoki jak na trampolinie – po dwóch godzinach drogi, wytrzęsieni jak nigdy dotąd, stajemy na ekwadorsko-peruwiańskiej granicy. Przed nami nowy, nieznany kraj, nieznane miejsca, nieznani ludzie i nieznane zwyczaje. W podróży tak to już bywa, że to co nieznane, szybko staje się znane – a to, co znane, szybko odchodzi w dal.



This entry was posted in Ekwador and tagged , , , , , , , , , . Bookmark the permalink.

One Response to Ekwador – pomiędzy granicami.

  1. tuanjim says:

    Chyba rzeczywiście zaczęło już z Was wychodzić zmęczenie podróżą, i chyba nawet postój na 2-3 dni by tego nie zmienił. Hmm, no nic, jak wyszukam jakieś fajne miejscówy, to będę sobie robił postoje, żeby naładować akumulatory. Słodkie lenistwo w Polsce czy ruszyliście do pracy?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>