Południe Kolumbii – zbrodnie i cuda. Wczoraj i dziś.

Południe Kolumbii.

Jedziemy na południe, mijamy górskie pustkowia, domy, kościoły, wioski i miasteczka. Uciekając przed deszczem
chronimy się pod czyimś dachem, wesoła kolumbijska rodzina robi sobie z nami zdjęcia, po czym częstuje nas kawą i pączkami. Przed nami coraz mniej Kolumbii i coraz bliżej do Ekwadoru…

– Nie jedźcie do Popayan – radzi nam Windy, couchsurfingowy gospodarz w Neiva. – Tam jest ciągle sporo guerilli.
– Guerilli? – pytam. – A co oni mogliby nam zrobić?
– Nie wiem… – odpowiada Windy. – Może okraść? Może porwać? Lepiej tego nie wiedzieć…

Popayan nie było na naszej liście – na szczęście nie dowiedzieliśmy się, co guerilla mogłaby nam zrobić. Dowiedzieliśmy się jednak, co guerilla robiła przed laty…

Jadąc z Pitalito do Mocoa, widzimy przydrożne krzyże: jeden, drugi, trzeci… ofiary wypadków samochodowych – myślimy i jedziemy dalej. Czwarty, piąty, szósty… wypadków samochodowych musi być tu naprawdę dużo, chociaż droga nie wygląda na szczególnie niebezpieczną. Siódmy, ósmy, dziewiąty… to niemożliwe, aby wypadków było aż tyle! Krzyży jest coraz więcej i więcej, gubimy się w liczeniu, miejscami jest ich tak dużo, że ogradzają trasę niczym przydrożne barierki.

W pędzie odczytujemy nazwiska i daty śmierci, które wskazują na lata 80. i 90. – to czasy guerilli i oddziałów paramilitarnych, to krwawy okres w historii Kolumbii, kiedy w ciągu roku ginęło nawet kilka tysięcy osób. Zaczynamy wątpić w to, że przydrożne krzyże są poświęcone ofiarom wypadków samochodowych…

Aktywna od lat 60. guerilla, początkowo walcząc o prawa dla najuboższych, działała w ukryciu i ze zmiennym powodzeniem usiłowała rekrutować nowych członków z okolicznych wiosek. W latach 80. partyzanci nawiązali współpracę z gangami narkotykowymi, a poziom bezpieczeństwa w kraju gwałtownie spadł. Przestraszeni Kolumbijczycy przemykali z domów do pracy i niczym więźniowie zamknięci we własnych wioskach i miasteczkach, bali się podróżować po swoim kraju. Niemal codzienne zaginięcia i niewyjaśnione śmierci sprawiły, że bogatsi obywatele powołali do życia oddziały paramilitarne, rekrutowane z byłych żołnierzy i policjantów. Oddziały te miały w założeniu zapewnić ochronę swoim płatnikom, jednak z czasem okazały się równie niebezpieczne, jak guerilla… Podczas gdy kryminalna guerilla usiłowała niemal siłą rekrutować nowych członków z mieszkańców wiosek, oddziały paramilitarne karały śmiercią każdego podejrzanego o kontakty z guerillą. W rezultacie niewinny kolumbijski obywatel stał między guerillą a oddziałami paramilitarnymi jak między młotem a kowadłem, a każdy jego ruch zbliżał go do nieuchronnej katastrofy.

Historię walki guerilli i oddziałów paramilitarnych opowiada kolumbijski film pt. „Los colores de montaña” (Kolory góry), a jest to historia ciekawa i poruszająca. Poniżej – link do zwiastuna, ale film polecam obejrzeć w całości (dostępny w Internecie).

http://www.filmmovement.com/theatrical/index.asp?MerchandiseID=252

W ciągu całego naszego pobytu w Kolumbii guerille widzieliśmy tylko w filmie, narkotyki jedynie w postaci całkiem legalnych roślinek marihuany, a złodziei nie zobaczyliśmy w ogóle. W ciągu miesięcznej podróży przez cały kraj, ani razu nie poczuliśmy żadnego niebezpieczeństwa – nawet okolice granicy z Ekwadorem okazały się zupełnie bezpieczne.

Naszym ostatnim przystankiem przed ekwadorską granicą była miejscowość Ipiales – miejsce cudu, które stało się miejscem kultu.

Modląca się Kolumbijka, Ipiales.

Kolumbijczycy z najodleglejszych miejscowości przybywają tu tłumnie, by złożyć swoje prośby i modlitwy u stóp skalnej ściany, przy której w 1754 roku ukazała się Matka Boska, by przywrócić słuch i mowę głuchoniemej dziewczynce.

Klasztor w Ipiales, Kolumbia.

Po latach w miejscu cudu zbudowano klasztor, który stał się miejscem pielgrzymek. Do klasztoru przybywają całe rodziny, a szczęśliwcy, których prośby się spełniły – umieszczają dziękczynne tabliczki na skałach w okolicy.

Klasztor w Ipiales i tablice dziękczynne, Kolumbia.

Tuż przy klasztorze natykamy się na coś, co kłóci się z pojęciem cudu, dobra i harmonii – mianowicie na… świnki morskie z rożna.

Świnki morskie z rożna, Kolmbia przy granicy z Ekwadorem.

To makabryczne dla nas znalezisko jest po prostu pierwszym zwiastunem Ekwadoru – kraju, w którym świnki morskie są potrawą narodową i nie lada przysmakiem. Kraju, w którym nasze żołądki po raz pierwszy odmówią współpracy. Kraju, który opiszemy już w najbliższym poście.

Z tandemem wśród Kolumbijczyków.

Pustynia Tatacoa na tandemie, Kolumbia

Z perspektywy siodełka świat wygląda inaczej. Jesteśmy bliżej przyrody, bliżej lokalnego kolorytu i bliżej ludzi. Kolumbijczycy witają nas z okrzykami zachwytu i uśmiechem na ustach, częstują owocami, a nawet zapraszają do swoich domów.

Z perspektywy siodełka trasa wygląda inaczej. Miasta oddalają się od siebie, a odległości wydłużają: 130 kilometrów to już nie 2 godziny drogi, tylko cały dzień. Albo 2 dni, bo kilometr kilometrowi nierówny. 10 kilometrów z górki to zaledwie 15 minut; 10 kilometrów pod górę, to aż 1,5 godziny… Ukształtowanie terenu spędza nam sen z powiek, z radością witamy długie zjazdy, a czasem na widok kolejnej górki kolana odmawiają posłuszeństwa.

Wczesnym rankiem wyruszamy na południe – po kilku dniach odpoczynku w Ibague i w Zona Cafetera jesteśmy pełni sił. Zamiast planowanych 100 kilometrów, przejeżdżamy aż 156, a na nocleg zatrzymujemy się w przydrożnym zajeździe. Tym razem tandem nocuje razem z nami… w pokoju.

Noc z tandemem w zajeździe, Kolumbia.

Następnego dnia wyruszamy do Desierto de la Tatacoa, wiejska droga wiedzie przez pola i urywa się u stóp Rio Magdalena.

Przeprawa promem na Rio Magdalena, Kolumbia.

Po przeprawie promem jedziemy dalej, coraz wolniej, i wolniej, aż w końcu stajemy. Piaszczysta droga jest pełna wybojów, tandem odmawia posłuszeństwa – zamiast jechać, pchamy nasz rower, a mocne słońce praży nam skórę. Po kilku godzinach docieramy do Villa Vieja, niewielkiej miejscowości położonej tuż obok pustyni. Z Villa Vieja na pustynię wiedzie nowa, asfaltowa droga – uszczęśliwieni wsiadamy na rower i nie straszne są nam nawet podjazdy pod górkę!

Desierto de la Tatacoa, Kolumbia.

Desierto de la Tatacoa to pustynia zupełnie niezwykła, bo otoczona przez… oazę! Inne pustynie zamykają oazy w swoich granicach – a Tatacoa w całości wydaje się być zamknięta w granicach oazy.

Desierto de la Tatacoa w Kolumbii.

Zieleń otacza suche płaty ziemi i pofalowane piaskowe wzgórza, gdzieniegdzie rosną kaktusy, drzewa i krzewy. Pustynia jest osobliwym połączeniem pustkowia z łąką, suchości z wilgocią, śmierci z życiem.

Pustynia Tatacoa, Kolumbia.

Tatacoa to aż 330 km² pustkowia – bez miast, wiosek i ulic, bez oświetlenia i bez cywilizacji. Po zachodzie słońca na pustyni zapada całkowita ciemność i nic dziwnego, że to właśnie tu znajduje się obserwatorium astronomiczne, a amatorzy astronomii przybywają licznie, by podziwiać jaśniejące na niebie gwiazdy.

Desierto de la Tatacoa, obserwatorium astronomiczne.

Nadciąga zmierzch, a my ruszamy do miejscowości Neiva, gdzie docieramy około godziny 22. W Neiva nocujemy u poznanego za pośrednictwem couchsurgingu pana o imieniu Windy. Po krótkim powitaniu gospodarz – mimo naszych prób sprzeciwu – odstępuje nam swój pokój, a sam kładzie się spać na kanapie. Po raz kolejny przekonujemy się, czym dla Kolumbijczyka jest gościnność…

Neiva to dla nas przystanek na odpoczynek, to również przejażdżka rowerowa z Windym i akceptacja pewnego stanu rzeczy: nie wszędzie uda nam się dojechać na rowerze. Niektóre drogi, swoim dystansem, niemal pionowym nachyleniem i brakiem jakiejkolwiek miejscowości czy nawet sklepu, zmusiłyby nas do wielokrotnego nocowania w rowie (nie wspominając o konieczności wiezienia w sakwach dużej ilości jedzenia i wody). Inne trasy, wiodąc nierównym szutrem, wymagałyby całodniowego pchania roweru wydłużając naszą podróż o całe miesiące… Nie chcąc godzinami grzęznąć w piachu, ani tracić wartych zobaczenia miejsc, decydujemy się na pewien kompromis: tam, gdzie się nie da – wsiadamy w autobus…

Z Neiva do Pitalito jedziemy autobusem, a tandem, mimo naszych wątpliwości, spokojnie mieści się w bagażniku. Do Pitalito docieramy już po zmroku i od razu udajemy się do Carlosa, znajomego Windiego, u którego mamy zostawić część bagaży przed podróżą do San Agustin. Wchodzimy, witamy się i rozpoczynamy przepakunek, a Carlos oraz jego dzieci wypytują nas o naszą podróż i podziwiają tandem. Po chwili Carlos wraca do pracy, jest w trakcie spotkania biznesowego – wraz ze swoim klientem siedzi więc za komputerem, a córka Carlosa nieśmiało odzywa się do mnie po angielsku. Odpowiadam jej, a ona ucieka zmieszana, by po chwili powrócić ze swoim zeszytem do języka angielskiego. Dziewczynka, na oko 12.letnia, pokazuje mi zeszyt, na który w całości składają się naklejki z obrazkami różnych przedmiotów (owoców, mebli itp.) z podpisami po angielsku.

– What is it? – pytam wskazując obrazek jabłka.
Dziewczynka patrzy na mnie speszona i spuszcza wzrok, a ja pokazuję jej podpis pod obrazkiem. Dziewczynka czyta po swojemu przekręcając słowo, a ja już wiem, że ona nie ma pojęcia o wymowie angielskiej.

– Apple – mówię z uśmiechem, by przełamać jej zmieszanie. Dziewczynka ołówkiem dopisuje fonetyczny zapis wymowy, po czym wskazuje na obrazek stołu i patrzy na mnie wyczekująco.

– Table – czytam, a dziewczynka szybko zapisuje wymowę, po czym wskazuje na kolejny obrazek. Nie mogę uwierzyć w tę sytuację – wygląda na to, że na lekcjach języka angielskiego dzieci wyklejają zeszyty obrazkami i podpisują je słowami, o których wymowie nie mają pojęcia. Dziewczynka bardzo chce się uczyć – po kolei wskazuje na wszystkie obrazki i skrupulatnie robi notatki, a na koniec daje mi muszlę.

– Prezent – mówi po hiszpańsku z uśmiechem.

Pakowanie skończone, lekcja skończona, praca Carlosa skończona. Carlos pyta nas, czy naprawdę chcemy jeszcze dziś w nocy jechać do San Agustin.

– Tak, to przecież tylko 30 km – odpowiadamy.
– Ale jest już ciemno – mówi klient Carlosa, Edilson – W nocy na tej trasie może być niebezpiecznie, ktoś może próbować was okraść. Mój dom stoi po drodze do San Agustin. Przenocujcie dziś u mnie, a do San Agustin pojedziecie jutro rano.

Jesteśmy nieco zaskoczeni tą niespodziewaną propozycją, ale panu dobrze z oczu patrzy i rzeczywiście jest już późno. Żegnamy się z rodziną Carlosa, wsiadamy na tandem, dziewczynka macha do nas na pożegnanie, a my już po chwili pędzimy za motorem naszego nowego gospodarza.

Po kilkunastu minutach docieramy do domu Edilsona. Nie jest to właściwie dom, tylko finca – w Ameryce Łacińskiej finca jest oznaką statusu i szczytem marzeń każdego człowieka. Słowo„finca” oznacza „posiadłość”, dom z ziemią uprawną, z polem, ogrodem lub sadem, jednak w ciemnościach widzimy tylko dom. Wchodzimy do środka, a Edilson wstawia motor i tandem do dużego pokoju. Po chwili z jednego z pokoi wychodzą rodzice Edilsona, witają się z nami i od razu proponują nam aquapanelę (wodę z cukrem). Siadamy i zaczynamy opowiadać naszą historię, a z kolejnych pokoi jeden po drugim wychodzą kolejni członkowie rodziny: żony, bracia, siostry, mężowie, kuzyni, synowie i córki, wszyscy są już w piżamach lub koszulach nocnych, wszyscy witają nas z ciekawością i zupełnie nie wiadomo, kto jest czyją żoną, czyim mężem, synem, bratem czy siostrą. Malutkie dzieci patrzą na nasz szeroko otwartymi oczami, młodzi chłopcy z fascynacją oglądają tandem, mama Edilsona dolewa nam aquapaneli, a my opowiadamy o różnicach pomiędzy Polską a Kolumbią. Na pierwszy ogień idzie jedzenie.

– W Polsce nie ma mleka bezlaktozowego – mówimy, a cała rodzina wybucha śmiechem.
– Naprawdę? – wszyscy pytają chórem.
– Ale mamy wiele różnych rodzajów miodu – dodajemy. – Lipowy, spadziowy, gryczany…
– U nas jest tylko jeden rodzaj miodu – mówi Edilson – Przez cały rok ten sam. Ale mamy wiele różnych tańców folklorystycznych!

Na hasło „taniec”, jeden z członków rodziny podrywa się na równe nogi i wybiega do innego pokoju, by zaraz powrócić w stroju ludowym, rodzina szybko odsuwa meble i już po chwili obserwujemy niezwykłe widowisko taneczne. Pan wraz z żoną (nie wiemy jednak, czyją) specjalnie dla nas tańczy kolumbijski taniec folklorystyczny, a jest to taniec pełen figur, podskoków, obrotów, przyklęknięć i przytupów. Zachwyceni bijemy brawo, tancerze schodzą ze „sceny” i już po chwili cała rodzina domaga się od nas zatańczenia polskiego tańca. Wychodzimy na zaimprowizowaną scenę i cichutko nucąc zaczynamy tańczyć Poloneza, a rodzina śledzi nasze ruchy z otwartymi ustami. Tańczymy we dwoje, odtwarzamy kilka figur, otrzymujemy brawa, po czym ze śmiechem tłumaczymy, że jest to taniec tańczony przez wiele par jednocześnie, więc we dwoje nie jesteśmy w stanie godnie go zaprezentować – ale rodzina i tak wydaje się usatysfakcjonowana polskim pokazem tanecznym. Wskazówka zegara zbliża się do północy, udajemy się więc na spoczynek – tym razem nie wiemy nawet, w czyim łóżku śpimy. Zarówno dom, jak i rodzina są zbyt wielkie, by ogarnąć wszystkie prawa i zależności jakie tu panują.

Wstaję o 7 rano i w drodze do łazienki orientuję się, że dom ten posiada aż 3 kuchnie. W zasadzie „kuchnie” to zbyt wiele powiedziane – prawdziwa kuchnia jest jedna i należy w całości do mamy Edilsona, a pozostałe dwie, to raczej stanowiska kuchenne, przy których już od rana dwie żony gotują caldo (mięsna zupa, w Kolumbii tradycyjnie jedzona na śniadanie). Wkrótce wraz z całą rodziną zasiadamy za stołem, a po posiłku Edilson zabiera nas na spacer po swoim sadzie.

– To jest kawa, uprawia ją mój ojciec, tu rosną platany, a tu kakaowiec – opowiada nasz gospodarz, a my czujemy się jak w ogrodzie botanicznym. Idziemy dalej, a oczom naszym ukazują się ukryte w zieleni ule.

– Robimy miód tylko dla siebie – mówi Edilson. – W Kolumbii trudno jest sprzedawać miód, bo tu prawie każdy ma małą pasiekę.

Skręcamy w gąszcze i po chwili jesteśmy już w innej części sadu.

– Znacie tę roślinę? – pyta Edilson wskazując na krzaczek marihuany.
– Znamy, nie wiedzieliśmy, że wolno ją uprawiać w Kolumbii.
– Nie wolno – odpowiada z uśmiechem Edilson. – Ale można mieć jedną lub dwie roślinki. W Kolumbii tradycyjnie stosuje się ją na bóle.

Wracamy ze spaceru, Edilson daje nam w prezencie butlę miodu, a my proponujemy wspólne zdjęcie z tandemem. Wychodzimy przed dom, natomiast cała rodzina zaczyna biegać w popłochu – żony zrzucają fartuszki, mama ubiera się w odświętny strój i czesze włosy, a jeden z młodszych członków rodziny, wręcz przeciwnie – specjalnie do zdjęcia zdejmuje koszulkę… (niestety na zdjęciu nie ma wszystkich członków rodziny, niektórzy musieli udać się do pracy).

My z kolumbijską rodziną, Pitalito.

Po zdjęciu grupowym rodzina ze śmiechem ustawia się do zdjęć indywidualnych – we wszelkich konfiguracjach.

Kolumbijki.

Żegnamy się niemal ze łzami w oczach, wymieniamy e-maile i numery telefonów, machamy do naszych Kolumbijczyków na pożegnanie i ruszamy w kierunku San Agustin. To było prawdziwe spotkanie z lokalną rodziną – bez przewodników turystycznych i bez zorganizowanych pokazów, bez cennika i bez liczenia zysków. Czy takie spotkanie mogłoby wydarzyć się wszędzie?

Docieramy do miasteczka San Agustin, które należy do najbardziej turystycznych miejsc w Kolumbii. Szczególną atrakcję stanowi tu park archeologiczny, gdzie podziwiać można niezwykłe grobowce, które pozostawili po sobie członkowie kultury San Agustin.

San Agustin, grobowiec, Kolumbia.

Grobowce powstały pomiędzy 6. i 14. wiekiem n.e., a najwyższe z nich liczą sobie aż 4 metry (z czego połowa oryginalnie znajdowała się pod ziemią).

San Agustin, park archeologiczny, Kolumbia.

W turystycznym San Agustin również jesteśmy witani serdecznie – nie jest to już jednak powitanie bezinteresowne. Młody chłopak podziwiający nasz tandem próbuje namówić nas na nocleg w swoim hostelu, a pan spotkany na ulicy zachwala swój bar fast food. W San Agustin ludzie żyją z turystyki, nic więc dziwnego, że spotkanie z turystą ma dla nich charakter biznesowy. Prawdziwe spotkanie z lokalną rodziną jest możliwe chyba tylko w miejscu, w którym nie ma turystów. Z dala od głównych atrakcji i hoteli, z dala od modnych kawiarni i klubów nocnych. Prawdziwe spotkanie zdarza się poza utartym szlakiem, tam, gdzie można trafić jedynie przypadkiem. Prawdziwe spotkanie zdarza się spontanicznie. Wystarczy tylko na to pozwolić.

Kolumbia w filiżankach, czyli o kawie i innych nałogach.

Kolumbijskie tinto.

O kolumbijskiej kawie słyszał chyba każdy – uznawana za najlepszą na świecie jest dumą i chlubą kraju. Kolumbia jest największym producentem kawy arabika, Włosi z lubością parzą z niej swoje espresso i cappuccino, a kolumbijska marka Cafe Qundio została nagrodzona na Targach Żywności SIAL 2011 w Kanadzie jako jedna z najlepszych na świecie. Gdzie rośnie, jak powstaje i dlaczego właśnie kolumbijska jest tak dobra?

Najsłynniejszym kawowym regionem Kolumbii jest Zona Cafetera (kawowa strefa), gdzie wielkie plantacje kawy rozciągają się na malowniczych zboczach gór, a słońce świeci mocno przez cały rok.

– Najlepsza kawa rośnie na wysokości 1200–1800 m npm. – mówi David, pracownik plantacji kawy Recuca. – Ale wysokość i nasłonecznienie nie wystarczą, aby stworzyć dzieło sztuki kawowej. Potrzebne są jeszcze odpowiednie opady (2 000 mm rocznie), właściwa gleba i dobre towarzystwo. Rośliny kawowca niezwykle upodobały sobie towarzystwo platanów (bananów pastewnych) – razem z nimi rosną szybciej i dają smaczniejsze efekty.

Kawowce w towarzystwie platanów, Zona Cafetera.

Kawa, od ziarenka do filiżanki, przechodzi niezwykle długi i skomplikowany proces. Wszystko zaczyna się od nieprzetworzonego ziarna kawy, a wyrastająca z niego roślina zacznie dawać owoce dopiero po 3-4 latach.

Ziarna kawowca, Zona Cafetera, Kolumbia.

– Ziarna przed zebraniem muszą być dojrzałe, wyłącznie czerwone owoce nadają się do zbiorów – mówi David. – W Kolumbii kawowe drzewka dają owoce aż 2 razy w roku.
Po zebraniu, ziarna kawowe są obierane z łupiny, a po wysuszeniu pozbawia się jej kolejnej, suchej warstwy. Kolejnym etapem jest palenie, następnie mielenie, parzenie i… picie.

Parzenie kawy, plantacja Recuca, Zona Cafetera.

W Kolumbii kawę przygotowuje się na dwa sposoby – z użyciem filtra, lub włoskiego ekspresu do kawy (!). Najlepsze kawiarnie w Zona Cafetera przygotowują tradycyjne tinto i pintado (kawa z dodatkiem mleka) z użyciem olbrzymich ekspresów ciśnieniowych.

Włoski ekspres do kawy w kolumbijskiej Zona Cafetera.

Ponieważ kolumbijskie tinto jest znacznie słabsze, niż espresso – naprawdę trudno poprzestać na jednej filiżance. Najlepszym dowodem na powodzenie kolumbijskiej kawy są liczni turyści oraz stali bywalcy, którzy czas odmierzają kolejnymi filiżankami kofeinowego napoju. To się nazywa nałóg…

Ponieważ podróże uzależniają równie mocno, jak kawa – będąc w Zona Cafetera zwiedziliśmy przy okazji całą okolicę. Tuż obok Salento, kawowej mekki Kolumbii, znajduje się Valle de Cocora – gęsto porośnięta woskowymi palmami, które uznaje się za symbol kraju.

Valle de Cocora.

Malownicza dolina tonie we mgle, by po chwili ukazać się w pełnym słońcu, palmy woskowe ustępują miejsca lasom, a szlak pnie się pod górę i przemyka poprzez wiszące mosty by dotrzeć do Rezerwatu Acaime, który jest prawdziwym królestwem kolibrów.

Koliber w Rezerwacie Acaime, Kolumbia.

Te niewielkie ptaki są niezwykle ruchliwe i bardzo trudno jest uchwycić je na zdjęciu. Unoszę aparat, naciskam migawkę – a oglądając efekt, widzę już tylko gałązkę, na której przed sekundą siedział koliber. Uchwycenie ptaszków w locie jest już zupełnie niemożliwe (przynajmniej z moim aparatem). Jednak niesforni modele fotograficzni okazują się świetnymi aktorami – na filmie prezentują się wspaniale!

W Acaime spotykamy również ssaka z gatunku kinkażu – dumnie spaceruje po okolicy i w nadziei na jedzenie daje się namówić na niewielkie interakcje.

Kinkażu w Acaima.

Napojeni kolumbijskim tinto i odprężeni kontaktem z naturą czujemy się gotowi na dalszą podróż. W drodze jesteśmy już od 9. miesięcy, a od ponad 4. nie zatrzymujemy się w jednym miejscu na dłużej, niż tylko parę dni. Nowe miasteczko już po kilku godzinach przestaje być nowe, ale gdy poznamy je choć trochę, gdy znajdujemy miły skwer z ławeczką, dobrą kawiarenkę i miejsce na spacer – już czas ruszać dalej, w nieznane, wciąż do nowych miejsc. Ciągła zmiana uzależnia równie mocno, jak kawa – trudno nam dziś wyobrazić sobie życie w jednym miejscu, bez ciągłych nowości i codziennych zmian otoczenia. Trudno nam uwierzyć w życie poza podróżą, czyli takie, jakie wiedliśmy jeszcze 9 miesięcy temu. Jak to będzie po powrocie?

Kolumbia na tandemie: Bogota – Ibague.

Tandem przy wodospadzie Tequendama, Kolumbia.

Czy było to pomiędzy zielonymi wzgórzami Kostaryki, czy też dżunglach Nikaragui? Gdzieś w pół drogi z Hondurasu do Panamy, a może jeszcze wcześniej, u stóp malowniczych wulkanów El Salvador? Trudno nam dziś powiedzieć, kiedy dokładnie podjęliśmy pewną przełomową decyzję: sprowadzamy z Polski nasz tandem!

Rower wystarczyło wyposażyć w: uchwyt do bagażnika, amortyzowane sztyce, zapasowe klocki hamulcowe, sakwy (przednie i tylne), zapasowe dętki, łatki, szprychy, spinki do łańcucha, śruby i wiele innych technicznych przedmiotów, w których świecie ja czuję się zupełnie zagubiona – a Szymon jest wśród nich jak ryb w wodzie.

Tandem, rozkręcony na części pierwsze i zapakowany tekturowe pudło (43 kilogramy, wymiary 170x70x40), wyruszył w podróż z Katowic do Bogoty odwiedzając po drodze aż 6 lotnisk (m.in. Lipsk, Londyn Hearhrow, Barbados i Caracas). W Bogocie, po 2 dniach zaciekłej walki na lotnisku, udało się nam tandem odebrać, odbyć jazdę próbną, zapakować w sakwy cały nasz dobytek i rozpocząć dalszą podróż przez Amerykę Południową!

Bogota, początek podróży tandemem.

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, a była to niedziela, czyli najlepszy dzień na rowerową przejażdżkę po stolicy Kolumbii.

Bogota, niedziela.

W każdą niedzielę od 7 rano do 2 po południu władzę nad Bogotą przejmują rowerzyści – wtedy to aż 120 kilometrów ulic w całym mieście zostaje zamkniętych dla samochodów, a otwartych dla rowerów!

Bogota, rowerowa niedziela.

Radośni rowerzyści spieszą tłumnie całymi rodzinami, sprzedawcy przekąsek, owoców i napojów stoją wzdłuż dróg, a my – na tandemie – od początku wzbudzamy niemałą sensację.

Mimo przyjaznych dróg, wyjazd z Bogoty zajął nam ponad 4 godziny, ale zaraz potem nasza podróż nabrała tempa. Tuż za granicami miasta droga gwałtownie spada w dół, w ciągu kilku godzin z wysokości 2625 m n.p.m. zjeżdżamy na 289 m n.p.m. Wąska szosa zawija tysiącami zakrętów, a ja modlę się o rozsądek dla kierowców, którzy mijają nas w szalonym tempie samochodami, ciężarówkami, cysternami i autobusami.

– Chcesz wiedzieć, z jaką prędkością jedziemy? – woła do mnie Szymon z przedniego siodełka.
– Nie jestem pewna… – odpowiadam przekrzykując huk silników, klaksonów i pęd powietrza.
– 55 km/h – słyszę. No tak, cały czas jedziemy w dół – ale cały czas hamujemy, by w miarę bezpiecznie wchodzić w liczne zakręty.

Gdy po kilkudziesięciu kilometrach ostrego zjazdu nadal żyjemy, oddycham z ulgą. Kolumbijscy kierowcy (poza rozsądkiem) wykazują się również sporym zainteresowaniem naszym pojazdem. Jesteśmy fotografowani, filmowani i pozdrawiani niemal z każdego auta i z każdej przydrożnej budki.

Po południu zatrzymujemy się przy legendarnym wodospadzie Tequendama.

Wodospad Tequendama.

157. metrowy wodospad od dawien dawna jest jedną z największych atrakcji Kolumbii i przyciąga tłumy turystów. Legenda głosi, że w czasach hiszpańskiej kolonizacji rdzenni mieszkańcy okolicy rzucali się w dół wodospadu chcąc uciec przed niewolnictwem, a tajemnicza moc Tequendama przemieniała ich w orły i tym samym zwracała im utraconą wolność…

Hotel del Salto, Tequendama.

W 1928 roku na skale tuż obok wodospadu otwarto luksusowy Hotel del Salto, który przez blisko 60 lat gościł tłumy turystów przybywających, by podziwiać Tequendama. Jednak wodospad przyciągał nie tylko miłośników natury, lecz również nieszczęśników, którzy wyruszali do Tequendama, by targnąć się na własne życie… Z roku na rok w okolicę wodospadu przybywało coraz mniej turystów i coraz więcej samobójców, Kolumbijczycy uznali miejsce za nawiedzone, a w latach 90. hotel ostatecznie zamknięto. Dziś budynek niszczeje i straszy pustymi oknami, a ulokowane wewnątrz muzeum bynajmniej nie przyciąga tłumów.

Niedzielne popołudnie, wodospad Tequendama.

W niedzielne popołudnie wodospad na nowo staje się atrakcją – Kolumbijczycy i obcokrajowcy przybywają, by zrobić zdjęcia i posilić się w jednej z naprędce zbudowanych budek. Po kilku chwilach okazuje się jednak, że jesteśmy atrakcją porównywalną do Tequendama – ponownie stajemy się bohaterami wielu zdjęć i filmów.

Tequendama, turyści.

Ruszamy dalej – wciąż w dół stromą i krętą drogą. Klocki hamulcowe rozgrzewają się do czerwoności, a tylny hamulec jest tak gorący, że rozgrzewa ramę – nic dziwnego, razem z tandemem i bagażami ważymy ok. 200 kg… Nadgarstki bolą od utrzymywania swojego ciężaru na kierownicy, spada tylna sakwa, pęka łańcuch… Szybko wymieniamy uszkodzoną spinkę, opracowujemy nowy system mocowania sakw i jedziemy dalej. Zapada zmrok.

Po 12 godzinach jazdy docieramy do miejscowości Girardot. Pierwszego dnia przejechaliśmy 140 km, obolałe nadgarstki i obtarcia od siodełek informują nas, że musimy zwolnić tempo. Tandem wraz z nami nocuje w hostelu.

Następnego dnia poranek jest dość bolesny – mięśnie leniwie rozgrzewają się do pracy, nadgarstki niechętnie opierają się na kierownicy. Ruszamy… i już po kilku metrach ponownie pęka łańcuch. Zatrzymujemy się wzbudzając tym spore zainteresowanie przechodniów, jeden z Kolumbijczyków zabiera się nawet do naprawy naszego roweru (i robi to z niemałą wprawą).

Girardot, pomocni Kolumbijczycy.

Po kilkunastu minutach ruszamy dalej.

Droga z Girardot do Ibague wiedzie pod górę. Miejscami jedziemy, miejscami pchamy ciężki tandem, a kierowcy ciężarówek trąbią oznajmiając nam tym samym „uwaga, jadę!”. Żar leje się z nieba, osad z soli na koszulkach informuje nas, że tracimy więcej wody, niż jesteśmy w stanie wypić. Brak pobocza, brak cienia, brak miejsca na odpoczynek. Nie brakuje jedynie policji. Policjanci podbiegają do nas, pytają, czy wszystko w porządku, czy mieliśmy jakieś problemy i czy mogą nam jakoś pomóc. Dziękujemy za zainteresowanie, a policjanci proszą, by w razie jakichkolwiek kłopotów, od razu zgłaszać się na policję.

– Chcemy, by obcokrajowcy lubili Kolumbię – mówią nam na do widzenia.

Drugi dzień daje się nam we znaki równie mocno, jak pierwszy – pomimo że przejechaliśmy jedynie 75 km ze średnią prędkością 13 km/h…

Do Ibague docieramy resztką sił – a Ibague wita nas niczym miasto rodzinne.

Ibague, Kolumbia.

W tej uroczej miejscowości nabieramy przekonania, że Kolumbijczyk gotów jest oddać swoją ostatnią koszulę, by tylko przychylić nieba podróżnym.

Z pomocą couchsurfing.org trafiamy do kolumbijskiej rodziny, która z couchsurfingiem nie ma nic wspólnego (rodzina została poproszona o ugoszczenie nas przez znajomego, który należy do podróżnej społeczności, ale sam nie mógł nas przyjąć). Mokrzy, obdarci, zmęczeni, głodni, odwodnieni i brudni pukamy do drzwi eleganckiego apartamentu w centrum miasta – i zostajemy powitani niczym królowie. Drzwi otwiera senora Maria, jej gosposia od razu podaje nam ciepły posiłek i pyszne soki, a Maria – energiczna, starsza pani – na czas naszego pobytu odstępuje nam swoją sypialnię z prywatną łazienką. Próbujemy oponować, chcemy spać na kanapie – ale autorytet Marii nie daje nam dojść do słowa. Gosposia uśmiecha się pod nosem, a syn Marii informuje nas, że protest nie ma żadnego sensu – zawsze musi być tak, jak zarządzi jego mama. Zasypiamy obolali, zmęczeni, ale dobrze nakarmieni przez gosposię.

Rano pakujemy się – w planach mamy wyprawę do Zona Cafetera, regionu, gdzie rośnie sławna na cały świat kolumbijska kawa. Gdy zaspani zabieramy się do wyjścia, drogę zastępuje nam uśmiechnięta gosposia i informuje nas, że śniadanie czeka już na stole. A przed śniadaniem czeka tinto – czyli czarna, kolumbijska kawa z cukrem. Wciąż nieco skrępowani zasiadamy do śniadania, po którym następuje drugie tinto i świeże soki owocowe. Dziękujemy gosposi za tak wspaniały poranek i chcemy się pożegnać – ale gosposia ani myśli nas wypuścić, na kuchni gotuje się już obiad dla całej rodziny i dla polskich podróżników! Nie ma nawet mowy, żebyśmy wyjechali przed obiadem!

Gdzieś pomiędzy śniadaniem i obiadem do domu przychodzi Camilo, syn Marii. Camilo jest lokalnym politykiem – i niezwykle uroczym człowiekiem. Nasz gospodarz pojawia się w towarzystwie dziennikarki z lokalnej gazety, która przeprowadza z nami krótki wywiad. Jak podoba nam się Kolumbia? Czy czujemy się tu bezpiecznie? Czy obcokrajowcy wciąż uważają Kolumbię za niebezpieczny kraj? Nie koloryzujemy, mówimy prawdę – tak, wielu obcokrajowców myśli, że Kolumbia jest bardzo niebezpieczna. Camilo i dziennikarka smutnieją, ale my dodajemy, że to stereotyp sprzed 15-20 lat – i stereotyp ten powoli się zmienia.

– Nam wszystkim bardzo zależy na tym, by obcokrajowcy dowiedzieli się, jak jest w Kolumbii teraz, a nie jak było 20 lat temu – mówi dziennikarka. – Czasy guerilli już się skończyły i wszystkie miejsca, które są ciekawe dla turystów, są również bardzo bezpieczne.

Potakujemy i mówimy, że od początku czujemy się w Kolumbii bezpiecznie. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę – o kolumbijskich przysmakach, o podróżowaniu na rowerze i o Polsce, po czym gosposia woła nas na obiad. Po obiedzie przychodzi czas na kolejne tinto – do Zona Cafetera wyruszamy więc ze sporym zapasem kofeiny we krwi.

Tinto w Ibague.

Pomimo że kolumbijskie tinto jest nieco słabsze od espresso – czuję, że muszę zmniejszyć ilość wypijanych filiżanek. Senora Maria pije aż 12 tinto dziennie – i prawdopodobnie dlatego jest tak pełna życia i energiczna. Ale o tym, jakie sekrety kryje w sobie kolumbijska kawa – w następnym wpisie.

Kulinarna Kolumbia – czyli z czym się to je?

Kolumbia od samego początku zaskakuje nas mnogością smaków, o jakich nie śniło się europejskim podniebieniom. Liście bananowca, caldo, arepas, lulo, curuba, zapote, nispero i borojo to tylko niektóre pyszności, jakimi uraczył nas ten wspaniały i wciąż omijany przez turystów kraj. Zapraszam na kulinarny przegląd Kolumbii!

Kolumbijskie caldo.

1. Caldo, czyli zupa mięsna z ziemniakami, jest tradycyjnie podawana na śniadanie. Caldo to ulubiona potrawa Gabriela, naszego kolumbijskiego znajomego. Gabriel je sycące caldo każdego ranka – a po kolejny posiłek sięga dopiero wieczorem. Gorące Caldo wystarcza mu niemal na cały dzień!

Tamales i caldo.

2. Tamales, czyli kolejny śniadaniowy hit. Tamales to ciasto kukurydziane z mięsem, gotowane w liściach bananowca. Niezmiernie sycące tamales to szybki i prosty sposób na śniadanie – wielu Kolumbijczyków ma w zamrażalce cały zapas tego dania. Mrożoną potrawę wystarczy wrzucić do wrzątku i gotować przez kilka minut. Niektóre lokalne jadłodajnie w porze śniadania serwują wyłącznie tamales… (na zdjęciu powyżej – tamales w towarzystwie caldo).

3. Bunuelos – te rumiane kulki robi się tradycyjnie z mąki kukurydzianej i świeżego sera, a podaje się je jako dodatek do potraw, lub solo – w charakterze przekąski.

Arepas con queso.

4. Arepas con Queso to przepyszne, kukurydziane placuszki z serem i masłem. Sprzedawane w przydrożnych barach i w ulicznych budkach są doskonałą przekąską, a większej ilości – sycącym daniem. Arepas con queso, w zależności od regionu, osiągają różne rozmiary – i bardzo różne ceny. Przyznaję, że jest to moja ulubiona, kolumbijska potrawa (arespas con queso – na zdjęciu powyżej).

5. Pasteles, czyli kolumbijski fast food. Pasteles to gotowane jajko z ryżem i mięsem, które formuje się w kształt kuli i smaży w głębokim tłuszczu. Nie jest to prawdopodobnie najzdrowsze jedzenie – ale w sytuacji awaryjnej wystarcza za szybki obiad.

Kolumbijskie tinto.

6. Tinto – czyli kawa przyrządzana w tradycyjny, kolumbijski sposób. Tinto to czarna kawa z dodatkiem nierafinowanego cukru, uzyskanego prosto z trzciny cukrowej.
Maria – senora, w której domu zatrzymujemy się na kilka dni – pije około 12 filiżanek tinto dziennie. Pierwszą – jeszcze przed wstaniem z łóżka, drugą – do śniadaniowego tamales, trzecią – po śniadaniu, czwartą – przed obiadem, piątą – do obiadu, szóstą – po obiedzie… I tak aż do ostatniej filiżanki, pitej tuż przed snem.
Maria jest energiczną, starszą panią, która wciąż pracuje zawodowo i lubi mieć wszystko pod kontrolą – również to, jak czują się jej goście. Kawę dla Marii przygotowuje jej gosposia, a Maria zarządza, aby gosposia dbała o gości z Polski tak samo, jak o innych domowników. Gosposia – pełna dobrych chęci – co chwila przynosi nam kolejne filiżanki kawy, ale my nie jesteśmy w stanie wypić tak wielkich ilości! Gorąco dziękujemy już po 3 filiżance… (Tinto jest o wiele słabsze, niż espresso, ale mimo wszystko 12 filiżanek to dla nas nieco za dużo…).

Aquapanela

7. Aquapanela – gorąca woda z dodatkiem nierafinowanego cukru. Ten słodki napój tradycyjnie spożywa się z żółtym serem. Ponieważ Kolumbijczycy generalnie nie piją herbaty, aquapanela jest dla nich alternatywą dla tinto.

Gorąca czekolada po kolumbijsku.

8. Gorąca czekolada – podawana z chlebem i serem, to tradycyjna przekąska Kolumbijczyków. Ser należy wrzucić do czekolady i spożywać w miarę picia. To zaskakujące dla nas połączenie smakuje jak… ser z czekoladą:) Z każdym dniem coraz bardziej przyzwyczajamy się do „czekolady po kolumbijsku”, a po kilku tygodniach prawie nie wyobrażamy sobie picia czekolady bez sera…

9. Mazamorra – kolejny słodki, kolumbijski napój, przyrządzany z wody, kukurydzy i nierafinowanego cukru. Mazamorra jest tradycyjnym dodatkiem do obiadu i kolacji.

Kolumbijskie passion fruit.

10. Kolumbijskie owoce to cuda, o jakich świat nie słyszał. Gabriel – wspomniany wyżej miłośnik caldo – posiada długą listę kolumbijskich owoców, a jego misją jest spróbować wszystkich! Pomimo usilnych starań, 1/3 listy to owoce, które Gabriel wciąż zna tylko z nazwy.
– Tego po prostu jest zbyt dużo – śmieje się Gabriel.
Lulo, curuba, zapote, nispero, uchuva, passion fruit, mamoncillo, guanabana, guava i borojo to tylko niektóre kolumbijskie owoce – sam ich widok jest niezmiernie egzotycznym doznaniem. Kupno owoców, których się nie zna, może wywołać niemałą dezorientację – no bo jak zjeść coś, do ma wewnątrz same pestki? Okazuje się, że niektórych kolumbijskich owoców używa się tylko do wyciskania soku. Smak soków z lulo czy curuba jest dla nas czymś zupełnie nowym – nie przypomina zupełnie żadnych, znanych nam dotychczas smaków! (na zdjęciu powyżej – jedna z odmian passion fruit).

Bogota, czyli trochę inna Kolumbia.

Bogota, widok z Monserrate.

– Jesteście z Polski? – pyta nasz kolumbijski gospodarz z couchsurfingu. – O Polsce słyszałem tylko raz. Telewizja Discovery pokazywała reportaż z meczu Wisła – Cracovia, mecz został opisany jako najniebezpieczniejszy na świecie. Potem, w czasie mojej podróży po Europie, postanowiłem ominąć Polskę, skoro to taki niebezpieczny kraj… A Polską wódkę piłem w czeskiej Pradze.

Próbujemy opanować nasze zdziwienie. Jak to? Polska jest tak niebezpieczna, że należy omijać ją szerokim łukiem? A po polskie specjały jeździć do naszych południowych sąsiadów? Próbujemy wytłumaczyć naszemu gospodarzowi, że Polska jest bezpieczna dla turystów. Fakt, mecze pomiędzy Wisłą a Cracovią to osobna sprawa – ale na co dzień w Polsce nic turystom nie grozi…

Jest noc. Idziemy przez osiedla mieszkalne Bogoty, latarnie jasno oświetlają główne arterie, ale zaułki i małe uliczki toną w mroku. Czyjś cień przemyka pod ścianami budynków, ktoś wyłania się zza rogu, przejeżdża samochód… Rozglądam się dookoła w obawie przed niebezpieczeństwem, ale nasz gospodarz idzie przed siebie zupełnie zrelaksowany i opowiada nam o swojej miesięcznej podróży po Europie. Po drodze mijamy dwóch barczystych dresiarzy, którzy przebijają „piątkę” naszemu gospodarzowi, a do nas uśmiechają się pogodnie.
– Witamy w Bogocie! – wołają na do widzenia.

Bogota to trochę inna Kolumbia – miasto posiada wiele cech, które bardzo różnią je od reszty kraju.
Leżąca na wysokości 2640 m. npm. stolica jest „wyższa” od polskich Rysów i dosłownie zapiera dech w piersiach – wysokość, zanieczyszczenie i chłód sprawiają, że przynajmniej na początku ciężko się tam oddycha. Bogota to wyspa zimna w gorącej Kolumbii – przez cały rok temperatura wynosi tu ok. 14 stopni Celsjusza.

Stolica Kolumbii to największe miasto położone w Andach – i próżno szukać tu spokojnych Kolumbijczyków, którzy niespiesznie kroczą malowniczymi uliczkami. W Bogocie biznesmeni pędzą do pracy, uliczni sprzedawcy przekrzykują się wzajemnie, tłum turystów i Kolumbijczyków przelewa się przez szerokie ulice, a taksówkarze częściej używają klaksonu, niż hamulca. Miasto już od rana spieszy się i gna w szalonym pędzie i w sobie tylko wiadomym kierunku.

Położona pomiędzy wyższymi szczytami Bogota dzieli się na bogatą północ i biedne południe. Stajemy nad planem miasta, a nasz gospodarz zatacza kręgi dłonią i opowiada nam o stolicy.
– W tej dzielnicy może być niebezpiecznie, jest tu dużo bezdomnych – mówi wskazując na południowo-zachodnią część miasta. – Bardziej na północ jest już bezpiecznie, możecie tam spokojnie iść na spacer. Samo centrum też jest w porządku. Ale jeśli będziecie wracać do domu po zmroku – koniecznie autobusem albo taksówką.
Słuchamy uważnie, zapamiętujemy wskazane miejsca i wyruszamy do historycznej części miasta.

Bogota, centrum.

Centrum Bogoty zdecydowanie nie można nazwać malowniczym (i jest to kolejna różnica pomiędzy stolicą, a resztą kraju). Stare budynki słaniają się na wiekowych fundamentach, ulice są pełne barów fast food i ulicznych sprzedawców, a zaniedbane kościoły dopełniają obrazu całości. Mimo wszystko w Bogocie znajduje się kilka perełek, dla których warto zatrzymać się tu nawet kilka dni.

Zdecydowany numer jeden to Muzeum Złota – największe i najbogatsze na świecie (i bezpłatne w niedziele).

Muzeum Złota, Bogota, ekspozycja.

Zbiory muzeum to ponad 55 tysięcy obiektów, w tym olbrzymie kolekcje dzieł prekolumbijskich pochodzących z różnych regionów Kolumbii.

Bogota, Muzeum Złota.

W muzeum można również podziwiać wystawy czasowe, ekspozycje multimedialne i prezentacje na temat historii wytopu i obróbki metali.

Łeb w łeb z Muzeum Złota kroczy wspaniałe i ogromne Muzeum Botero (wstęp wolny).

Muzeum Botero, Bogota.

Muzeum powstało z inicjatywy samego Fernando Botero – artysty, który nie szczędził pędzla ni farb, by należycie oddać piękno obfitych kształtów (tak kobiecych, jak i męskich).

Botero, "Kobieta przed oknem".

W muzeum znajdują się aż 123 obrazy artysty, na których – poza korpulentnymi modelami – podziwiać można również martwą naturę (na zdjęciu powyżej: obraz pt. „Kobieta przed oknem”).

Ale Muzeum Botero nie kończy się na Botero – znajdują się tam również prace Picassa, Klimta, Matisse’a, Degasa, Miro (z kreską nad „o”), Chagalla, Salvadora Dali, Toulouse-Lautrec – by wymienić tylko kilku prominentnych artystów, których dzieła wiszą w murach Muzeum Botero i obserwują liczne rzesze zwiedzających.

Muzeum Botero jest połączone z innymi galeriami, które prezentują rozległe kolekcje sztuki, bogate wystawy na temat historii i ekonomii kraju oraz wiele innych ekspozycji. Kolejne wystawy wyłaniają się zza licznych zaułków i wiodą wciąż na wyższe piętra, a końca im nie widać… (przynajmniej my nie doszukaliśmy się końca – niestety zabrakło nam czasu na obejrzenie wszystkich kolekcji).

Plac Bolivar, Bogota.

Punktem obowiązkowym jest również Candelaria – czyli historyczne centrum Bogoty. To tu znajdują się wyżej wymienione muzea, tu również, na Plaza de Bolivar, bije serce miasta.

Plaza Bolivar, Bogota, lama.

Plaza de Bolivar to główny plac miejski – pełen turystów i gołębi, policji, lam i innych stałych bywalców.

Tuż nad historycznym centrum wznosi się dostojne Monserrate – leżące na wysokości 3152 m. npm. wzgórze, które oferuje niesamowity widok na miasto i okolice.

Bogota, widok z Monserrate.

Na Monserrate można dostać się na trzy sposoby: jedną z dwóch regularnie kursujących kolejek, lub pieszo.

Bogota, droga na Monserrate.

Opisywane niebezpieczeństwa pieszej drogi na Monserrate wywołują już tylko uśmiech na naszych ustach. Odnowiony szlak jest gęsto obstawiony przez policję, a tłumy radosnych spacerowiczów wszelkiej narodowości sprawiają, że czujemy się niemal jak na wycieczce.

Chłodna Bogota zgotowała nam ciepłe powitanie, a zamiast niebezpieczeństw – ponownie spotkaliśmy przyjaznych ludzi i ciekawe atrakcje. Podczas rozmów z naszym gospodarzem zrozumieliśmy też, że Kolumbijczycy wiedzą tak samo mało o Polsce, jak Polacy o Kolumbii. W Bogocie czuliśmy się równie bezpiecznie, jak w Krakowie (a chwilami o wiele bezpieczniej, niż w Warszawie). Mamy nadzieję, że nasz gospodarz również spojrzał na Polskę w innym świetle – i być może odwiedzi ją podczas swojej kolejnej podróży do Europy…

Kolumbia – niebezpieczna czy bajeczna?

Villa de Leyva

O tym, że w Kolumbii jest niebezpiecznie powie Wam każdy, kto w Kolumbii nie był. Jedni przytoczą krwawe statystyki – pomijając zupełnie fakt, że zdecydowana większość przestępstw nie dotyczy turystów. Drudzy postraszą guerillą, ale zapomną dodać, że szeregi kolumbijskiej partyzantki zostały zdziesiątkowane po roku 2002 (kiedy to prezydent Alvaro Uribe za punkt honoru postawił sobie bezpieczeństwo w kraju). Jeszcze inni opowiedzą o przemytnikach kokainy – nie wspominając nawet o tym, że przemytnicy działają w ukryciu i wcale nie im spieszno do kontaktów z turystami (przez których mogłaby do nich trafić policja). Tak, zdaniem osób, które nigdy nie były w Kolumbii – jest tu bardzo niebezpiecznie. A co mówią ci, którzy Kolumbię znają?

Jonnatan spędził w Kolumbii miesiąc zanim zdecydował, że przeprowadza się tam z całą swoją rodziną. Jonnatan jest Francuzem – dlaczego na miejsce zamieszkania wybrał właśnie Kolumbię?
– Popatrz na moją córkę – mówi do mnie Jonnatan i uśmiecha się rozczulony. – Jest taka radosna, pogodna i taka ufna. Cieszy się ze wszystkiego. Ma dopiero dwa lata, ale ja chcę, żeby pozostała taka na zawsze. Właśnie dlatego zdecydowałem, że przenosimy się do Kolumbii. W Kolumbii każdy jest radosny i pogodny, ludzie cieszą się życiem, a przy tym są pomocni i bardzo mili. Po prostu wiem, że w Kolumbii będzie się nam dobrze żyło.

Jaka więc jest ta Kolumbia? Niebezpieczna, czy bajeczna i pełna wspaniałych ludzi? – z głową pełną pytań docieramy do Cartageny, miasta leżącego na wybrzeżu Morza Karaibskiego. Przyjeżdżamy po zmroku, ale jasno rozświetlone ulice działają uspokajająco, uprzejmi przechodnie pomagają nam trafić do hostelu, a atmosfera ciepłej nocy sprawia, że szybko czujemy się tu bezpiecznie. Czy nie za szybko? – myślę zasypiając.

Na spotkanie z Cartageną wyruszamy o poranku. Czego mamy się spodziewać? Ukrytych kieszonkowców? Nieprzyjemnych naciągaczy? Zaniedbanych ulic? Już po kilku krokach wiemy, że na spotkanie z Cartageną byliśmy zupełnie nieprzygotowani. Ruszamy przed siebie i nie wierzymy własnym oczom.

El Centro, Cartagena

Cartagena to miasto, w którym można się zakochać. W każdej uliczce, w każdym placyku, w każdym zaułku i w każdym budynku. W 100%. Do tej pory takie miasteczka znałam tylko z bajek – bo tylko w bajkach wąskie uliczki pełne są kolorowych kamieniczek, zielone pnącza okalają malownicze balkoniki, a na pięknych placykach zawsze świeci słońce. Bo tylko w bajkach trwa wieczne lato. Tylko w bajkach i w Cartagenie.

uliczka w Cartagenie, Kolumbia

Kolonialne miasteczko Cartagena powstało w 1533 roku, a w swych początkach liczyło sobie zaledwie 200 mieszkańców. Położone u brzegów Morza Karaibskiego stanowiło „drzwi Ameryki Południowej” – i to drzwi ze szczerego złota. Nieopodal młodego miasta zamieszkiwali Indianie Sinu. Członkowie plemienia, chcąc uczcić pamięć swoich zmarłych, ozdabiali grobowce szczerym złotem.

Gdy wieść o złotych grobowcach obiegła świat, do Cartageny ruszyły floty łupieżców, którzy szybko splądrowali drogocenny metal nie dbając przy tym o zachowanie kultury Sinu. Po zrabowanym złocie nie zostało ani śladu – ale złota sława wciąż przyciągała żądnych zysku piratów, którzy raz po raz atakowali miasto. By ochronić kolonialną perłę przed morskimi rabusiami, wzniesiono grube mury obronne, których pozostałości wciąż otaczają najstarszą i najpiękniejszą cześć miasta.

W obrębie murów znajdują się dzielnice El Centro i San Diego – to tu malownicze uliczki wiją się gęsto pomiędzy urokliwymi kamieniczkami, a każde miejsce jest niczym z bajki.

Uliczka w historycznym centrum, Cartagena.

Uliczka, Cartagena. Kolumbia.

Pod arkadami przy Plaza de los Coches uliczni sprzedawcy oferują kolorowe słodycze o smaku kokosu, ananasa i słodkiego mleka (arequipe).

Kolumbijskie słodycze, Cartagena.

Ubrane w kolorowe suknie Afrokolumbijki sprzedają owoce, a liczne kawiarenki serwują prawdziwą, kolumbijską kawę.

Afro

W centrum Cartageny znajduje się również główny winowajca szybkiej sławy miasta w początkach jego istnienia – czyli złoto. A dokładniej – dwupiętrowe i zupełnie bezpłatne Muzeum Złota, w którym podziwiać można niezwykłe ozdoby będące dziełem rdzennych, kolumbijskich plemion.

Karaibskie ozdoby, Muzeum Złota, Cartagena.

Tuż poza obrębem starych murów znajdują się dzielnice La Matuna i Getsemani. W tych nieco mniej zabytkowych częściach miasta toczy się życie lokalnych mieszkańców. Tu znajduje się nasz hostel i tu po raz pierwszy trafiamy na „arepas con queso” – czyli kukurydziane placuszki z serem. Od tej pory jesteśmy wiernymi fanami tej prostej potrawy.

Arepas con queso, Cartagena.

Zapada zmierzch, miasto nadal wygląda bajecznie, a temperatura wciąż pozostaje bez zmian – niemal 30 stopni Celsjusza. Cartagena jest gorąca przez cały rok i przez całą dobę.

Centrum Cartageny nocą.

Nawet po zmierzchu malownicze uliczki starego miasta są pełne sprzedawców pamiątek, turystów i mieszkańców, którzy ciesząc przyjemnym klimatem spacerują dookoła.

Nocny spacer po Cartagenie.

Cartagena nocą.

Dobrze oświetlone ulice i radośni spacerowicze zachęcają nas do dłuższego pozostania na zewnątrz. Nigdzie ani śladu niebezpieczeństw, które miały na nas czekać w Kolumbii – spacerujemy więc spokojnie i czujemy się bezpiecznie. Dzień, dwa dni, trzy dni… Cartagena codziennie zachwyca nas na nowo, rozpieszcza lokalnymi smakołykami i sprawia, że czujemy się już zupełnie bezpiecznie. Czy nie za szybko?

Z lekkim żalem opuszczamy Cartagenę – chcielibyśmy zatrzymać na dłużej bajeczną atmosferę tego pięknego miasta. Ruszamy na południe, i szybko orientujemy się, że jesteśmy na szlaku uroczych miasteczek niczym z bajki.

Odległe Mompos zachwyca niezwykłym cmentarzem, na którym mieszkają… koty.

Cmentarz w Mompos, Kolumbia.

Mompos, Kolumbia.

Wszystko zaczęło się od pewnego pana, który opuściwszy ten świat osierocił ponad 20 kotów. Koty, nie chcąc rozstawać się ze swoim właścicielem, postanowiły zamieszkać przy jego grobie. Wkrótce grono kotów rozrosło się i dziś na cmentarzu mieszka ich aż 33 – informuje nas pan, który wieczorem zamyka bramy cmentarza. Do hostelu wracamy po zmroku, a odprowadza nas jedynie jasny blask latarni i cichnące w oddali miauczenie.

Prześliczna Barichara to malutka miejscowość pełna białych domków i sennej, niespiesznej atmosfery.

Uliczka w Barichara, Kolumbia.

Barichara, Kolumbia.

Barichara to kilka wąskich uliczek, uroczych kamieniczek i kościołów – to również początek górskiego szlaku, który wiedzie do sąsiedniej miejscowości.

Szlak z Barichary, Kolumbia.

Na szlaku spotykamy dwójkę dzieci i krowę. Dzieci przyglądają nam się z zaciekawieniem, po czym zawstydzone chowają się za wielkie zwierzę. Wciąż czujemy się bezpiecznie.

Bajeczna Villa de Leyva jest już bardzo blisko Bogoty. Rozglądamy się dookoła w poszukiwaniu hipotetycznych niebezpieczeństw, ale widzimy tylko malownicze kamieniczki i placyki na tle gór.

Villa de Leyba, Kolumbia.

Wspinamy się na odległe szczyty mijając po drodze malutkie wodospady i turystów, spacerujemy uliczkami miasta zaglądając do kawiarenek i sklepów z pamiątkami, a do hostelu wracamy po zmroku.

Kolumbia – niebezpieczna czy bajeczka? Nasze pierwsze spotkanie z tym południowoamerykańskim krajem wypada wyjątkowo bajecznie – nie tylko ze względu na urocze miasteczka, ale również ze względu na Kolumbijczyków. Ani śladu przemytników, guerilli, kieszonkowców, czy nawet niemiłych ludzi. Zamiast niebezpieczeństw zaskakuje nas zwykła, codzienna uprzejmość: sprzedawczyń w sklepie, przechodniów na ulicy i współpasażerów w autobusie. Zaczynamy rozumieć Jonnatana, który przeniósł się do Kolumbii, bo czuł się tu bardzo bezpiecznie i dobrze. My już od pierwszych chwil czujemy się tak samo – czy aby nie za wcześnie? Następny przystanek to Bogota. Czy będzie równie bezpieczna, jak bajkowe miejscowości które odwiedziliśmy do tej pory?

(Więcej informacji na temat bezpieczeństwa w Kolumbii znajduje się w dziale „Porady praktyczne – Kolumbia”).

San Blas – czyli jak ominąć Darien Gap.

San Blas i Darien

Gap (ang.) – dziura, luka, rozłam. Przerwa, szczelina, szpara, odstęp. Przepaść.
Darien Gap – przepaść trudna do przebycia. Ta naturalna granica o długości 160 kilometrów oddziela skutecznie Panamę od Kolumbii i drwi sobie z ludzkich prób budowy autostrady. Lasy deszczowe i bagna pochłaniają każdy z trudem wybudowany kilometr drogi, a rzeki co roku zmieniają bieg i uniemożliwiają tym samym budowę mostów. Rozległe góry wznoszą się ponad dżunglą, w której, mimo wszystko, można spotkać ludzi. Trudno dostępny i nieprzyjazny Darien Gap dla jednych stał się domem, dla drugich schronieniem, a dla innych – grobem…

Rdzennymi mieszkańcami prowincji Darien było plemię Cueva, które w latach 1510-1535 zniknęło zupełnie z powierzchni ziemi – i to bynajmniej nie z przyczyn naturalnych. Cueva padło ofiarą hiszpańskiej kolonizacji. Po zniknięciu rdzennych mieszkańców, Darien pozostawało bezludne aż do XVII wieku, kiedy to z terenów obecnej Kolumbii przybyło tam plemię Kuna. Obecnie w Darien znajdują się wioski plemienia Kuna, które żyjąc blisko natury potrafi czerpać z jej dóbr i dostosować się do jej zmiennego charakteru.
Liczne plemię Kuna zamieszkuje również pobliskie wyspy San Blas, czyli prawdziwy raj na ziemi.

San Blas, wyspy

San Blas to archipelag 370 wysp, które są częścią Kuna Yala – autonomicznego regionu plemienia Kuna. Członkowie plemienia Kuna to jedyni stali mieszkańcy San Blas – tylko oni mają prawo do ziemi na wyspach. Tylko Indianie Kuna mogą wybudować dom lub hotel i cieszyć się wielkimi zyskami, jakie przynosi szybko rozwijająca się turystyka.

San Blas, wyspa

Przepiękne San Blas znajduje się na trasie jachtów płynących z Panamy do Kolumbii – taka podróż trwa 5 dni, a ceny zaczynają się od $500 od osoby. W programie: pobyt na wyspach, pływanie w Morzu Karaibskim i wystawne posiłki. I oczywiście – spotkanie z członkami plemienia Kuna.

Jak więc przedostać się z Panamy do Kolumbii? Z jednej strony niedostępna dżungla Darien, gdzie nie ma ani jednej drogi; z drugiej – turystyczny archipelag San Blas, gdzie luksusowe jachty wożą bogatych urlopowiczów…

Między młotem a kowadłem, przeszukujemy czeluście Internetu natrafiając na setki blogów, forów i stron turystycznych. Może samolot do Puerto Obaldia i dalej lokalnymi łódkami? Lot kosztuje tylko $100 – ale najbliższy samolot na który są jeszcze bilety, jest za 2 tygodnie… No to może pojedziemy do Portobelo i znajdziemy tam niedrogą łódź? Może…
Pakujemy więc plecaki i przygotowujemy się do pożegnania z miastem Panama i przytulnym mieszkaniem naszego couchsurfingowego gospodarza – gdy nagle otwierają się drzwi i staje w nich para Argentyńczyków z plecakami wielkości lodówek. Wielkich lodówek.

– Skąd przybywacie? – pytamy.
– Z Kolumbii – słyszymy w odpowiedzi. Podskakujemy z wrażenia i zasypujemy Argentyńczyków pytaniami o to, jak niedrogo przebyć tę trudną do pokonania granicę. Podróżnicy zdejmują plecaki, siadają przy stole i zaczynają swą opowieść od słów:
– Nie było łatwo…
Po godzinie rozmowy mamy już szczegółową listę kolejnych łódek i autobusów wraz z cenami, czasem przejazdu, przesiadkami i noclegami. Przed nami: 3 godziny w samochodzie 4×4, 12 godzin w 5 różnych łodziach i 12 godzin w autobusie. Łączna cena tej przeprawy to $260 od osoby (dla zainteresowanych – szczegóły tej podróży znajdują się tu:http://travelike.pl/porady-praktyczne/granica-pomiedzy-panama-i-kolumbia/).

– Podróż zajmie wam 3 dni – mówią Argentyńczycy. – Łodzie, którymi będziecie płynąć, są niewygodne i czasem należą do niemiłych ludzi. Lepiej nie wiedzieć nawet, co ci ludzie przewożą. Lepiej o nic nie pytać. Najlepiej zrobicie, jeśli pierwszą noc spędzicie na wyspie Ansuelo, a drugą w miejscowości Capurgana. Ta podróż jest tak długa, że jeśli nie zatrzymacie się w porę w dobrym miejscu – to zatrzymacie się w końcu w złym miejscu… Powodzenia.

Dzień 1
Z Panama City wyruszamy samochodem 4×4, który po licznych wertepach pędzi do znajdującego się po karaibskiej stronie Panamy portu Gardi. W Gardi czeka już sporo turystów, a każdy z nich udaje się na inną wyspę uroczego archipelagu San Blas. Po drodze dowiadujemy się, że wyspa Ansuelo jest miejscem bardzo lokalnym – pracownicy biur podróży polecają nam udać się na jedną z bardziej turystycznych wysp, nie zmieniamy jednak zdania i wsiadamy na łódkę do Ansuelo.

Wyspa Ansuelo, San Blas

Ansuelo to maluteńka wysepka, którą można zwiedzić w całości w ciągu 5. minut. Wysiadamy, rozglądamy się dookoła i pozdrawiamy Indian Kuna – członkowie plemienia machają do nas na powitanie, po czym wracają do swoich spraw. Mieszkańcy wyspy są przyjaźni, ale nie interesują się specjalnie naszą obecnością. Rozbijamy namiot, jemy niewielki posiłek, odpoczywamy. Morze Karaibskie wabi swoimi urokami, palmy szumią nad głowami a poza tym nie ma nic… Szymon zasypia, a ja wraz z aparatem wyruszam na spacer po wyspie.

San Blas, katamaran

Zza palm wyłania się katamaran, patrzę na niego z zazdrością i myślę o naszej jutrzejszej wyprawie: niewygodnymi łodziami, w towarzystwie typów spod ciemnej gwiazdy… Gdybyśmy mogli jakimś cudem przepłynąć w bezpieczniejszy sposób.

Katamaran zatrzymuje się, a znajdujący się na nim człowiek wsiada na ponton i płynie w kierunku wyspy, by po chwili dobić do brzegu. Podchodzę do niego i witam się.
– Cześć, dokąd płyniecie? – pytam wskazując na katamaran.
– Do Kolumbii, jutro – odpowiada mężczyzna.
– Ile chcesz za zabranie nas ze sobą? – pytam bez ogródek.
– $200 od osoby. Z noclegami i wyżywieniem – słyszę w odpowiedzi.
– Będziemy gotowi za 10 minut – odpowiadam i pędzę w kierunku namiotu.
– Szymon wstawaj, płyniemy do Kolumbii!

Po 15 minutach jesteśmy już na katamaranie i płyniemy w kierunku Kolumbii! Wiatr dmie w żagle, słońce przyjemnie nas ogrzewa, a widmo strasznych łodzi powoli niknie za horyzontem. Mijamy dziesiątki uroczych wysp archipelagu San Blas i cieszymy się, że znaleźliśmy się we właściwym miejscu i o właściwym czasie.

na katamaranie, San Blas

Młody mężczyzna z pontonu ma na imię Jonnatan i okazuje się być kapitanem łodzi. Rejs, na który się załapaliśmy, nie jest standardową, turystyczną wycieczką. Ten rejs jest dla Jonnatana i jego rodziny początkiem nowego życia, wyprawą w nieznane, ryzykiem i nadzieją na lepszą przyszłość.

Jonnatan pochodzi z Francji – i pewnie do dziś mieszkałby w swej ojczyźnie gdyby nie jego ojciec, który pewnego razu zakochał się w kobiecie pochodzącej z Botswany. Ten afrykański kraj lśni na mapie świata jako największy producent diamentów i notuje najwyższy wzrost PKB na osobę na świecie – nic dziwnego, że ojciec Jonnatana postanowił zainwestować tam swój kapitał. Po kilku latach Jonnatan dołączył do ojca, by wraz z nim prowadzić interesy i cieszyć się wszystkim, co oferuje Afryka. W Botswanie Jonnatan spotkał Muriel o skórze w kolorze hebanu i nie potrafił oprzeć się jej urokowi. Jonnatan poślubił Muriel, a po pewnym czasie urodziła się Cloe.

Czas mijał, a wraz z nim minął okres szczęśliwego życia w Botswanie. Nowe prawo, nieprzyjazne dla obcokrajowców, przekonało Jonnatana do wyjazdu z kraju. Jonnatan spojrzał więc na mapę, a wzrok jego padł na archipelag San Blas, gdzie dobre wiatry zaprowadziły już niejeden jacht. Jonnatan kupił katamaran, poczuł przyjazny wiatr na własnej skórze, zadzwonił do żony i powiedział:

– Przenosimy się do Kolumbii!
Muriel spakowała więc walizki i wraz z Cloe przyleciała do Panamy, by stamtąd popłynąć dalej, do Kolumbii. Ona i jej córeczka są na łodzi po raz pierwszy w życiu, a za kilka godzin znajdą się po raz pierwszy w Kolumbii – w obcym kraju, gdzie ludzie mówią obcym językiem i gdzie życie wygląda zupełnie inaczej… (Muriel ani Cloe nie znają hiszpańskiego).

Cloe na katamaranie

Na katamaranie znajduje się również Alvaro, pomocnik Jonnatana. Alvaro jest pierwszym Kolumbijczykiem, jakiego poznajemy – i jednym z najwspanialszych ludzi, jakich spotkaliśmy w trakcie naszej podróży.

Zbliża się zmrok. Zgodnie z decyzją kapitana przybijamy do jednej z wysp, na której znajduje się miasteczko plemienia Kuna.

lokalna wyspa, San Blas

Owa wyspa jest przeciwieństwem turystycznych miejsc – są tu jedynie lokalne sklepy, domy i stali mieszkańcy. Po raz pierwszy widzimy z bliska osoby z plemienia Kuna – i musimy przyznać, że jest co oglądać.

Kobiety z plemienia Kuna, San Blas

Kobiety z plemienia Kuna noszą tradycyjne, kolorowe stroje – wzrok przyciągają zwłaszcza oryginalne „getry” noszone na łydkach. Tradycyjne panie nie lubią pozować do zdjęć – jednak niektóre zgadzają się na zdjęcie za cenę $1.

Kobieta plemienia Kuna, San Blas

Przeciskamy się przez wąskie uliczki i obserwujemy życie plemienia. Kobiety pracują w sklepach i w domach lub spieszą gdzieś z pakunkami, a mężczyźni… świętują weekend. Mężczyźni tłoczą się na ulicach i są wyraźnie pod wpływem alkoholu, a jeden z nich bardzo szybko „zaprzyjaźnia się” z Szymonem.

– Mam tego dużo w domu! Dużo w domu! – powtarza raz po raz i zaprasza Szymona do siebie. Niestety słaby angielski pana uniemożliwia nam zrozumienie, czego on ma właściwie dużo w domu. Pan nie ustaje w próbach uprowadzenia Szymona, Jonnatan wraz z Alvaro robią zakupy, a Cloe nieśmiało bawi się z indiańskimi dziećmi, których jest pełno na ulicach. W plemieniu Kuna matki i ojcowie są zajęci – więc często to dzieci wychowują dzieci…

plemię Kuna, dzieci

– Mój przyjaciel, mój najlepszy przyjaciel, idziemy do mnie – woła roześmiany Indianin i zachęca Szymona, aby poszedł z nim. Pakujemy sprawunki na niewielki wózek i ruszamy w kierunku portu, a Indianin długo jeszcze biegnie za nami wołając, że „ma tego dużo w domu”.

– Prawdopodobnie chodzi mu o narkotyki – mówi Alvaro, a my stajemy jak wryci. Narkotyki?
– Tak, o kokainę – tłumaczy Alvaro w drodze powrotnej na pokład. – Tu pływa wiele łodzi transportowych, niektóre poza jedzeniem przewożą również narkotyki. Kontrole graniczne łapią część, ale reszta przepływa. Zdarza się również, że za podejrzanymi łodziami rusza straż graniczna lub policja – przerażeni sternicy wyrzucają worki z kokainą za burtę i uciekają. A kokaina dryfuje, dopóki nie wyłowi jej ktoś z plemienia Kuna.
Słuchamy tej opowieści z zapartym tchem, Alvaro milknie.
– Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale plemię Kuna jest bardzo bogate – Alvaro dodaje tajemniczo po chwili. Patrzymy na malejącą w oddali wyspę i myślimy: już jutro mogliśmy być na jednej z tych łodzi transportowych…

Słońce zachodzi za horyzont, zapada zmrok.

zmrok, San Blas

Dzień 2
Budzi nas deszcz, jego krople rozbijają się głośno o okna kajuty. Wstajemy i z oddali widzimy Jonnatana i Alvaro, którzy w kurtkach przeciwdeszczowych na pontonie wracają z wyspy. Pojechali po paliwo.
– Nie ma benzyny. Skończyła im się – mówi Jonnatan i spogląda w niebo. Ani śladu wiatru, wszystko stoi. Jonnatan duma przez chwilę, po czym pyta nas:
– Czy bardzo spieszycie się w drodze do Kolumbii?
Po południu niebo przejaśnia się, a wiatr dmie w żagle. Ruszamy w rejs, który zajmie nam nie 2 dni, lecz co najmniej 4.

wyspy widziane z katamaranu, San Blas

Po drodze mijamy kolejne zjawiskowe wyspy, a z jednej z nich dołącza do nas Juan, hiszpański podróżnik, który – podobnie jak my – udaje się do Kolumbii. Witamy się i rozmawiamy – opowiadamy mu o wczorajszym przyjaznym spotkaniu z plemieniem Kuna.

– Przyjaznym? – Juan aż podskakuje ze zdziwienia. – Nie, to plemię nie jest przyjazne – mówi zdecydowanie.
Juan spędził 3 dni na jednej z najbardziej turystycznych wysp San Blas. Wśród pozytywnych doświadczeń wymienia: palmy, piasek, morze i dobre jedzenie, jednak samo spotkanie z plemieniem Kuna wspomina bardzo niemile.
– Ci ludzie są nastawieni wyłącznie na zysk – opowiada. – Gdy widzą turystę, chcą wyciągnąć od niego ostatniego dolara. Nie ma w tym nic przyjaznego.

No tak – Indianie, których my spotkaliśmy nie obcują na co dzień z turystami – nie czerpią więc zysków z turystyki. Indianie, których spotkaliśmy, żyją spokojnie w swoich lokalnych wioskach i miasteczkach i nie szukają zysków ze strony turystów. Natomiast Indianie, którzy prowadzą turystyczne hotele i restauracje… – Juan z dezaprobatą kręci głową i cieszy się, że jego pobyt w turystycznym miejscu dobiegł już końca.

Po kilku godzinach dopływamy do dużej wyspy Nargana.

Nargana, San Blas

Na wyspie znajduje się kościół, szkoła i bank, a uroczy most prowadzi na inną, nieco mniejszą wysepkę. Nargana jest zupełnie nietknięta przez turystykę. Podczas przechadzki widzimy bawiące się dzieci, spacerujących dorosłych i kobiety w tradycyjnych strojach Kuna.

Kobiety Kuna, Nargana

Indiańskie dzieci są bardzo zainteresowane Cloe – jej odcień skóry i kręcone włosy są niekłamaną atrakcją wieczoru. Pomimo różnic językowych, dzieci bawią się wspólnie i po kilku minutach zachowują się już jak najlepsi przyjaciele.

Dzień 3

Travelike na Katamaranie

Jesteśmy na katamaranie, a czujemy się jak na stałym lądzie. Ani jednej fali, ani najmniejszego muśnięcia wiatru. Stoimy i czekamy. Po chwili tuż obok mnie przystaje Cloe i zafascynowana zaczyna bawić się moimi włosami – przeczesuje je, targa, czesze na nowo, wiąże w kucyki i rozpuszcza. Cloe ma dopiero 2 latka, ale już widać w niej wiele skupienia – bawi się moimi włosami dobre 40. minut i wcale nie zamierza przestać. Zabawę przerywa dopiero jej tata.

Kapitan, wobec oporu sił natury, zarządza wycieczkę – wskakujemy wszyscy do pontonu i płyniemy wzdłuż niewielkiej rzeczki, w głąb jednej z pobliskich wysp. Po drodze spotykamy Indian Kuna, którzy również udają się w górę rzeki. Jonnatan proponuje „podwózkę” – i już po chwili bierzemy łódź indiańskiej rodziny na hol.

Indianie, San Blas, łódź

– Z jakiego kraju jesteście? – pyta Indianin z łodzi, ojciec rodziny.

Patrzymy po sobie i wybuchamy śmiechem – prawie każdy z nas jest z zupełnie innego kraju. Zaczynamy więc wymieniać: Francja, Botswana, Kolumbia, Hiszpania i Polska, a Indianie patrzą na nas zadziwieni. Jakim cudem ludzie tak różnych narodowości znaleźli się nagle w jednym małym pontonie, w sercu San Blas, pomiędzy Panamą a Kolumbią? Śmiejemy się i opowiadamy im naszą historię.

Rzeka zwęża się, stajemy więc przy niewielkiej plaży. Dzieci indiańskie od razu zaczynają bawić się z Cloe.

Dzieci indiańskie i Cloe

Mężczyźni rozmawiają, a Indianka zabiera się do prania nie wychodząc z łodzi.

Piorąca Indianka, San Blas

Patrzę na mój zabrudzony ręcznik, podchodzę do Indianki i proszę ją o odrobinę mydła – i już po chwili pierzemy obydwie, chociaż zupełnie nie możemy porozumieć się słowami. Indianka Kuna śmieje się do mnie serdecznie, naciera mój ręcznik mydłem i pokazuje mi swoje techniki prania – ze śmiechem uczę się od niej, i tak „rozmawiamy” językiem uśmiechów i gestów.

Po praniu dołączam do Szymona, który rozmawia z Indianinem siedząc po szyję w wodzie.
– Teraz jest zima – mówi Indianin po hiszpańsku. – Nie będziemy więc siedzieć w wodzie zbyt długo. Jest za zimno.

Zaczynamy się śmiać i opowiadamy Indianinowi o polskiej zimie, o -30 stopniach Celsjusza, o śniegu i lodzie, o ciepłych ubraniach, kozakach i o ogrzewaniu mieszkań. Indianin słucha z otwartymi ustami i nie wierzy – nasze historie brzmią dla niego jak opowieści z innej planety. Bo przecież teraz jest zima – a my siedzimy sobie spokojnie po szyję w rzece i odpoczywamy w cieniu od upału…

Nagle słyszymy głośny śmiech – to Muriel znalazła nowy sposób na pielęgnację skóry, w postaci zielonego błota.

zielone błoto, San Blas

Gdy Muriel się cieszy, zupełnie nie potrafi opanować swojej radości: radosna emocja maluje się na całej twarzy, oczy lśnią ze szczęścia, głos przechodzi przez wszystkie oktawy a ciało skacze w górę, niczym w tańcu. Gdy Muriel się cieszy, to cała staje się radością – i ciężko jest nie dzielić z nią jej szczęścia.

zielone błoto na twarzy

Wracamy na katamaran, wiatr dmie w żagle i już po chwili płyniemy w kierunku Puerto Obaldia, gdzie znajduje się przejście graniczne. Tuż za wyspami San Blas widnieje mroczne Darien, miejscami zupełnie puste, a miejscami – pełne ludzi…

San Blas i Darien

Ludzie Darien to nie tylko barwne plemię Kuna, to również niezliczeni śmiałkowie, którzy co rok wyruszają do dżungli samochodem, motorem lub pieszo – a wszystko po to, by sprostać wyzwaniu. Część podróżników dociera do swojego celu, a część uznaje się za zaginionych… Poszukiwania są najczęściej niemożliwe – oficjalnie ze względu na trudną dostępność terenów Darien. A nieoficjalnie?

Malaria oraz dżungla, w której łatwo się zagubić i paść ofiarą odwodnienia, to tylko niektóre niebezpieczeństwa Darien – innymi, równie realnymi, są ludzie. A konkretnie: przemytnicy narkotyków, którzy w niedostępnym Darien znajdują swe schronienie.

Nie wszyscy przemytnicy w obliczu policji wyrzucają swój towar do wody – niektórzy wraz z workami pełnymi kokainy znikają w Darien. Tam są „bezpieczni”, tam nie dociera prawo ani policja, tam panuje prawo dżungli.

Niebo nad Darien ciemnieje, zapada zmrok. Katamaran kołysze się na coraz większych falach, a wiatr przestaje być przyjazny. Wiatr szarpie żagle, i rzuca łodzią, która wydaje się być teraz malutką zabawką w rękach żywiołu. Nadciąga sztorm…

Nie da się chodzić, nie da się stać. Kapitan z Alvaro walczą z żywiołem, my leżymy na płasko w kajucie, a nasze żołądki przechodzą najbardziej ekstremalne testy na chorobę morską. Łup – w prawo, łup – w górę, łup – w lewo, łup – w dół… Testy wypadają dla nas nad wyraz pomyślnie, ale dźwięki z toalety informują nas, że nie każdy z załogi miał tyle szczęścia…

Dzień 4
Rano morze jest spokojne. Rano słońce drzemie za chmurami, wiatr leniwie porusza żaglami, a katamaran sunie po płaskiej powierzchni wody. Sprzątamy: porządkujemy rzeczy zrzucone z półek przez nocny żywioł i wylewamy wodę, która jakimś cudem dostała się do kajuty. Dopływamy do Puerto Obaldia.

Puerto Obaldia, Panama

Puerto Obaldia to ostatnie miejsce przed granicą z Kolumbią. To spokojne miasteczko portowe leży u stóp Darien i wygląda, jak zagubione w czasie i przestrzeni. Morze Karaibskie tchnie ulotnym urokiem, wiatr zamiata kurz po sennych uliczkach, a na horyzoncie czai się dżungla. Podróżnych wita wojsko – żołnierze po krótkiej rozmowie kierują nas do punktu granicznego, gdzie sprawy toczą się rytmem z ubiegłej epoki. Celnik, niczym wybudzony z poobiedniej sjesty, leniwie wypełnia długie tabelki w papierowej księdze, po czym wysyła nas do punktu ksero, na drugi koniec miasta, który znajduje się… tuż za rogiem. Pani w punkcie ksero bez pospiechu kseruje nasze paszporty, których kopie lądują w przepastnej szufladzie pana celnika, a pieczątki już po chwili znajdują się w naszych paszportach. Celnik żegna nas uprzejmie, po czym zamyka swój kram na siedem spustów i idzie do domu. Jest 4 po południu…

Z pieczątkami wyjazdowymi wracamy na katamaran. W sensie prawnym nie jesteśmy już w Panamie – i jeszcze nie jesteśmy w Kolumbii. Jesteśmy gdzieś pomiędzy krajami, na morzu, otoczeni przez niezliczone wyspy, w cieniu Darien, dryfujemy na wschód. Na ten czas znaleźliśmy się na poza systemem i oficjalnie nie ma nas w tej chwili w żadnym państwie świata.

Wiatr dmie w żagle, ruszamy w stronę Kolumbii, a Muriel podskakuje i krzyczy z radości na przodzie katamaranu. A kiedy Muriel się cieszy, nie można pozostać obojętnym, biegniemy więc w jej kierunku i już po chwili my również krzyczymy z radości. Tuż obok nas płyną delfiny!

delfiny, San Blas

Niczym przewodnicy pomiędzy krajami, delfiny suną tuż przed nami, wyskakują nad powierzchnię, bawiąc się kreślą na wodzie fantazyjne wzory i wyglądają, jak gdyby się uśmiechały. W ten sposób radosne delfiny witają nas w Kolumbii.

Dzień 5
Wstajemy i myślimy: to była już ostatnia noc na katamaranie. To ostatnia noc bez stałego gruntu pod nogami. Ostatnia noc w dzikiej kołysce, gdzie wstanie z łóżka jest zupełnie niemożliwe. Ostatnia noc.

Za oknami widnieje Capurgana – kolumbijskie miasteczko, do którego nie prowadzi żadna droga.

Capurgena, Kolumbia

Capurgana jest dostępna tylko drogą morską i powietrzną. Ta maleńka miejscowość składa się z zaledwie kilku ulic, plaży, portu i lotniska. Liczne hotele, hostele, restauracje i pijalnie soków w sezonie pękają w szwach – ale teraz jest tu cicho i spokojnie. Poza nami do portu przybijają tylko łodzie rybackie, a na lotnisku ląduje jeden niewielki samolot.

Największą atrakcją Capurgany jest plaża przy ciepłym, Karaibskim Morzu.

Capurgana, plaża

Plaża jest zupełnie pusta, wskakujemy do wody, a po kilku minutach dołącza do nas pan z panią, najwyraźniej spragnieni słońca. Po chwili państwo podpływają bliżej, pytają, skąd jesteśmy i bardzo się cieszą słysząc, że przybywamy do Kolumbii z Europy. Oni sami są Kolumbijczykami – przed chwilą przylecieli samolotem z Bogoty. Przylecieli tylko na chwilę – zakosztować słońca i morza.

Po krótkiej rozmowie następuje długie pluskanie się w gorącej wodzie. Po południu wracamy na pokład – dołącza do nas Jonnatan z pieczątkami wjazdowymi w naszych paszportach. Jesteśmy już w Kolumbii – ciałem, duchem i paszportem!
Odbijamy od brzegu – przed nami jeszcze kilka godzin drogi. Wypływając z portu widzimy niewielki samolot, który startuje i mknie w górę, na wschód… Czyżby wizyta naszych nowych znajomych z Bogoty była aż tak krótka?

Jonnatan spogląda w morze i najwyraźniej coś go niepokoi.
– Morze tutaj jest niebezpieczne – mówi po chwili.
– Morze tutaj jest bardzo niespokojne… – dodaje i znika w kajucie. Już po godzinie wiemy, że Jonnatan miał rację – katamaran ponownie staje się zabawką w rękach żywiołu. Leżymy, wstajemy tylko w obliczu najwyższej konieczności, oszczędzamy siły i nie walczymy z grawitacją. Nasze żołądki spokojnie znoszą wszelkie atrakcje – porównaniu z nowymi pasażerami, których w Capurganie Jonnatan zabrał na pokład, jesteśmy już niemal jak wilki morskie.

Słońce zachodzi za horyzont, a wraz z nim znika nadzieja na dopłynięcie do naszego portu przeznaczenia. Spędzamy na morzu jeszcze jedną noc. W taką noc sen nie chce przyjść, a przewracanie się z boku na bok zupełnie nie ma sensu. To żywioł przewraca nas z boku na bok i z pleców na brzuch, a my spokojnie poddajemy się jego woli.

Dzień 6
Rano morze jest nadal niespokojne – jesteśmy już przy brzegu, a wielkie fale wciąż rzucają katamaranem. Jonnatan rozgląda się dookoła i decyduje, że opuszczenie pontonu na wodę jest zbyt niebezpieczne. W kapoku i bez butów, Jonnatan wskakuje do wody i płynie do brzegu, by po godzinie wrócić w dużej łodzi, z lokalnym rybakiem.

Łódź obija się o katamaran, burta uderza o burtę. Nie ma mowy o spokojnym przejściu z pokładu na pokład – w pośpiechu przerzucamy bagaże i mamy nadzieję, że spadną do łodzi; przeskakujemy w chwili, gdy burty są najbliżej; podajemy sobie Cloe z rąk do rąk i trzymamy się wszystkiego, co tylko nie wymyka się naszym dłoniom. Po kilku minutach walki z falami, dobijamy do brzegu.

6 dni – a miały być 2… 6 dni, podczas których spotkaliśmy egzotyczne plemię Kuna, poznaliśmy sekrety San Blas i Darien, zaprzyjaźniliśmy się z rodziną Jonnatana i z Alvaro. A teraz mamy się tak po prostu rozstać? Już nigdy nie wejść razem na łódź? Nie bawić się więcej z Cloe i nie słyszeć niezwykłego śmiechu Muriel? Nie cieszyć się razem ze spotkania delfinów i nie wysmarować się zielonym błotem? Już nigdy?

To było tylko 6 dni – a czujemy się tak, jak gdybyśmy spędzili razem długie lata. Wspaniałe lata we wspaniałej podróży. Żegnamy się więc – a jest to pożegnanie bardzo trudne. Muriel i Cloe wsiadają do małej taksówki i po chwili znikają za zakrętem – jadą rozpocząć swoje nowe życie, w nowym miejscu, wśród nowych ludzi mówiących zupełnie obcym językiem… Patrzymy tęsknie w ich kierunku i życzymy im jak najlepiej.

Dla nas to też początek nowego etapu podróży – to nasze pierwsze chwile w Ameryce Południowej. Chwytamy plecaki i ruszamy przed siebie: zupełnie obcą uliczką, w zupełnie obcym mieście i na zupełnie obcym kontynencie. Jaka właściwie jest Kolumbia? Czy to wciąż narkotykowa mekka, gdzie każdy krok grozi wielkim niebezpieczeństwem? Czy też – jak twierdzi Alvaro – jedynym niebezpieczeństwem Kolumbii jest jej urok, który może sprawić, że już nigdy nie będziemy chcieli wyjechać? Na razie nie wiemy – na razie ruszamy przed siebie w poszukiwaniu dworca autobusowego, a mijani po drodze Kolumbijczycy przyglądają się nam uważnie.

Kanał Panamski, czyli jak okiełznać żywioły.

Kanał Panamski, Miraflores Locks

Rozkoszujesz się chilijskim winem w Krakowie, popijasz kolumbijską kawę w Londynie, a może smakujesz ekwadorskiego banana w Barcelonie? Twój smakołyk przepłynął zapewne przez Kanał Panamski, który jest głównym pasażem międzynarodowego transportu morskiego. Co roku przez kanał przepływa 14 000 statków załadowanych aż po brzegi kukurydzą, soją, pszenicą, elektroniką i innymi towarami, które pędzą ze wschodniego wybrzeża USA do Azji, z zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej do Europy i ze wschodniego wybrzeża USA na zachód Ameryki Południowej. Przez kanał przepłynął nawet amerykański pływak Richard Halliburton, który ustanowił przy okazji nowy rekord płacąc na przeprawę jedynie 36 centów! Płynął oczywiście… wpław!

Mapa transportu, Kanał Panamski

Ukończony w 1914 roku Kanał Panamski pozwolił na usprawnienie transportu towarowego pomiędzy odległymi kontynentami oraz na obniżkę cen importowanych artykułów. Ale wcale nie było łatwo – aby wybudować kanał, człowiek musiał okiełznać naturę, która długo nie dawała za wygraną i w walce z cywilizacją zbierała krwawe żniwo. W miejscu dzisiejszego kanału, przed wiekiem znajdowała się tropikalna dżungla, której broniły trudno dostępne góry i zastępy komarów gotowe poczęstować malarią i żółtą gorączką każdego, kto tylko zapuści się w podmokłe tereny przesmyku panamskiego.

Potęgi żywiołów nie docenili Francuzi, którzy jako pierwsi rozpoczęli prace przy budowie kanału w 1881 roku. Francuskie plany zakładały budowę kanału na poziomie morza, a efekt miał mierzyć 22 metry szerokości i 9 metrów głębokości. Budowa ruszyły pełną parą: sprowadzono najlepszych specjalistów, zainwestowano 287 milionów dolarów, z przesmyku wydobyto 59 747 620 metrów sześciennych skał i ziemi, a w walce z naturą stosowano wszelkie ówczesne cuda techniki.
Po 9 . latach walki z żywiołem życie straciło ponad 22 tysiące pracowników – przy czym obfite żniwo zebrała malaria i żółta gorączka. Ci, którzy pozostali przy życiu – pospiesznie uciekli z Panamy, a Francja została zmuszona do złożenia broni w walce z naturą. Prace zostały przerwane.

Przez 14 lat miejsce budowy pozostawało we władaniu żywiołów, które spokojnie zjadały z trudem wydrążone kilometry kanału – aż w roku 1904 na pole walki powrócił człowiek. Amerykanie, po dokładnym zbadaniu wszelkich „za” i „przeciw”, podjęli się budowy kanału, a zaczęli od walki z… malarią i żółtą gorączką. By pokonać winne chorobom komary, rozpoczęto brukowanie dróg w Panama City i w Colon, osłanianie okien i drzwi, odkażanie domów, budowę wodociągów, osuszanie bagien oraz stojących wód, a wrogie komary z roku na rok coraz mniej zagrażały pracownikom.

Plan Amerykanów zakładał budowę kanału z uwzględnieniem wewnątrz lądowego, sztucznego jeziora Gatun, które jest położone na wysokości 26 metrów nad poziomem morza. Aby przetransportować statek z jednego wybrzeża na drugie, należałoby podnieść go na poziom jeziora, by następnie obniżyć jego położenie do poziomu morza.

Śluzy podnoszące statek, Kanał Panamski.

Podczas prac przy budowie kanału wydobyto ponad 153 milionów metrów sześciennych skał i ziemi. Maszyny stosowane przez Amerykanów wykopywały ponad 8 tysięcy ton skał i ziemi w ciągu 8 godzin. Po intensywnych pracach, 15 sierpnia 1914 roku, Kanał Panamski został oficjalnie otwarty, a pełna żywiołów natura gości już tylko w położonych obok kanału parkach narodowych.

Dziś Kanał Panamski liczy sobie ponad 77 kilometrów długości, a śluzy obecnie po obydwu stronach kanału podnoszą przepływające statki na poziom jeziora Gatun. Czas przepłynięcia przez kanał zależy od rozmiaru statku, i waha się od 8 do 10 godzin, a maksymalne wymiary statku wynoszą: szerokość 32,3 metra, długość 294,1 metra i zanurzenie 12 metrów. Przy śluzach znajdują się specjalne lokomotywy, które asystują statkom przy wpłynięciu i wypłynięciu z kanału.

Lokomotywy, Kanał Panamski.

Muzeum Kanału Panamskiego znajduje się przy śluzie Miraflores i każdego dnia gości wielu ciekawskich amatorów techniki.

Muzeum w Miraflores, Kanał Panamski.

Na zwiedzających czeka film 3D opowiadający historię kanału, czteropiętrowe muzeum prezentujące wystawy na temat historii, technologii, przyszłości oraz otoczenia naturalnego kanału oraz symulator, który pozwala każdemu „zasiąść” za sterami statku przepływającego przez kanał. Niemała atrakcją jest również obserwacja śluz, których zadaniem jest wyrównywanie poziomu wody.

Śluzy w Miraflores, Kanał Panamski.

Otwarte śluzy w Miraflores, Kanał Panamski.

Olbrzymie statki przepływające przez kanał, wypełniając swym rozmiarem niemal całą jego szerokość, a pompowana woda obniża ich położenie do poziomu morza.

statek, Miraflores, Kanał Panamski

statek obniżony, Kanał Panamski

Z okazji przypadającego na rok 2014 stulecia Kanału Panamskiego, planowane są liczne unowocześnienia, m.in. budowa trzeciego zestawu śluz. Nowe śluzy będą o 66% szersze i o 40% dłuższe, a maksymalny załadunek statków zwiększy się z 4500, aż do 12 000 kontenerów.

Kanał Panamski, drogi, mosty, tunele, wiadukty – czy człowiek ostatecznie pokonał naturę? Autostrada Panamerykańska, która dzielnie biegnie wzdłuż całej Ameryki Centralnej, urywa się nagle u stóp nietkniętej przez cywilizację prowincji Darien. Próby budowy dalszego odcinka podejmowano co prawda w 1971 i w 1992 roku – ale w obydwu przypadkach zostały one przerwane, a oficjalnym powodem była troska o środowisko naturalne i rdzenne plemiona zamieszkujące niedostępną dżungle. Jednak zarówno Panamczycy, jak i Kolumbijczycy których spotykamy po drodze, nie wspominają nawet o ekologicznych pobudkach – mówią natomiast o malarii i żółtej gorączce, która zabiła pierwszych robotników i o dżungli, która systematycznie pożera każdy z trudem wybudowany metr drogi.

Darien, Panama

Rozległe lasy deszczowe, niedostępne góry, olbrzymie bagna, rzeki o zmiennym biegu i rdzenne plemiona zamieszkujący dzikie Darien uniemożliwiają obecnie marzenie o drodze łączącej Panamę z Kolumbią. Czy Autostrada Panamerykańska nigdy nie zostanie ukończona, czy też – podobnie jak w przypadku Kanału Panamskiego – jest to tylko kwestią czasu i pieniędzy? Aktualnie nie ma dalszych oficjalnych planów budowy, rdzenne plemiona żyją spokojnie w swoich wioskach, a dżungla co roku przyjmuje wielu śmiałków, którzy zapuszczają się w Darien na motorach, rowerach lub pieszo. Niektórzy docierają do swojego celu, inni znikają po drodze – a poszukiwania zaginionych najczęściej są zupełnie niemożliwe. Darien to nie tylko moc żywiołu – to również kryjówka ludzi, którzy wiedzą, jak radzić sobie w dżungli. Niestety, tych ostatnich również należy się obawiać… Ale więcej na ten temat – w kolejnym poście.

Poza kanałem – czyli o innych atrakcjach Panama City.

Panama City

– Z czym kojarzy Ci się Panama City?
– Z Kanałem Panamskim – odpowie ponad 95% pytanych spoza Panamy (i znaczna część Panamczyków). Tymczasem Kanał Panamski znajduje się poza miastem, które samo w sobie ma również wiele do zaoferowania.

Już od pierwszych chwil czujemy się w Panama City niemal jak w domu. Stolica Panamy to duże miasto z piękną częścią zabytkową, nowoczesnym centrum i wszystkim, czego nam potrzeba. Tu znajdujemy dużą księgarnię, interesujące wystawy sztuki, przyjemne knajpki, a także wielkie galerie handlowe i dobrze wyposażone supermarkety. Tu ludzie uśmiechają się przyjaźnie i niespiesznie spacerują uliczkami starego miasta. Tu czujemy się niemal jak w Europie.

Historia miasta sięga 1519 roku, kiedy to hiszpańscy konkwistadorzy, zachęceni sukcesami w Ameryce Centralnej, postanowili wyprawić się do Peru po złoto Inków. Ponieważ z Hiszpanii do Peru droga daleka – Hiszpanie ustanowili miasto w sercu Panamy, które miało być punktem początkowym wszystkich ekspedycji do Ameryki Południowej. Osada nie przetrwała zbyt długo – już w 1671 roku miasto spłonęło doszczętnie, a ruiny dawnego grodu spoglądają na dzisiejszą stolicę z odległości 8 kilometrów i pod nazwą Panama Viejo („Stara Panama”) są niemałą atrakcją turystyczną.

Panama Viejo, Panama City

Po drugiej stronie nowoczesnego centrum znajduje się Casco Viejo („Stary Kask”), które powstało po pożarze pierwszej osady.

Casco Viejo, Panama City

Casco Viejo to dziś historyczna dzielnica miasta (od 2003 roku na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO) – pełna malowniczych placyków i wąskich uliczek. Tu styl Art Deco brata się z architekturą kolonialną, a tuż obok stoją karaibskie chaty.

Casco Viejo, plac, Panama City

Casco Viejo jest świadectwem kulturowego zróżnicowania kraju nie tylko pod względem architektonicznym – podczas spaceru po Casco Viejo najwięcej uwagi przyciągają bowiem… ludzie.
Tu spotkać można rodzimych biznesmenów i ekspatów, którzy przy lunchu rozprawiają o sprawach wagi niejednego kontenera. Tu urzędnicy i politycy przechadzają się obok artystów, a przybyli z całego świata turyści zatrzymują się przy straganach kobiet z indiańskiego plemienia Kuna, które sprzedają tradycyjne rękodzieło (tkaniny o nazwie Mola).

Kobieta z plemienia Kuna, Casco Viejo

Nie brak tu również panamskich kapeluszy, a całości dopełnia wspaniały widok na pełną wielkich statków zatokę panamską i na nowoczesne centrum.

Panama City, kapelusze

Panama City, centrum nad zatoką

W drodze do centrum mijamy niewielki port, skąd rybacy co dzień rano wyruszają na połów.

port rybacki, Casco Viejo, Panama City

Świeże ryby i owoce morza, prosto z sieci trafiają do rybnych restauracji, które wypełniają cały budynek stojący naprzeciw portu. Specjalnością rybnych restauracji jest Ceviche, czyli surowe ryby i owoce morza, marynowane w limonce, cebuli, soli i pieprzu, a podawane z solonymi krakersami. Zamawiamy najmniejszą porcję – pierwszy kęs jest przepyszny, przez chwilę rozkoszujemy się smakiem, ale mamy problem z dokończeniem potrawy. Przepyszne Ceviche jest po prostu bardzo „rybne” i bez dodatku juki czy choćby sałatki jest dla nas trudne do zjedzenia. Ruszając w dalszą drogę podziwiamy tłumy lokalnych, którzy ze smakiem pochłaniają największe porcje ceviche, jak gdyby były to świeże bułeczki. Udajemy się w kierunku centrum.

Panama City, kładka

Centrum – z wieżowcami, które drapią chmury na podobieństwo Manhattanu – pełne jest biurowców, hoteli, restauracji i nowoczesnych apartamentów. Tu pokoje hotelowe należą do najbardziej obleganych na całym świecie – nie sposób nie łączyć tego faktu z Kanałem Panamskim…

Panama City, centrum, deptak

Kanał Panamski zdecydowanie nie pozostaje bez wpływu na miasto. Strefa bezcłowa znajduje się co prawda w położonej po stronie Morza Karaibskiego miejscowości Colon, ale i w Panama City można znaleźć wiele towarów w interesujących cenach. Tuż obok Casco Viejo, wzdłuż AV Central, ciągną się liczne sklepy, w których można nabyć klapki za $0,99, koszulki za $1 i plecaki za $3.

AV Central, Panama City

AV Central, koszulki, Panama City

Stoiskom z tanimi towarami nie ma końca, a niska cena niekoniecznie pociąga za sobą niską jakość. Klapki za $0,99 i koszulka za $1 służą mi wiernie już od trzech tygodni.

Panama City to znacznie więcej, niż tylko Kanał Panamski. Miasto Panama jest wielkie, lecz pełne lokalnych smaczków; nowoczesne i historyczne; bogate w rodzimy kolorytu i międzynarodową atmosferę. To miasto, w którym warto spędzić co najmniej kilka dni, z których zapewne tylko jeden przypadnie na zwiedzanie Kanału Panamskiego. Ale jeden przypadnie na pewno – post na temat Kanału Panamskiego opublikujemy już wkrótce!

Bocas del Toro – karaibskie wyspy, gdzie nikt czasu nie liczy…

Bocas del Toro, plaża

Karaibskie plaże, błękitne morze, słoneczny blask i rafy koralowe – tak, to właśnie Bocas del Toro. Tam można spokojnie rozsiąść się na werandzie z kawą w dłoni, rozkoszować się pogodą i słuchać wody pluskającej pod podłogą. I nie wiedzieć: ani kiedy się przyjechało, ani kiedy się wyjedzie…

– Jesteśmy tu już 3 tygodnie, a jest tutaj super fajnie, tylko jest to miejsce strasznie wciągające. Dobre również, żeby odpocząć chwilę: morze i plaża i nic do robienia – piszą nasi znajomi, Madzia i Dominik z Bocas del Toro. – Przyjeżdżajcie!

Niewiele myśląc, pakujemy plecaki, zbaczamy z obranej przez nas trasy i po 5 godzinach drogi jesteśmy już w niewielkim porcie w miejscowości Almirante, skąd pływają wodne taksówki do Bocas del Toro. Planujemy spędzić tam 3 dni.

Bocas del Toro to wyspy na Morzu Karaibskim, ulokowane po zachodniej stronie Panamy. To raj dla nurków i każdego, kto lubi popluskać się w ciepłej wodzie. Gorące Morze Karaibskie bije na głowę chyba wszystkie morza świata jeśli chodzi o pływanie – woda ma niemal temperaturę powietrza, które przez cały rok jest tu gorące. Zanurzając się w Morzu Karaibskim, można poczuć wszechogarniające ciepło. To nie Bałtyk, gdzie przez kilkanaście minut trzeba gorączkowo wywijać kończynami, by rozgrzać się choć odrobinę. To nie lodowaty Pacyfik, gdzie ogromne fale stanowią poważne niebezpieczeństwo. To nawet nie Morze Śródziemne, gdzie przy pierwszym kontakcie z wodą dostaje się gęsiej skórki. Morze Karaibskie to przyjemne ciepło, w którym już od pierwszych chwil można się rozgościć.

Bocas, plaża

Plaże na Bocas to żółty piasek, palmy, słońce i zjawiskowe fale. A gdy już opuści się plaże – ścieżki biegnące wzdłuż wyspy zapraszają na spacery. Tak – byliśmy przekonani, że pływanie, jazda na rowerze, wyprawy kajakowe i spacery wypełnią nam cały czas, jaki spędzimy w Bocas del Toro.

Przypływamy do niewielkiego miasteczka Bocas, które znajduje się na największej wyspie – Isla Colon. Magda, Dominik i ich malutka córeczka Mila czekają na nas w porcie, jedziemy do wynajmowanego przez nich domku i… no właśnie, i co dalej?

– Ile czasu byliście w Bocas del Toro? – pyta nas turystka, którą spotykamy w drodze powrotnej. Siedzimy w taksówce wodnej i płyniemy już do Almirante.

Patrzymy po sobie w milczeniu i z trudem próbujemy policzyć dni. Kiedy przyjechaliśmy? Co robiliśmy drugiego dnia, a co czwartego – i czy w ogóle był czwarty dzień? Ile my właściwie czasu spędziliśmy w Bocas del Torro?

– Tydzień… – odpowiadamy po dłuższej chwili. – Ale w zasadzie niewiele tu robiliśmy.

– Ja też – odpowiada turystka. – To idealne miejsce na nic nie robienie.

Jak wyglądało nasze nic w Bocas del Toro?

Bocas del Toro, domki na palach

Dni spędzamy w jednym z wielu uroczych domków, które stojąc na palach wznoszą się tuż nad wodą. Pod podłogą chlupocze Morze Karaibskie, wilgoć unosi się w powietrzu, przed południem pada deszcz, a my pijemy kawę i rozmawiamy. Ciepłe powietrze otacza nas ze wszystkich stron, a czas płynie zupełnie nas przy tym nie dotykając…

W Bocas del Toro można utonąć w płynącym czasie i nawet tego nie zauważyć. Bo w Bocas właściwie nie ma czasu – tu wszystko mieści się w tej samej, niesłychanie pojemnej chwili, która równie dobrze mogłaby trwać 5 sekund, jak i rok. Ile czasu minęło od naszego przyjazdu? Jak dawno temu wstaliśmy z łóżek? Która jest godzina? Od jak dawna słyszymy chlupot wody pod podłogą? Jest sennie… ciepło… spokojnie… sielsko… Nic nas nie ponagla, nic się nie dzieje, nic nie ma – bo to wszystko jest gdzie indziej. W Bocas del Toro nie ma się do czego spieszyć, nikt więc nie patrzy na zegarek. Tu siedzi się po prostu na drewnianej werandzie i słucha wody pluskającej pod podłogą. To miejsce jest poza zasięgiem pospiechu, działania i wszelkiej aktywności. To miejsce, w którym się jest.

Podczas naszego siedmiodniowego pobytu w Bocas del Toro byliśmy: raz na plaży, raz na przejażdżce rowerowej, raz na kajakach, kilka razy na zakupach. I to już wszystko – pozostały czas pochłonęło błogie nic nie robienie na werandzie.

Madziu i Dominiku – dziękujemy Wam za to doświadczenie!
Blog Madzi i Dominika znajduje się tu: http://enruta.pl/
Pod hasłem „Opowieści karaibskie” jest tam nieco więcej informacji o Bocas del Torro.

Cerro Chirripo – tajemnica najwyższego szczytu Ameryki Centralnej.

Cerro Chirripo

Cerro Chirripo wznosi się dumnie na wysokości 3820 m. n.p.m. i spogląda z wyżyn nie tylko na Kostarykę, lecz również na pozostałe kraje regionu. Chirripo to najwyższy szczyt Kostaryki i całej Ameryki Centralnej, to również jedyne miejsce na przestrzeni setek kilometrów, w którym przydadzą się pełne buty, długie spodnie, a nawet kurtki, polary i rękawiczki. Nocą temperatura spada poniżej 0°C, a jedyne schronisko znane jest z nieszczelnych okien, lodowatej wody braku ogrzewania. Klimat Cerro Chirripo bliższy jest niższym partiom Himalajów, niż odległym zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów wioskom i miasteczkom.

San Gerargo de Rivas leżące u stóp Cerro Chirripo to baza wypadowa dla śmiałków zdążających na szczyt. Wioska pełna jest luksusowych hoteli i restauracji zdecydowanie nieprzyjaznych dla kieszeni budżetowego podróżnika – decydujemy się więc na nocleg w odległym o kilkanaście kilometrów San Isidro de El General. By nadrobić odległość, musimy wyruszyć o świcie – niestety jedyny autobus do San Gerardo jest o godzinie 9 rano…
Niezrażeni przeciwnościami komunikacyjnymi, o 7 rano jesteśmy już w autobusie jadącym do leżącego w połowie drogi Rivas – miasteczka, w którym kończy się asfalt. Wysiadamy z autobusu, ruszamy pod górę i raczej dla żartu próbujemy łapać „stopa”, ale już po chwili zatrzymuje się samochód z napędem 4×4, a sympatyczny Kostarykanin zaprasza nas do środka.

– Cerro Chirripo to bardzo szczególne miejsce – mówi Kostarykanin, podczas gdy auto podskakuje na wyboistej i krętej drodze, a my po raz pierwszy rozumiemy, że pasy bezpieczeństwa w samochodzie 4×4 to nie dodatek kosmetyczny, tylko absolutna konieczność.

– Byłem na szczycie wiele lat temu – kontynuuje kierowca. – Każdy, kto tu mieszka, przynajmniej raz w życiu powinien wejść na Chirripo.

Pytam, dlaczego szczyt Chirirpo jest tak szczególny, ale Kostarykanin nie chce mi odpowiedzieć, uśmiecha się tylko i życzy nam udanej wyprawy. Dziękujemy za podwiezienie i machamy na pożegnanie – samochód 4×4 odjeżdża w swoją stronę, a tajemnica Cerro Chirripo wraz z nim znika za pobliskim wzgórzem.

Do ranger station – miejsca, w którym kupuje się bilety – docieramy w okolicy 9 rano. Pan siedzący za biurkiem twierdzi, że jest już za późno i nie możemy dziś wyjść na szlak – sama droga zajmie nam przynajmniej 7 godzin. Po krótkiej rozmowie przekonujemy pana, by pozwolił nam iść – mamy doświadczenie w chodzeniu po górach.

Szczyt znajduje się w Cerro Chirripo Nacional Park, gdzie gęste lasy i rozległe doliny przenikają się nawzajem, a tapir mieszka pospołu z jaguarem. Pierwsze kilometry szlaku nagradzają pięknymi widokami okolicy.

okolice Cerro Chirripo

Dalsza droga wiedzie przez lasy, a każdy kilometr jest bardzo dobrze opisany – o zmianie wysokości informują nas nie tylko świszczące płuca, lecz również kolejne tabliczki.

tabliczka na szlaku do Cerro Chirripo, Kostaryka

Po drodze słyszymy nietypowe dźwięki, zatrzymujemy się i słuchamy w ciszy. Gwizdanie? Skrzypiąca huśtawka? Nie – to ukryte pomiędzy drzewami quetzale wydają tak hipnotyzujące odgłosy. Ptaki z gatunku quetzal niezwykle rzadko pokazują się publicznie – nam udało się uchwycić jedynie ich śpiew (jako że quetzale ukrywały się głęboko w lesie, film umieszczony poniżej radzimy oglądać z głośno ustawionym dźwiękiem).

Po koncercie quetzali ruszamy dalej, droga biegnąca pomiędzy drzewami pnie się ostro pod górę i zdradziecko opada w dół, aż w końcu las przerzedza się ustępując miejsca górskim krajobrazom.

DSCN8278

Temperatura spada drastycznie, ubieramy się we wszystko, co tylko mamy ze sobą i jeszcze przed zmrokiem docieramy do schroniska położonego na wysokości 3400 m n.p.m.

W schronisku nie można kupić jedzenia, nie ma również ogrzewania, ciepłej wody ani szczelnych okien. Jest za to zimna woda zdatna do picia, proste pokoje z twardymi łóżkami i woda w kranie o temperaturze lodowcowej. Są również inni podróżni, którzy chętnie użyczają nam gazu do gotowania, którego nie udało nam się kupić nigdzie od Meksyku. Gotujemy prostą kolację i przed 8 wieczorem, podobnie jak wszyscy goście schroniska, jesteśmy już w pokoju. O 8 wieczorem gaśnie światło – nie zostanie włączone aż do 6 wieczorem następnego dnia.

Po kilku miesiącach spędzonych w klimacie równikowym jesteśmy gotowi na temperaturę minusową. Wiele razy marzyliśmy wręcz o śniegu, o zachmurzonym niebie i o zimnym wietrze, który przyniósłby nam ukojenie. Ubrani we wszystko, co mieliśmy ze sobą i otuleni w ciepłe śpiwory zapadamy w sen, a rześkie powietrze gór wpadające przez nieszczelne okna to dla nas prawdziwa przyjemność.

Wstajemy wraz ze świtem, jemy szybkie śniadanie i przez oszronione trawy ruszamy na szczyt. Po drodze mijamy uszkodzony rurociąg – woda tryskająca na zewnątrz natychmiast zamarza.

DSCN8196

Przed nami rozciąga się przepiękny górski krajobraz – liczne szlaki prowadzą do licznych celów, a łańcuchy górskie wydają się ciągnąć w nieskończoność.

DSCN8204

Po półtorej godziny marszu docieramy na wierzchołek najwyższej góry Ameryki Centralnej.

Travelike.pl na szczycie Cerro Chirripo, Kostaryka.

Stojąc na szczycie Cerro Chirripo, można zobaczyć Pacyfik po jednej, i Morze Karaibskie po drugiej stronie. Rozglądamy się dookoła podziwiając jeziora, pasma, przełęcze i dolinki, ale zbyt słaba widoczność nie pozwala nam zobaczyć morza.

Widok z Cerro Chirripo, Kostaryka.

Ruszamy w dół – o 6 wieczorem musimy być w San Gerardo de Rivas, aby zdążyć na ostatni autobus do San Isidro de El General. Po drodze mijamy znane nam już krajobrazy i liczne zwierzęta zamieszkujące okolicę.

Jaszczurka w Cerro Chirripo National Park, Kostaryka.

Słońce wznosi się coraz wyżej wydobywając z krajobrazu intensywne kolory i zmuszając nas do szybkiego zrzucania kolejnych warstw ubioru.

DSCN8284

Do wioski docieramy o 5.50, ostatkiem sił dobiegamy do przystanku autobusowego i cieszymy się, że zdążyliśmy. Przystanek jest pusty – nikt poza nami nie czeka na autobus, a miejscowi przyglądają nam się z ciekawością. Dla pewności pytamy, czy o 6 wieczorem będzie autobus – miejscowi przecząco kręcą głową. Ostatni autobus odjechał o 4…

Ruszamy więc wyboistą drogą w kierunku Rivas – jeżeli będziemy mieć szczęście, dotrzemy tam w ciągu dwóch godzin i może jeszcze złapiemy autobus do San Isidro. Powoli zapada zmrok, z nieba kapie lekki deszcz. Mijamy ostatnie światła uliczne i idziemy już w zupełnej ciemności, a deszcz nasila się. Opatuleni w kurtki z kapturami, z latarkami w dłoniach zdążamy zupełnie pustą, ciemną drogą uważając, by nie wpaść do jednej z licznych dziur, gdy w oddali dostrzegamy majaczące światła samochodu. Auto zbliża się do nas powoli, a my w desperacji wyciągamy dłoń nie licząc za bardzo na sukces tego przedsięwzięcia – ale samochód zatrzymuje się i uśmiechnięty Kostarykanin zaprasza nas do środka.

– Czy jedzie pan do Rivas? Chcemy złapać stamtąd autobus do San Isidro.
– Zawiozę was do San Isidro, wsiadajcie!

Wsiadamy rozradowani, a pan pyta, czy byliśmy na Cerro Chirripo.

– Tak, to piękny szlak – odpowiadamy z uśmiechem.
– Cerro Chirripo to bardzo szczególne miejsce – pan zamyśla się patrząc w ciemność. – To wyjątkowy szczyt. Byłem tam raz, wiele lat temu…
Pan milknie, jak gdyby w głowie odtwarzał wspomnienia.

– Czemu Chirripo jest tak wyjątkowy? – już drugi raz zadaję to pytanie. Pan – podobnie jak nasz poprzedni rozmówca – nie odpowiada, uśmiecha się tylko tajemniczo.

– Każdy, kto tu mieszka, przynajmniej raz w życiu wchodzi na Cerro Chirripo – mówi nasz kierowca. – Przynajmniej raz… Cieszę się, ze podobała Wam się nasza wyjątkowa góra.

Kostarykanin opowiada nam o sobie – tu się urodził i dorastał, u stóp Cerro Chirripo. Później wyemigrował do USA, ale po latach wrócił do Kostaryki – po prostu za bardzo kocha swój kraj, by być tak daleko. Życie w Kostaryce jest zbyt piękne – zwłaszcza tuż przy Chirripo. Ludzie są przyjaźni i serdeczni, a każdy dzień spędzony w cieniu góry, to dobry dzień.

Słucham i nie pytam już więcej o Cerro Chirripo – widocznie tajemnica tego szczególnego szczytu nie jest dla każdego. Być może Cerro kryje coś, co dostępne jest tylko dla mieszkańców tej przepięknej okolicy. A my – turyści przybyli z odległych zakątków świata – możemy wejść na szczyt i podziwiać widoki, ale nie tajemnica góry pozostaje poza naszym zasięgiem. Tajemnica zostaje tam, gdzie jest jej miejsce – w gronie mieszkańców okolicy, którzy cieszą się z każdego dnia spędzonego w cieniu Cerro Chirripo.

Nikaragua: Ometepe – blisko natury, daleko od cywilizacji.

wulkan Concepción

Woda, wszędzie woda i ani śladu lądu – choć przecież płyniemy przez jezioro. Port w Granadzie zostaje w tyle, a po kilku godzinach zza horyzontu wyłaniają się dwa szczyty – z początku majaczą niewyraźnie w oddali, by po chwili ukazać się w pełnej okazałości. Dwa olbrzymie wulkany wydają się wyrastać z wody, lecz wkrótce u ich stóp ukazuje się pas zieleni, wzdłuż którego mieszkańcy wyspy pływają małymi łódkami. Dotarliśmy na wulkaniczną wyspę Ometepe.

wulkan Concepción, zachód słońca

Położona na jeziorze Nikaragua wyspa jest unikatem na skalę światową – Ometepe to największa na świecie wyspa pochodzenia wulkanicznego otoczona przez słodkie wody. Jest to również najwyższa na świecie wyspa leżąca na jeziorze.

wulkan Concepción, widok z wulkanu Maderas

Północną część Ometepe dominuje masywny wulkan Concepción, który spogląda na okolicę z wysokości 1610 metrów. Concepción jest wciąż aktywny – jego ostatnia erupcja miała miejsce w 2010 roku, ale szlaki prowadzące na szczyt wulkanu są znacznie aktywniejsze od krateru. Co roku na Concepción wyruszają tłumy śmiałków, lecz nie każdy osiąga swój cel. Concepción jest szczytem trudnym do zdobycia – wejście zajmuje wiele godzin, a wulkan okazjonalnie uwalnia szkodliwe dla zdrowia gazy i pyły (jak to aktywne wulkany mają w zwyczaju).

Południowa część Ometepe jest pełna zieleni – wulkan Maderas porastają: las chmurzysty (cloud forest) i plantacje bananów, a po drodze na szczyt spotkać można wesołe małpy i wiele kolorowych gatunków ptaków. Droga pod górę wiedzie dobrze oznaczonym szlakiem. Wulkan Maderas mierzy sobie 1394 metry, a wewnątrz krateru znajduje się niewielkie jezioro.

wulkan Maderas

A w drodze powrotnej czekają niespodzianki.

– Chyba nie przechodziliśmy obok takich drzew…
– Nie pamiętam tej części trasy…
– Wydaje mi się, że idziemy inną drogą…

Dobrze oznaczony szlak wiodący pod górę, niepostrzeżenie rozwidla się w drodze powrotnej – i nie wiedząc jak i kiedy, nagle znajdujemy się na zupełnie innej ścieżce. Kompas wciąż wskazuje północ a my schodzimy w dół, czyli idziemy w dobrym kierunku. Właściwy szlak powinien znajdować się na wschód – próbujemy więc przedrzeć się przez gęsty las chmurzysty, ale plątanina lian, gałęzi i olbrzymich paproci nie daje nam najmniejszych szans.

las chmurzysty

Poza ścieżką grząska ziemia zapada się pod stopami, ukryte mrowiska eksplodują swoimi mieszkańcami, kolce i ciernie ranią nam skórę, a przeciskanie w leśnej gęstwinie jest zupełnie niemożliwe – po kilku minutach poddajemy się i wracamy na ścieżkę. Nie jest to nasz szlak, ale to jedyna droga, którą jesteśmy w stanie podążać. Kierując się na północ i w dół mijamy las chmurzysty, plantacje bananów, pastwiska pełne krów i szczęśliwie docieramy do drogi.

Wzdłuż brzegów wyspy ciągną się nikaraguańskie wioski, których mieszkańcy na co dzień żyją w cieniu wulkanów i w obliczu zagrożenia. Jedyna ulica otaczająca wyspę jest drogą ewakuacyjną.

DSCN7997

Wzdłuż owej trasy, obok domów, w ostatnich latach pojawiły się również restauracje, hotele i hostele. Ometepe jest uważana za najbardziej atrakcyjne miejsce w całej Nikaragui – nie tylko dla miłośników wulkanów. Wyspa oferuje również liczne plaże, na których turyści wylegują się całymi tygodniami. Nicole – turystka z Azji – spędziła tu 14 dni. Dlaczego właśnie na Ometepe? Bo jest tu pięknie… i bardzo tanio!

Dwuosobowy pokój w miejscowości Altagracia: $4 od osoby.
Duże śniadanie w restauracji na plaży: $2.

Kate jest na Ometepe już od 6 lat. Pierwsze trzy lata spędziła na zasłużonym odpoczynku – przeniosła się tu z USA na emeryturę. Ale po trzech latach relaksu zabrała się do pracy – i w miejscowości Moyogalpa wybudowała hostel z restauracją, gdzie z dumą obsługuje swoich klientów.

– Jeżeli szukasz jedzenia nikaraguańskiego, to jest złe miejsce – Kate wita mnie już od progu. – To jest amerykańska restauracja.
Spoglądam w menu i oczom nie wierzę – amerykańskie potrawy w nikaraguańskich cenach! Aby utrzymać restaurację, Kate musi pozostać konkurencyjna.

Smoothie bananowe: $1,5
Pankaces: $2
Omlet z serem i tostami: $2

Siadamy przy stoliku i zamawiamy omlety, wiatraki wirujące pod sufitem dają przyjemny chłód, a w tle brzmi relaksująca, amerykańska muzyka. Czekając na posiłek, rozmawiamy z siedzącą przy stoliku obok Elizabeth, która również przeniosła się do Ameryki Centralnej na emeryturę. Elizabeth, po latach mieszkania w Vancouver, zapragnęła dobrej pogody i niskich cen – kupiła więc dom w Kostaryce. Do Nikaragui przyjechała na wakacje, bo jest tu ładnie i tanio.

Nagle muzyka urywa się, wentylatory stają, światło gaśnie… ale nikt nie zwraca na to specjalnej uwagi. Na wyspie Ometepe to normalne – czasami jest prąd, a czasami nie ma. Podobnie z wodą – czasem na prysznic trzeba czekać do 11 wieczorem (na zimny prysznic – ciepły oferują tylko drogie hotele).

Kate przynosi nasze zamówienie i przeprasza, że zamiast tostów dostajemy chleb – ale bez prądu toster nie działa. Toaleta też jest zamknięta – już od godziny nie ma wody…

Problemy z prądem i wodą nie zniechęcają jednak nikogo – mieszkańcy nie wyobrażają sobie nawet, że gdzieś na świecie prąd w gniazdkach i woda w kranie są dostępne przez całą dobę. Turyści przybyli tu przecież dla wulkanów, plaż i niskich cen, które są tu cały czas, bez przerwy. Nas również przyciągnęła tu natura, a nie cywilizacja – jemy więc śniadanie w lekkim mroku, omlet zagryzamy suchym chleb i niczego nam właściwie nie brakuje. Wszystko jest na swoim miejscu – bo prąd i bieżąca woda po prostu nie są z tego świata

Nikaragua: z kolonialnej Granady prosto do dzikiej dżungli.

Laguna de Apoyo, Nikaragua

Malownicze jeziora, rozległe dżungle, dzikie wybrzeże karaibskie, liczne wulkany i historyczne miasteczka kolonialne sprawiają, że Nikaragua z roku na rok przyciąga coraz więcej turystów. Dodatkowym atutem są ceny – niemal o połowę niższe, niż w sąsiedniej Kostaryce.

Nazwa „Nikaragua” powstała z połączenia słów „agua”, co po hiszpańsku oznacza wodę i „Nicarao”. Nicarao było największym plemieniem zamieszkującym tereny dzisiejszej Nikaragui, gdy dotarli tam Hiszpanie. Na wieść o złocie, które miało wypełniać dziką Nikaraguę od Pacyfiku aż do Morza Karaibskiego, hiszpańscy kolonizatorzy przybyli tłumnie, po czym zabrali się do budowy miast kolonialnych – i tak powstała Granada.

Zasoby złota okazały się niewielkie, natomiast kolonialna Granada, po latach służenia za port handlowy, dziś przeżywa swój złoty wiek dzięki żywo rozwijającej się turystyce.

DSCN7772

Leżąca tuż przy brzegu jeziora Nikaragua Granada to miejsce, w którym wciąż odnaleźć można czar minionej epoki. Sercem miasta jest Park Centralny, a okalające go kamieniczki z rozległymi arkadami dają cień, który w ciągu dnia jest jak oaza w środku pustyni.

DSCN7770

Tuż przy parku stoi katedra, a wąskie uliczki stąd właśnie biorą swój początek – i rozchodzą się na wszystkie strony świata. W kolonialnych budynkach w szybkim tempie powstają kawiarnie, cukiernie, restauracje, puby, hotele i hostele. Amerykańscy ekspaci kupują mieszkania w historycznych kamienicach stojących w samym centrum i tym samym windują ceny nieruchomości do nieosiągalnych dla Nikaraguańczyków poziomów. Miasto, z roku na rok, zmienia się. Wciąż jeszcze senne i spokojne wydaje się nie przerywać popołudniowej sjesty – ale pierwsze kawiarniane stoliki już zostały wystawione na plac i ulice.

Granada

Turyści coraz dłużej przesiadują w nowo powstających knajpkach, a hostele z pokojami w cenach już od $5 za osobę przyciągają coraz więcej osób. Ale tuż obok Granady jest miejsce, które przyciąga jeszcze bardziej i pochłania nawet na długie lata.

Granada leży tuż obok dzikiej dżungli – i to właśnie do dżungli jadą wszyscy zmęczeni miastem, ludźmi i cywilizacją…

Przed laty do dżungli uciekł Rick – Amerykanin, który wypił w swoim życiu o jedną Coca-colę za dużo. Wypił, zgniótł puszkę, wyrzucił ją do kosza i wyjechał. Dżungla w Nikaragui była równie dzika i trudna do przebycia, jak miejska dżungla amerykańskiej metropolii – ale znacznie przyjaźniejsza. Rick postanowił, że w dżungli zostanie – i wybudował tam domek na drzewie, potem drugi, trzeci… a dziś ma już cały hostel złożony z domków na drzewach, położonych w dżungli, tylko 15 minut od Granady.

domek na drzewie w dżungli

Dżungla przyciąga wielu śmiałków – turyści pragnący kontaktu z naturą przybywają do domków na drzewie na kilka dni, a ekspaci pragnący zmienić swoje życie zostają tu nawet na wiele miesięcy w charakterze wolontariuszy.

hamaki, dżungla

DSCN7887

Dżungla to miejsce niezwykłe – tu czas płynie inaczej. Żar słoneczny leje się z nieba płosząc ptaki, małpy i ludzi – już pierwsze poranne promienie zmuszają każdego do poszukiwania cienia. W środku dnia dżungla ani drgnie – zabójcza temperatura paraliżuje wszelki ruch, absolutna cisza wisi w powietrzu i nawet wiatr wydaje się czekać na wieczór. Zegary prawie stoją w miejscu, słońce nie spieszy się w drodze ze wschodu na zachód, a czas jest jak guma – każda chwila ciągnie się w nieskończoność. Taki dzień należy spędzić w hamaku, w cieniu, spokojnie, po cichu. Gdy wreszcie słońce zbliży się do linii horyzontu, przyroda ożywa. Małpy, tak ciche w środku dnia, zaczynają wydawać dzikie odgłosy spośród gęstych drzew, mrówki i inne owady przygotowują się do bogatego życia nocnego, a ludzie podnoszą się ospale z hamaków, by podziwiać zachód słońca.

zachód słońca w dżungli

Pomiędzy angielskim turystą a amerykańskim wolontariuszem dostrzegam starszego Nikaraguańczyka z maczetą w jednej i latarką w drugiej ręce. Nikaraguańczyk spaceruje pomiędzy innymi i jako jedyny nie patrzy na zachód słońca. Pan z maczetą dobrze wie, że wraz z dżunglą do życia budzą się i ludzie – również ci, którzy gotowi są przybyć do hostelu w celach innych, niż odpoczynek.

Nieco później pan z maczetą puka do naszego pokoju i pokazuje nam, jak zamknąć drzwi na noc. Po krótkiej rozmowie pan udaje się na hamak, który wisi… tuż pod podłogą naszego domku. Ale co godzinę będzie się budzić i robić obchód pomiędzy domkami hostelu. Tak na wszelki wypadek.

Nocą dżungla jest jak Nowy Jork w ciągu dnia – hałas, zgiełk i tłumy przelewające się we wszystkich kierunkach. Groźne okrzyki małych małp mogą przyprawić o dreszcze nawet najodważniejszych, a przypadkowy krok w siedlisko „fire ants” („ognistych mrówek”) grozi naprawdę poważnymi konsekwencjami. Ciepłe, nocne powietrze jest pozbawione słonecznego żaru – ale spacer bez grubej warstwy odpowiedniego spray’u na skórze jest jak zaproszenie owadów na wystawną kolację. W dżungli nie ma zwykłych komarów – te, które są, po prostu zjadają biednych turystów żywcem zostawiając krwawe ślady i opuchliznę. Bo gdy jesteś w dżungli, w ciągu kilku sekund stajesz się częścią ekosystemu.

Dżungla pochłania i niełatwo stąd wyjechać. Rick został, mieszka tu już wiele lat i wciąż dostaje zgłoszenia od kolejnych wolontariuszy – w tej chwili jest ich nawet więcej, niż klientów hostelu! Ci, którzy zostają tu na dłużej, nie wyobrażają sobie powrotu do cywilizacji. W każdym razie nie teraz. Może kiedyś. Teraz nie wiedzą jeszcze, co robić z życiem. Najpierw muszą sobie w głowach pewne rzeczy poukładać, zrobić plany, podjąć decyzje. Ale to nie teraz. Teraz jest dżungla. W dżungli nie trzeba podejmować żadnych decyzji – tu każdy dzień wygląda podobnie. Tu trzeba tylko przetrwać upał i doczekać do wieczoru, a potem zrelaksować się w przyjemnym cieple wieczoru i z grubą warstwą środka na komary na skórze. Jack jest tu już 10 miesięcy, Ana 5 miesięcy, Jessica 3… Tu jest wszystko, czego im w tej chwili potrzeba. Na razie nie myślą o powrocie. Na razie pochłania ich dżungla.