Honduras – spotkanie z Garifuna.

Kręte i zmienne ścieżki naszych planów oraz wyboiste drogi Ameryki Centralnej wiodą nas do Hondurasu – kraju, w którym nie trzeba wysiadać z autobusu, aby zrobić zakupy na targu. W Hondurasie to targ wkracza do autobusu – liczni sprzedawcy, jeden po drugim, przelewają się przez wąskie przejście oferując owoce, warzywa, popcorn, tortille, chipsy bananowe, napoje i honduraskie słodycze, które składają się z mleka i cukru (sprawdziliśmy).

DSCN7538

DSCN7504

Honduras, podobnie jak pozostałe państwa regionu, ma za sobą czasy kolonialne – jednak nie tylko Hiszpanie zostawili po sobie ślad w tym kraju. Z początkiem XVII wieku Brytyjczycy, oczarowani mahoniem i innymi rodzajami drzew rosnących przy wybrzeżu karaibskim, postanowili rozwinąć w Hondurasie przemysł drzewny. Przełamując opór Hiszpanów, Brytyjczycy stworzyli bazę produkcyjną na wyspach Bay, a z pobliskiej Jamajki i innych wysp karaibskich sprowadzili niewolników. W 1797 roku karaibscy niewolnicy powstali przeciw swoim panom, wskutek tej nagłej rewolty odzyskali wolność i jako pierwsi ludzie o czarnym kolorze skóry osiedlili się przy wybrzeżu karaibskim Ameryki Centralnej.

Mijały lata i stulecia. Wielka Brytania wycofała się z wysp Bay, Honduras zyskał niepodległość, wielkie plantacje bananów wyrastały niczym grzyby po deszczu, władza w kraju przechodziła z rąk do rąk (i nie zawsze były to ręce czyste), a wyzwoleni karaibscy niewolnicy zbudowali drewniane chaty, założyli wioski rybackie i razem z rdzennymi mieszkańcami Hondurasu dali początek plemieniu Garifuna. Dziś czarnoskóre plemię ma swoją kulturę: muzykę, taniec, kuchnię a nawet własne święta. Liczne wioski Garifuna ciągną się wzdłuż wybrzeża karaibskiego od Belize aż do Nikaragui, a w Hondurasie kilka wiosek leży tuż przy nadmorskiej miejscowości Tela.

Miasteczko Tela ma wielkie ambicje karaibskiego kurortu i bardzo niewiele do zaoferowania. Kilkanaście brudnych ulic łączy się ze sobą gubiąc po drodze ład i porządek, kilka hoteli straszy pustymi oknami, stoły restauracyjne pokrywa gruba warstwa kurzu, a w parku miejskim przysypiają bezdomni. Wystarczy jednak wyjść na plażę, by zapomnieć o tym, jak wygląda miasto. Plaża w Tela, poza odpoczynkiem i wodą idealną do pływania, ma jeszcze jeden atut – w linii prostej prowadzi do wiosek rybackich Garifuna. Najbliższa wioska leży już 3 kilometry od miasta.

DSCN7451

Wioski Garifuna, same w sobie nietknięte przez developerów i agencje podróży, stanowią dziś niemałą atrakcję turystyczną. Turyści przybywają tam, by skosztować ryb z porannego połowu oraz nasycić się kokosowym chlebem i kokosowymi ciasteczkami. Sława kokosowych wypieków Garifuna obiegła cały kraj – świeżo wypiekane przysmaki można nabyć nie tylko w wioskach, ale i w pobliskich miasteczkach. Co rano kobiety Garifuna pakują kokosowe smakołyki do wielkich koszy i plażą ruszają do Tela – wrócą dopiero przed zmrokiem, gdy słodki towar zostanie sprzedany.

DSCN7465

Po krótkim spacerze plażą docieramy do La Ensenada, najbliższej wioski Garifuna. Witają nas proste chaty i zadaszenia, kilka pustych restauracji i grupa wesołych Garifuna sprzedających kokosowe wypieki. Kupuję kilka ciastek i bułek, ale po spróbowaniu wracam po więcej. Roześmiane kobiety podają mi kolejne ciastka – są zadowolone, że ich wypieki aż tak mi smakują. Już po kilku pierwszych słowach Garifuna zaskakują otwartością i serdecznością – rozmawiają ze mną jak z przyjacielem, śmieją się radośnie i pytają, skąd jestem.

– Polonia – odpowiadam. Na twarzach moich rozmówców pojawia się konsternacja. Po chwili milczenia pytam, czy mogę zrobić im zdjęcie – i tłumaczę, że prześlę je później e-mailem. Jedna z kobiet rozumie słowo „e-mail”, radośnie kiwa głową i daje znak innym, by ustawili się do zdjęcia.

DSCN7480

Robię zdjęcie i pokazuję efekt na wyświetlaczu, a wszyscy pozujący od razu podbiegają bliżej – śmieją się głośno widząc swoje twarze, przekrzykują się w swoim języku, po czym ustawiają się ponownie czekając na kolejne zdjęcia.

Garifuna dzieci

Po krótkiej sesji, przerywanej nagłymi wybuchami śmiechu, na kartce papieru zapisuję swój adres mailowy – dzieci patrzą na niego nie rozumiejąc, co to właściwie jest. Na hasło „Internet” chłopiec wykrzykuje „Facebook”! Tak – to słowo, w przeciwieństwie do tajemniczego „e-mail”, jest tu znane każdemu.

Powoli żegnam się, dziękuję za pyszne wypieki i pozowanie do zdjęć – ale widzę, że to ostatnie wcale się nie skończyło. Dzieci stają obok mnie w wymyślnych pozach i głęboko patrzą mi w oczy albo udają, że nie wcale zwracają na mnie uwagi. Robię im zdjęcie – a one natychmiast podbiegają, by na wyświetlaczu zobaczyć efekt – i tak zabawa trwa jeszcze kilka minut.

Garifuna dzieci

Robię ostatnie zdjęcia i przypominam pani, która znała znaczenie słowa „e-mail”, by wysłała do mnie wiadomość – a w odpowiedzi dostanie obrazki. Pani kiwa głową i macha radośnie na pożegnanie, dołączają do niej dzieci, a po chwili macha do mnie pół wioski. Odchodzę i mijam po drodze biedne zabudowania, proste dachy i wręcz prowizoryczne chaty. Zastanawiam się, kiedy i gdzie ta pani znajdzie Internet, aby wysłać do mnie wiadomość? Nawet my w Hondurasie mamy z tym spory problem. Ale pani, ani inni pozujący Garifuna, nie zastanawiają się już nad Internetem – dla nich ta chwila była ważna sama w sobie. Zobaczyli siebie na ekranie aparatu – zobaczyli się takimi prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu i dało im to wiele radości.

Czy moi wdzięczni modele dostaną swoje zdjęcia? Nie wiem – wciąż czekam na e-mail od wesołej pani, która jako jedyna z wioski zrozumiała znaczenie tego słowa…

Kawa, gangi i centra handlowe – czyli kilka słów o San Salvadorze.

San Salvador, stolica El Salvador, to niespełna półmilionowe miasto leżące u stóp wulkanu San Salvador (aglomeracja miejska liczy sobie ponad 2 miliony osób). Założone w 1525 roku, w swej barwnej historii doświadczyło licznych wybuchów wulkanów, trzęsień ziemi, powodzi i wojen, wskutek czego nie wygląda dziś jak jedno miasto. San Salvador wyglądem przypomina zbiór zupełnie osobnych miast, z których każde jest jak z innej epoki, innej kultury i innej szerokości geograficznej.

Znajdujący się w dzielnicy San Jacinto były dom prezydenta (la ex casa Presidencial) jest najlepszym świadectwem naturalnej przeszłości miasta.

casa Presidencial

Zbudowany w roku 1911 przez 90 lat służył za siedzibę kolejnych prezydentów El Salvador (których lwią część stanowili wojskowi!), aż nagle i niespodziewanie przeszedł na emeryturę. 13 stycznia 2001 roku w dzielnicy San Jacinto miało miejsce trzęsienie ziemi o sile 7,6 stopni w skali Richtera, wskutek którego dom prezydencki stracił swój pierwotny urok. Siedzibę prezydenta, w trosce o bezpieczeństwo głowy państwa, przeniesiono w inne miejsce, a odnowiony i odrestaurowany dom mieści dziś galerie, natomiast w rozległym ogrodzie odbywają się liczne imprezy.

casa Presidencial

Trzęsienia ziemi i aktywność wulkaniczna naznaczyły również centrum historyczne San Salvador. Zbudowane w czasach kolonialnych i wielokrotnie niszczone przez katastrofy naturalne, skurczyło się do zaledwie kilku budynków.

Palacio Nacional

Palacio Nacional, była siedziba rządu, dziś mieści wystawy prezentujące historię miasta, a stojąca po sąsiedzku katedra góruje nad Plaza Barrios.

Plaza Barrios

Tuż obok znajduje się duży i niezmiernie chaotyczny targ, a na ściśle upakowanych stoiskach można nabyć niemal wszystko – od domowej horchaty sprzedawanej w foliowych torebkach (ryżowy napój z dodatkiem cynamonu), aż do importowanych brzoskwiń, albumów muzycznych i najnowszych, amerykańskich filmów.

Głównym towarem eksportowym El Salvadoru jest kawa, natomiast import tego niewielkiego kraju zasługuje na wiele więcej, niż tylko jedno zdanie. El Salvador, jako jeden z najbogatszych krajów Ameryki Centralnej, spogląda tęsknie na Zachód, a Salwadorczycy z radością przyjmują coraz bardziej zachodni styl życia – nic więc dziwnego, że to właśnie tu powstają bastiony kultury zachodu, czyli wielkie galerie i centra handlowe.

San Salvador shopping

– W tej chwili w mieście znajdują się trzy centra handlowe – mówi Albert, nasz znajomy Salwadorczyk. – Pierwsze było wielkim wydarzeniem, Salvadorczycy z całego kraju przyjechali na otwarcie. Oczywiście nie wszystkich było stać na zakupy albo nawet na kawę – więc wiele osób po prostu chodziło tam na spacery i podziwiało niedostępne towary. Potem powstało drugie centrum, jeszcze większe i jeszcze piękniejsze – i teraz tam przychodzi najwięcej osób. Trzecie centrum jest zdecydowanie za drogie, więc nie ma zbyt wielu klientów.
– Zrobili tam nawet salon Ferrari – śmieje się Albert. – Wyobrażasz sobie, że ktoś kupuje tu Ferrari i jeździ nim po naszych drogach?

Podskakujemy na kolejnym, niezmiernie wysokim progu zwalniającym, a dość wysoko zawieszona Toyota Alberta zahacza podwoziem o próg. Po chwili wszyscy śmiejemy się z tego pomysłu.

Z braku prawdziwego i atrakcyjnego centrum miasta, mieszkańcy stolicy wieczorami i w weekendy zbierają się w centrach handlowych, nierzadko przyciągani przez dodatkowe atrakcje, jak np. wernisaż rzeźb piaskowych.

San Salvador centrum handlowe

Pogodni z natury Salvadorczycy lubią cieszyć się życiem, a ponieważ są stosunkowo dobrze sytuowani – nie odmawiają sobie zachodnich przyjemności. W sobotni wieczór centrum handlowe z importowaną z Zachodu rozrywką po prostu pęka w szwach.

San Salvador mall

Inne, znacznie bardziej mroczne dobro importowe El Salvador wciąż kładzie się cieniem na dalsze dzielnice miasta. Nie jest to w zasadzie dobro – lecz zło w czystej postaci. To importowane z USA gangi uliczne.

Historia gangów San Salvadoru sięga końca wojny domowej (1980 r.), kiedy to pierwsi salwadorscy emigranci wyjechali do USA. W wielonarodowym środowisku Los Angeles czekała na nich wrogość, dyskryminacja i inne niebezpieczeństwa ze strony gangów prowadzonych przez inne mniejszości narodowe. W opozycji do owych gangów, z potrzeby obrony salwadorskich obywateli, powstały pierwsze salwadorskie gangi: Mara Savatrucha (Mara, MS-13) i Calle-18 (18). Pierwszym celem była ochrona Salwadorczyków przed obcymi gangami, jednak z czasem Mara i 18 zaczęły cieszyć się innymi gangsterskimi korzyściami i rozszerzać swoją działalność na dalsze miasta USA. Przywódcy oraz najbardziej aktywni gangsterzy, schwytani i postawieni przed sądem, zostali wydaleni z USA – a wraz z nimi do El Salvador po raz pierwszy przybyła idea gangu.
Gangi Mara i 18, współzawodniczące ze sobą i wybijające się wzajemnie, na dobre rozgościły się w San Salvadorze. Ulice zaroiły się od gangsterów i gangsterek, których znakiem rozpoznawczym są tatuaże (w tym obowiązkowy niemal tatuaż na twarzy), drastycznie wzrosła ilość morderstw i innych zbrodni, a stolica El Salvador zyskała miano jednego z najniebezpieczniejszych miast świata.

Gangi rekrutowały swoich członków często wśród nieletnich lub pokrzywdzonych przez los – obiecywano im ochronę, wsparcie finansowe i uczucie przynależności do wielkiej, ponadnarodowej organizacji. Jedna z zasad każe kobietom należącym do gangu współżyć ze wszystkimi gangsterami – co dla panów stanowi dodatkową motywację do przystąpienia do gangu. Panie natomiast rodzą dzieci – często jedno po drugim, a ich ojcem jest gang, sam w sobie! Niemowlęta niejako z urodzenia są już dziećmi gangu…

Wzrost przestępczości i działalność gangów nie uszły uwagi policji, która w ramach walki z gangami wysłała na ulice tysiące funkcjonariuszy mających aresztować każdego, kto ma tatuaż (tatuaże członków gangu są bardzo charakterystyczne). Wielu gangsterów uwięziono, wielu zginęło z rąk wrogiego gangu, wielu zdecydowało się kontynuować swą działalność, a pozostali postanowili zerwać z przestępczą przeszłością. Chcą zakładać rodziny, pracować i żyć normalnie – tak, jak byli gangsterzy 18, którzy w jednej z dzielnic miasta otworzyli piekarnię.

Jednak gang to nie klub towarzyski – i nie można z niego tak po prostu odejść. Gang naznacza raz na całe życie, a wielki tatuaż na twarzy jest żywym świadectwem – dla policji i dla wrogich gangów. I tak byli gangsterzy są wielokrotnie aresztowani w drodze do pracy i nawet wiele lat po zerwaniu z przestępczością giną od strzału oddanego przez konkurencyjny gang… Bo tatuaż na twarzy dla wielu jest lepszym źródłem informacji niż ubranie, wyraz twarzy czy słowa…

Z gangu nie ma ucieczki, gang nie jest placem zabaw ani miejscem, które można bezkarnie odwiedzić – najboleśniej przekonał się o tym reżyser filmowy Christian Poveda. Poveda spędził 16 miesięcy filmując życie codzienne byłych gangsterów 18, a jego dokument na temat salvadorskich gangów „La Vida Loca”, ukończony w 2008 roku, zyskał międzynarodowe uznanie. Jednak Poveda nie spoczął na laurach – chcąc kontynuować pracę nad kolejnym filmem o gangach, powrócił na ulice San Salvador. W 2009 roku znaleziono go zastrzelonego, prawdopodobnie przez gangsterów Mary – największego wroga 18, z którą Poveda przez 1,5 roku żył jak najbliższy przyjaciel…

Film „La vida loca” o gangach w El Salvadorze znajduje się tu:

http://www.youtube.com/watch?v=jU-xJ4pqVj8

Wulkaniczna natura El Salvadoru.

Wulkanów w El Salvadorze nie brakuje (podobnie jak w innych krajach Ameryki Centralnej). W samym El Salvadorze jest ich 22, z czego 6 to wulkany aktywne. Aż 3 wulkany znajdują się w Parku Narodowym Cerro Verde, a jednym z nich jest imponujący wulkan Izalco.

Wulkan izalco El Salvador

Wysoki na 1950 metrów góruje majestatycznie nad okolicą i wydaje się oazą spokoju. Izalco jest wulkanem aktywnym, ale milczy już od 1966 roku i jest to jego najdłuższe milczenie.

Izalco to najmłodszy wulkan El Salvadoru – liczy sobie zaledwie 243 lata. Od chwil swych narodzin w 1770 roku aż do roku 1958 Izalco wybuchał niemal bez przerwy zyskując miano Latarni Pacyfiku, a jego erupcja w 1926 roku pogrzebała pobliską wioskę Matazano wraz z jej 56 mieszkańcami. W roku 1966, po kolejnej erupcji, wulkan zamilkł. Słuchamy tego niepokojącego milczenia, a wraz z nami przysłuchują się mu inne pobliskie wioski i miasteczka…

Wstęp do parku Cerro Verde kosztuje $3. Chcemy wejść na wulkan Santa Ana – i od razu dowiadujemy się, że opłata dla przewodnika to kolejny $1.
– Wolelibyśmy iść bez przewodnika – zagaduję pracowniczkę parku.
– To niemożliwe – słyszę w odpowiedzi. – Każdy musi iść w grupie, z przewodnikiem. Takie są zasady parku.

Po chwili zbiera się większa grupa, a wraz z przewodnikiem wita nas dwóch umundurowanych i uzbrojonych policjantów. Przedstawiając się tłumaczą, że ich zadaniem jest czuwać nad naszym bezpieczeństwem. Aktywny wulkan Santa Ana nie jest dla nas zagrożeniem, ale aktywni rabusie z okolicy to zupełnie inna sprawa… (policjanci nie pobierają żadnych dodatkowych opłat).

Ruszamy. Na początku grupy idzie pierwszy policjant, tuż za nim przewodnik, potem cała grupa, a pochód zamyka drugi policjant.

Szlak na wulkan Santa Ana

– Chyba trochę przesadzają – dzielę się swoimi przemyśleniami z idącym obok Anglikiem, który podróżuje po Ameryce Centralnej ze swoją dziewczyną.
– Niekoniecznie – odpowiada Anglik. – Na Trip Advisor czytaliśmy, że w styczniu tego roku aż 17 osób zostało napadniętych i obrabowanych na tej trasie.

Jak okazuje się po drodze, wulkan Santa Ana dostarcza niezliczonych atrakcji różnego rodzaju. Już po kilkuset metrach przystajemy przy drewnianej bramce, a za przejście przez nią musimy zapłacić po $1 od osoby (opłatę inkasuje uśmiechnięty, starszy pan). Po kolejnych kilkuset metrach docieramy do drewnianej chaty, gdzie cały zastęp lokalnych Salwadorczyków pobiera wspólnie opłatę $6 od osoby (wszystko z pełną księgowością – każdy płatnik zostaje zapisany w specjalnej księdze i otrzymuje nawet pokwitowanie). Wulkan Santa Ana leży co prawda na terenie parku narodowego, ale szlak na szczyt wiedzie przez ziemie należące do dwóch różnych, prywatnych właścicieli…

Ruszamy dalej, wyżej, w kierunku krateru. Szlak początkowo biegnie przez las, następnie wychodzimy na otwartą przestrzeń, gdzie pomiędzy zaschniętą lawą rosną tylko kaktusy. Chwilami spowija nas gęsta mgła, policjanci z poważnymi minami rozglądają się dookoła a przewodnik opowiada o wulkanie.

Wulkan Santa Ana

Santa Ana, wysoki na 2381 metrów, jest najwyższym z wulkanów w El Salvadorze. Jest to wulkan wciąż aktywny, a jego ostatnia erupcja w 2005 roku zabiła dwie osoby i zmusiła wielu mieszkańców okolicznych wiosek do opuszczenia swoich domów. Na szczycie dowiadujemy się również, że Santa Ana jest jednym z najpiękniejszych wulkanów w okolicy…

Krater Santa Ana

Gdy docieramy do krateru, naszym oczom ukazuje się jezioro, którego para nieustannie unosi się w powietrzu. Do jeziora wpływa woda o temperaturze 80 stopni Celsjusza, wprost z wulkanicznego źródła.

Krater Santa Ana

Santa

Stoimy w milczeniu podziwiając ten przerażający cud natury, a do naszych uszu dobiega szmer.
– To lawina – mówi przewodnik. – Małe lawiny kamieni z brzegów wciąż wpadają do krateru.
Na piękno wulkanu zupełnie nieczuli pozostają policjanci, którzy z użyciem lornetki dokładnie oglądają rozległy szczyt Santa Ana, bynajmniej nie w poszukiwaniu wulkanicznych atrakcji…

Santa Ana

Po dłuższej chwili schodzimy na dół, policjanci odprowadzają nas do samego wejścia do parku, a wyprawa odbywa się bez najmniejszego incydentu.

Innym aktywnym wulkanem El Salvadoru jest San Salvador, u którego stóp rozciąga się stolica o takiej samej nazwie. Na wulkan San Salvador nie trzeba jednak wchodzić – na sam szczyt prowadzi asfaltowa droga, a krawędzie krateru znajdują się na terenie parku narodowego (w którym jest nawet muzeum!).

DSCN7175

Wulkan San Salvador, wysoki na 1893 metry, pozostaje aktywny a jego ostatnia erupcja miała miejsce w 1917 roku. Dno krateru jest otwarte – wyszkoleni wolontariusze regularnie schodzą na dół, a nielicznych śmiałków przyciąga nadzwyczajna bliskość żywiołu.

DSCN7197

Jednak żywioł nie dopuści do siebie każdego – miejscami trasa wymaga trudnej wspinaczki, zwłaszcza w drodze powrotnej (wiem to z relacji Szymona, który zdecydował się zejść na dół, a po powrocie jego ręce, dłonie i ubranie nie pozostawiały wątpliwości co do tego, że mocował się z żywiołem…).

Aktywność wulkaniczna nie pozostaje bez wpływu na naturę, w tym również na… pobliskie plaże przy Pacyfiku.

DSCN7288

Wzdłuż wybrzeża El Salvadoru ciągną się wulkaniczne plaże, których czarny kamienisty piasek jest jasnym (a raczej ciemnym) świadectwem ich pochodzenia. Fragmenty zastygłej lawy tuż przy Pacyfiku są teraz wybiegiem dla licznych surferów, którzy szczególnie upodobali sobie plaże w okolicy nadmorskiej miejscowości La Libertad.

Wulkaniczna natura El Salvadoru to piękno i zagrożenie. Wulkany milczą, lecz mimo wszystko pozostają aktywne – gorące jeziora parują, ziemia drży, a czarne piaski wulkanicznych plaż wciąż przypominają o niebezpieczeństwie. Ale wulkany w Ameryce Centralnej to dużo więcej, niż tylko cud natury – to coraz bardziej rozwijający się biznes turystyczny. Liczne agencje oferują różnorodne wyprawy na wulkany: nocne wejścia z podziwianiem prawdziwej lawy; pikniki na zboczach kraterów, a nawet zjazdy na deskach surfingowych po zboczach wulkanów. Chętnych wciąż przybywa, a szyld reklamowy jednego z hostelów w Nikaragui głosi:

DSCN7706

Oczywiście, mowa tu o lawie z oddali, ujarzmionej, bezpiecznej, oglądanej jak dzikie zwierzęta w Zoo – z odpowiedniej odległości i przez kraty. Któż nie chciałby zobaczyć takiej lawy…?

Witamy w El Salvador.

El Salvador – uznawany za jeden z najniebezpieczniejszych krajów Ameryki Centralnej, gdzie przestępcy i drobni rabusie czyhają podobno na każdym rogu ulicy. Niektóre państwa odradzają swoim obywatelom podróży do El Salvadoru, a polscy internauci ostrzegają się wzajemnie przed wyprawą do tego niewielkiego kraju. Czy El Salvador naprawdę zasługuje na miano tak niebezpiecznego kraju?

Do Salvadoru jedziemy z Gwatemali, a nowa pieczątka w paszporcie zwiastuje zupełnie inny świat. Gwatemalę z Salvadorem łączy wspólna granica i… śniadania, na które w obydwu krajach tradycyjnie podaje się jajecznicę, fasolkę, smażone banany, tortille i kawę.

Obiad El Salvador

Gwatemalę z Salvadorem dzieli historia, ludność, ekonomia, styl życia, ogólny poziom bezpieczeństwa, a nawet kuchnia i sposób ubierania się.

Gwatelama to ostatni bastion plemienia Majów – aż 41% Gwatemalczyków stanowią rdzenni mieszkańcy tego kraju (przy czym kobiety codziennie ubierają się w „traje”, czyli tradycyjny strój Majów). Gwatemala to jeden z najbiedniejszych krajów Ameryki Środkowej, wielu Gwatemalczyków mieszka w prostych chatach bez bieżącej wody, a mieszkańcy stolicy – Gwatemala City – bynajmniej nie żyją w luksusach. Pomimo ubóstwa, Gwatemala jest uważana na dość bezpieczny kraj (wyłączając Gwatemala City i okolice Lago Atitlan).

El Salvador natomiast jest uznawany za jeden z najniebezpieczniejszych krajów Ameryki Środkowej (obok Hondurasu). Najczęściej spotykanym znakiem jest „zakaz noszenia broni” – który tyczy się oczywiście tylko przechodniów.

El Salvador rynek zakaz broni

Policja i ochrona (stojąca przed każdym bankiem, sklepem, apteką, a nawet kawiarnią) jest wyposażona w długą broń, niekiedy nawet w karabiny. Wysokie mury, metalowe bramy, kraty w oknach i druty kolczaste zdobią wszystkie ulice. Każdy sklep, apteka i bank zamyka się o 8 wieczorem; każdy hotel, supermarket i kawiarnia – o 22. Po zmroku miasta pustoszeją – tylko w samych centrach miast (i ostatnio – w nowoczesnych centrach handlowych) spotkać można amatorów rozrywek, którzy do domów wrócą samochodem lub taksówką. Nigdy na piechotę.

DSCN7021

Krwawa historia El Salvadoru jest historią licznych powstań, buntów i walki partyzanckiej rdzennych plemion z osadnikami, którzy sprawowali władzę. Prowadzona przez stulecia walka zdziesiątkowała rdzenną ludność, która aktualnie stanowi tylko 3-5% mieszkańców El Salvadoru, podczas gdy aż 94% Salwadorczyków to Metysi.

Już od pierwszych chwil w El Salvadorze czujemy się naprawdę mile widziani – Salwadorczycy uśmiechają się na nasz widok, są uprzejmi, pomocni i nade wszystko – bardzo serdeczni. Starszy pan idzie z nami do najbliższego zakrętu, by dokładnie pokazać nam drogę; pani w kawiarni na papierowej chusteczce rysuje dla nas mapę, abyśmy na pewno trafili do hotelu; policjanci z karabinami podchodzą do nas z szerokimi uśmiechami i pytają uprzejmie, czy wszystko u nas w porządku i czy nie mieliśmy przypadkiem jakichś problemów…

Salwadorczykom bliżej jest do Europejczyków, niż do swoich sąsiadów z Ameryki Centralnej – podróżują po świecie, z powodzeniem podążają za najnowszymi trendami mody rodem z USA i Europy, są przedsiębiorczy i z przyjemnością korzystają z tego, co ma do zaoferowania ich ojczyzna. A jak wiadomo, jednym z największych bogactw El Salvadoru jest kawa. Salwadorczycy z przyjemnością celebrują picie kawy – popijają ją z cukrem (nigdy z mlekiem!) i zagryzają słodkim pieczywem. Z udziałem kawy i przedsiębiorczości Salvadorczyków, El Salvador stał się jednym z najbogatszych krajów Ameryki Centralnej – ale na szczęście nie oznacza to wysokich cen.

Walutą kraju są amerykańskie dolary, co nie podoba się wielu Salwadorczykom – mówią, że za czasów starej waluty colón było lepiej, prościej i taniej. Mimo to El Salvador wciąż rozpieszcza niskimi cenami! Dwuosobowy pokój z osobną łazienką i wifi w samym centrum miasta Santa Ana kosztuje $10 (za 2 osoby!). Duże śniadanie z kawą w kawiarni: $1.25, obiad z napojem: $1.75, przejazd autobusem z Santa Ana do stolicy, San Salvador: $1. Ze zdumienia przecieramy oczy i z radością zajadamy się pysznymi owocami, ciastami i innymi salwadorskimi przysmakami.

Kuchnia El Salvador znacznie różni się od kuchni sąsiadów z Ameryki Centralnej – a Europejczyka może wprowadzić w niemałą dezorientację. Bo na przykład – co znajduje się na poniższym zdjęciu, zrobionym w salwadorskiej sieci fast-foodów?

El Salvador fast food

Po lewej to zapewne frytki? Nie, to smażona yuka. A po prawej to smażona kiełbasa? Nic z tych rzeczy – to tylko smażone banany… Ale najbardziej tradycyjną salwadorską potrawą są pupusy.

El Salvador fast food

Pupusy to zapiekane w cienkim cieście: ser, fasolka i do wyboru: świeże warzywa, marchewka lub mięsa. Pupusy podaje się z surówką oraz z sosem pomidorowym – chociaż niepozorne i tanie (już od $0.30 za sztukę) – są prawdziwą ucztą dla podniebienia!

Pupusas

El Salvador przywitał nas z otwartymi ramionami i od razu zaoferował wszystkie swoje bogactwa: serdecznych ludzi, pyszne jedzenie, przyjazne ceny i niesamowitą naturę. W tym niezmiernie uroczym kraju spędziliśmy ponad tydzień wspinając się na wulkany, wędrując do odległych wodospadów, spacerując późnym wieczorem po mieście w poszukiwaniu pupusów i zwiedzając stolicę, San Salvador. I ani razu nie odczuliśmy żadnego zagrożenia – podobnie jak internauci, którzy straszą się wzajemnie na forach podróżniczych. Bo to nie im bezpośrednio przytrafiło się coś złego – ale ich znajomym, albo znajomym znajomych, albo komuś, o kimś przeczytali na jakimś forum…

San Marcos La Laguna – miejsce ze szczególną energią…

Lago Atitlan

– Przyjeżdżam tu co roku, już od 20 lat – mówi pan Ernest. – To miejsce po prostu mnie przyciąga.
– Przyjechałam półtora roku temu, tylko na 2 tygodnie – opowiada Estera. – I zostałam na stałe.
– Pewnego dnia postanowiłem kupić tu ziemię i zbudować dom – wspomina Pete. – Bo to jest niezwykłe miejsce, z niezwykłą energią.

Znajdujące się w południowej Gwatemali Lago Atitlan jest najgłębszym jeziorem Ameryki Centralnej. Otoczone przez liczne wzgórza i osnute mgłą wygląda magicznie – bo kto wie, co czai się kilka metrów dalej, w gęstej bieli? I kto wie, jaką energię kryje tak naprawdę tajemnicze Lago Atitlan?

Lago Atitlan

Pradawna energia jest starsza niż samo jezioro, a po raz pierwszy dała o sobie znać już 11 milionów lat temu. Wtedy to w rejonie dzisiejszego Atitlan rozpoczęła się pierwsza aktywność wulkaniczna, która przez miliony lat rzeźbiła teren przyczyniając się do powstania trzech pobliskich wuklanów, licznych wzgórz, dolin oraz samego jeziora. Atitlan jest jeziorem wulkanicznym – jego woda wypełnia część kaldery powstałej podczas erupcji wulkanu 48 000 lat temu. Jezioro rozciąga się na ponad 130 km kwadratowych, a jego wody stoją w miejscu, nie płyną do morza. Czy stojąca woda oznacza złą energię? Innego zdania byli starożytni Majowie, którzy ok. roku 600 p.n.e. wybrali Lago Atitlan na swoją siedzibę. Znaleziska archeologiczne pozwalają przypuszczać, iż u brzegów jeziora znajdowały się wysokorozwinięte miasta Majów (część odnalezionych przedniotów znaleziono pod wodą, co sugeruje, że brzeg znajdował się wówczas znacznie niżej).

DSCN6876

Obecnie Lago Atitlan staje się obowiązkowym punktem wyprawy do Gwatemali – jest piękne, tajemnicze i ma wiele do zaoferowania. Wokół jeziora znajduje się 13 miast i wiosek, a do niektórych można się dostać tylko lokalną łodzią.

Lago Atitlan

Miasteczko Panajachel przyciąga miłośników życia nocnego, San Perdo La Laguna to raj dla backpackersów i amatorów wulkanów – na pobliski wulkan San Pedro prowadzi trzygodzinny szlak (z którego rozciągają się przepiękne widoki dla każdego, kto zapłaci za wstęp 100 quetzali). A San Marcos La Laguna przyciąga… spirytualistyczną energią.
Z Panajachel do San Marcos La Laguna płyniemy łodzią.

San Marcos

Mijamy położone tuż przy brzegu biedne wioski Majów, eleganckie hotele dla turystów i ekstrawagandzkie posiadłości ekspatów. Nad jeziorem unosi się biała mgła, nie widać wulkanu i nie słychać nic poza szumem silnika. Wysiadamy na drewnianym pomoście.

San Marcos La Laguna

Dwóch małych chłopców (Majów) próbuje pomóc nam przy wyjmowaniu bagaży, a kilka kroków dalej siedzi siwy pan z długimi włosami i długą brodą. Pan wygląda jakby medytował, a aparycja wytrwałego hipisa dodaje mu szczególnego uroku. Chłopcy z całej siły ciągną plecaki – i upadają pod ich ciężarem na pomost, po czym dają za wygraną.

– De donde eres? – jeden z chłopców pyta mnie, skąd jestem.
– Soy de Polonia – odpowiadam, że z Polski.

– Jak podróż minęła? – słyszymy zadane po polsku pytanie. Unosimy głowy i widzimy medytującego „hipisa”, który przedstawia się nam jako Ernest. Pan Ernest ma już ponad 60 lat (choć nie wygląda nawet na 50!), jest Polakiem i przyjeżdża do San Marcos La Laguna co roku, od ponad 30 lat. Coś go tutaj ciągnie – to dobre miejsce dla rozwoju duszy. Tu można medytować i mieć kontakt z energią spirytualistyczną. Tu właściwie każda chwila jest medytacją – wystarczy przysiąść na pomoście i spojrzeć w jezioro. Albo przystanąć w pobliskim lesie. To miejsce przyciąga pana Ernesta co roku i zatrzymuje na wiele tygodni.

San Marcos La Laguna przyciąga nie tylko pana Ernesta – w miasteczku znajdują się liczne ośrodki oferujące zajecia z jogi, kursy medytacji, reiki, kursy słońca i kursy księżyca a nawet nauka stawiania tarota.

San Marcos

San Marcos

San Marcos

W pobliżu jeziora czujemy się niemal jak na nowojorskim Bedford – więcej jest tu białych joginów z dredami, warkoczykami i w szerokich spodniach niż Majów, prawdziwych mieszkańców San Marcos La Laguna.

San Marcos

Przybywający licznie amatorzy spirytualistycznej energii spędzają w San Marcos La Laguna wiele tygodni a nawet miesięcy – medytują, biorą udział w przeróżnych kursach, doświadczają „spirytualistycznej” energii, a nawet zostają tu na stałe…

Pete pochodzi z Niemiec. Pewnego dnia postanowił odbyć podróż dookoła świata, a że nie spieszył się – zajęła mu ona ponad 10 lat. Odwiedził plemiona zamieszkujące odległe góry Pakistanu i zapomniane wioski chińskich prowincji, widział nieznane cuda kultury Iranu i pustynne stepy Mongolii – ale to właśnie San Marcos La Laguna przyciągnęło go w sposób szczególny. Pete kupił ziemię i postanowił zbudować tu dom – ale nie w centrum miasteczka, tylko dużo dalej, tuż przy osiedlu Majów. Przygotował teren, zasadził kawę na zboczu góry, z pomocą lokalnych Majów postawił fundamenty i… poznał Esterę.

Estera pochodzi z Izraela i od lat uczy jogi. Do San Marcos La Laguna przyjechała tylko na 2 tygodnie – przyciągnęła ją sława owej niezwykłej energii. Po kilku dniach poznała Pete’a – i postanowiła zostać z nim na stałe. Mieszkają teraz razem w domu, który wciąż jest w trakcie budowy. Cieszą się uprawą kawy, pięknym widokiem i wspaniała pogodą, ale wszystkie drzwi i okna zawsze zamykają na klucz (tak – każde okno posiada zamek). Przed zamkniętym domem siedzi wielki pies, a nieco dalej jest metalowa brama. Ogrodzenia jeszcze nie ma… ale będzie. Wkrótce. Tuż za bramą znajduje się biedne osiedle Majów.

San Marcos

San Marcos

– Chcecie iść na spacer szlakiem do następnej wioski? – pyta Estera. – Weźcie maczetę, ale nieście ją tak, żeby było ją widać. Jeżeli idziecie we dwoje z maczetą, to nikt was nie napadnie.

– Musicie zrozumieć tych ludzi – mówi Pete. – Oni nie mają nic… To nie są zbrodniarze, to po prostu biedni chłopi, którzy szukają łatwej okazji. Zawsze mają przy sobie maczety, bo to ich narzędzie pracy. Gdy widzą samotnego turystę, łatwo jest im go okraść…

Przewodnik Lonely Planet z roku 2012 ostrzega: na szlakach wokół jeziora Atitlan często czyhają rabusie. Co roku zdarzają się napady i kradzieże.
Przewodnik Lonely Planet z roku 2007 ostrzegał: na szlakach wokół jeziora Atitlan często czyhają rabusie i zbrodniarze. Co roku zdarzają się napady, kradzieże, gwałty i morderstwa…

– Czy to znaczy, że z roku na rok jest coraz lepiej? – pytam Pete’a.
– Ciężko powiedzieć – odpowiada zamyślony. – Ciężko powiedzieć…

Idziemy główną uliczką osiedla Majów – i jesteśmy tak bacznie obserwowani, że nie odważam się nawet wyjąć aparatu. Chłopcy wołają do nas „hola” (cześć), kobiety uśmiechają się, ale mężczyźni nie spuszczają nas z oczu. Jest środek dnia, idziemy we dwoje i z maczetą – ale i tak czuje się w powietrzu „złą” energię… Jest to energia obserwowania naszego plecaka, oglądania naszych butów i kieszeni, energia kilku nastoletnich chłopców wymieniających porozumiewawcze spojrzenia i energia oceniania naszej maczety… Jest to energia, która bynajmniej nie przyciąga.

– Obrabowali dziś szkołę – mówi wieczorem Pete. – Ukradli wszystkie komputery.
– Kto?
– Majowie. Oczywiście nie wiadomo kto dokładnie… Ale mam nadzieję, że teraz ktoś zajmie się bezpieczeństwem w tym mieście.
– Ja też mam taką nadzieję – mówi John, Amerykanin, który cztery miesiące temu kupił ziemię w San Marcos La Laguna. – Chciałoby się mieszkać gdzieś, gdzie jest bezpiecznie…

Jest wieczór, Pete i John wrócili ze spotkania ekspatów, na którym zastanawiali się, w jaki sposób poprawić bezpieczeństwo w okolicy. Wynająć prywatnych ochroniarzy? Zamontować alarmy w domach? Skierować apel do władz?
Siedzimy w zamkniętym domu Pete’a, tuż przy osiedlu Majów – a dwieście metrów dalej znajduje się ośrodek medytacji i jogi, gdzie przybyli turyści korzystają z dobrej energii tego miejsca. Miejsca, które przyciąga – najpierw na kilka tygodni, potem na kilka miesięcy, potem na stałe… A potem? Na razie nikt nie mówi o wyprowadzce, ale ja po cichu cieszę się, że już za kilka dni opuszczamy to miejsce. I myślę, że być może w tej właśnie chwili kolejny miłośnik dobrej energii postanawia kupić tu ziemię, wybudować dom i osiedlić się na stałe. Czy przed podjęciem decyzji wyjdzie z bezpiecznego i malowniczego ośrodka medytacji, aby przywitać się z Majami? Aby poznać ich codzienne problemy i potrzeby?

Ośrodek jogi i medytacji to teren przybyszów, miejsce na pochłanianie „dobrej” energii. Pobliskie osiedla to teren Majów, to ich świat, ich sposób na życie i ich „energia” – zupełnie inna od tej z ośrodka jogi i medytacji. To energia, którą warto poznać przed podjęciem decyzji – bo zamieszkanie na stałe to nie wakacje. To nie bezpieczny ośrodek w centrum miasteczka i codzienne medytacje – to życie z lokalnymi ludźmi, z ich sprawami i problemami. I z lokalną energią, tak daleką od tej z wakacyjnego ośrodka.

Tradycja i turystyka – czyli ile Gwatemali w Gwatemali?

Rękodzieło w Gwatemali

Turysta odwiedza obcy kraj, ponieważ chce doświadczyć i posmakować egzotyki – byle tylko nie była zbyt dziwna, zbyt obca, nużąca, ani niesmaczna… Byle nie była niewygodna i nieciekawa. Ma dostarczyć rozrywki i usatysfakcjonować. Tradycyjne, plemienne pieśni wymagają zmian, aby podobały się turystom. Regionalne, od wieków niezmieniane tańce ludowe wymagają skrótów, bo po chwili nużą turystów. Przekazywane z pokolenia na pokolenie receptury potraw wymagają modyfikacji, bo nie smakują turystom… To dzieje się w każdym kraju, który występuje na mapie turystycznych destynacji. Również w Gwatemali.

W miejscowości San Marcos, a dokładnie w barrio 2 – czyli z dala od turystycznej dzielnicy – powstała tradycyjna, gwatemalska jadłodajnia. Serwowano w niej typowe gwatemalskie śniadania, czyli: smażone jaja, fricoles (pasta z fasoli), smażone banany i gorące tortille oraz tradycyjne gwatemalskie obiady, czyli: ryż, mięso lub kurczaka (tak! w Gwatemali kurczak nie jest mięsem), fasolę i gorące tortille. Ale San Marcos z roku na rok przyciąga coraz więcej turystów – a turyści z roku na rok zataczają coraz szersze kręgi… i tak po pewnym czasie tradycyjna jadłodajnia uzupełniła menu o tofu oraz spaghetti bolognese, a obok tradycyjnego chilli na stołach pojawił się ketchup. W ten sposób jadłodajnia konkuruje o klientów z restauracjami, które oferują potrawy z całego świata (restauracja serwująca falafela znajduje się w pobliskiej miejscowości San Pedro).

DSCN6922

Wpływ turystyki na kulturę Gwatemali widać również w innych dziedzinach – tradycyjne maczety, sprzedawane po 29 quetzali za sztukę, znaleźć można już tylko w lokalnych sklepach żelaznych. Na targach i w sklepach z pamiątkami dominują importowane z Kolumbii i umieszczone w zdobionych, skórzanych pochwach maczety po 100-300 quetzali za sztukę.

Gwatemala maczety

Gwatemala maczety

Gwatemalskie, wzorzyste tkaniny służyły tradycyjnie jako narzuty na łóżko – wykonywano je z naturalnych materiałów barwionych z użyciem wyciągów roślinnych. Obecnie tkaniny zachowały co prawda swoje tradycyjne wzory, lecz z udziałem chemicznych barwników przybrały jaskrawe kolory i nie służą już bynajmniej jako narzuty. Tkaniny dostosowano do wymogów rynku – aktualnie wykonuje się z nich kolorowe sandały, pokrowce na płyty CD, a nawet osłony na iPoda.
– A typowe narzuty na łóżko?
– Tak, są wciąż dostępne, ale żaden turysta ich nie kupuje – informuje mnie sprzedawczyni w sklepie z tkaninami, w mieście Antigua.

Targ w Gwatemali

Targ w Gwatemali

Transport pomiędzy turystycznymi miastami zdominowały liczne biura podróży – oferują one bezpośrednie, wygodne busy, którymi podróżują wyłącznie turyści. Pytam pracowniczkę biura podróży, czy na tej samej trasie jeżdżą również zwykłe, lokalne „chicken busy”?
– Tak, ale w chicken busach będą również Gwatemalczycy – mówi pani tonem ostrzeżenia. – A oni mogą ukraść twoje rzeczy…
Ponieważ przejazd chicken busem mam już za sobą, ostrzeżenie przyjmuję jako zakamuflowaną reklamę biura podróży. Ale rozumiem panią – jej celem jest przecież zdobycie klienta.

Wielu obywateli Gwatemali żyje poniżej poziomu ubóstwa, wielkie zyski z plantacji kawy czerpią tylko nieliczni – dla innych turystyka staje się coraz istotniejszym źródłem utrzymania i widać to dosłownie na każdym kroku (nawet małe dzieci próbują zarabiać pomagając przy noszeniu bagaży, a tradycyjnie ubrane kobiety inkasują po 10 quetzali za pozowanie do zdjęcia). Nic dziwnego, że Gwatemalczycy dostosowują się do wymagań klientów, nie znaczy to jednak, że wiekowe tradycje nie wytrzymują starcia z wymogami turystyki. Pomiędzy tradycją a potrzebą zysków powstaje po prostu nowa jakość, będąca kompromisem pomiędzy tym, co dawne i wymaganiami turystów, którzy przyzwyczajeni są przecież do innych doznań, smaków i rozrywek. Ta nowa jakość jest jednak tworem „zewnętrznym” – z jej pomocą lokalna ludność uzyskuje nowe źródło dochodu, a swoje tradycyjne zwyczaje zatrzymuje dla siebie, z dala od ciekawskich, turystycznych oczu.
– W moim domu ciągle mam tradycyjną, bladą narzutę na łóżku – mówi sprzedawczyni kolorowych pokrowców na iPody. Kucharka gotująca wegetariańskie tofu z radością zasiada do kurzych udek z tłustą skórką, a pracownicy biur podróży dojeżdżają do pracy „chicken busami”. Czyli jednak 100% Gwatemali w Gwatemali? Zależy, czego się szuka…

Chicken busy i Semuc Champey, czyli 100% Gwatemali w Gwatemali.

Bus Gwatemala

Mianem „chicken bus” określa się publiczne środku transportu w państwach Ameryki Centralnej (autobusy i małe busiki). Chicken bus to jednak więcej, niż zwykły środek transportu – to sposób na prawdziwie lokalne doświadczenie podróży, bez agencji turystycznych i klimatyzowanych autokarów. To 100% Gwatemali w Gwatemali, to wyprawa, podczas której wiele może się wydarzyć…

Nazwa „chicken bus” odnosi się do żywych zwierząt, które niekiedy podróżują w busikach pospołu z ludźmi, i chociaż za nazwę odpowiedzialni są turyści – dziś określenia „chicken bus” używają również mieszkańcy Gwatemali. Podczas podróży chicken busem zwierząt co prawda nie uświadczyliśmy, ale ludzi nam nie brakowało…
Dworzec we Flores, proporcja liczby siedzeń do liczby pasażerów wynosi 1:1. Ruszamy i mkniemy przez Gwatemalę tempem co najmniej zawrotnym mijając po drodze zieleń, zieleń i zieleń. Gwatemalskie wioski migają za oknami, a gdy przystajemy – uliczni sprzedawcy podbiegają do okien chicken busa chcąc sprzedać nam zimne napoje, mleko kokosowe i owoce mango.

Bus sprzedawcy

Na stacji benzynowej odbywa się radosne mycie chicken busa, po którym czeka nas przeprawa przez jezioro.

DSCN6481

DSCN6506

Ruszamy dalej, a liczba pasażerów momentami dwukrotnie przekracza liczbę siedzeń – kto może, ten siedzi, jedni kulą się na podłodze, inni stoją powykręcani pod niskim dachem, przysiadają piętrowo, opierają się o towarzyszy podróży i ze świętą cierpliwością znoszą wszelkie podskoki, szarpnięcia i gwałtowne zakręty.

DSCN6512

DSCN6514

Poza tłokiem dokucza nam upał – w chicken busie jedyną klimatyzację stanowią otwarte okna, a powietrze które wpada do środka, ma temperaturę nawiewu z gorącej suszarki.

Po kilku godzinach podróży wysiadamy w mieście Coban, by po chwili wsiąść do kolejnego chicken busa, który na szczęście jest już nieco mniej zatłoczony. Kierowca zaczyna od gwałtownego zakrętu i rusza wiejską, wyboistą drogą nie szczędząc gazu. Po kilku kilometrach zatrzymujemy się w środku maleńkiej wioski, kierowca wysiada, a na jego spotkanie wychodzi rozpromieniona i bardzo obfita gwatemalska pani. Kierowca i pani stają naprzeciw siebie, rozmawiają dłuższą chwilę, po czym pani głaszcze pana po policzku. Pan przytula panią i dotyka jej włosów. Stoją tak przytuleni i uśmiechnięci, jeszcze kilka czułych słówek, jeszcze jeden pocałunek „na do widzenia”, po czym pan wsiada do busa, zawraca… i wraca tą samą drogą, prosto do Coban, dokładnie tam skąd przyjechaliśmy! Ponieważ prywatna wycieczka naszego kierowcy trwała dobre 20 minut, pędzimy teraz w szalonym tempie po kolejnej, pełnej zakrętów i dziur drodze. Po kilku minutach skręcamy w inną stronę i przez chwilę zastanawiam się, czy przypadkiem nie jedziemy do kolejnej narzeczonej naszego kierowcy… Tak, chicken bus to zdecydowanie lokalne doświadczenie, podróż z wycieczką zorganizowaną na pewno wyglądałaby inaczej.

Po godzinie skakania na każdym wyboju docieramy do wioski Languin – to już kres podróży chicken busem. Dalsza droga pnie się ostro pod górę i wymaga znacznie wyższego zawieszenia – wsiadamy więc na tył mini ciężarówki i chwytamy się mocno metalowego stelaża, a razem z nami jadą mieszkańcy okolicznych wiosek.

DSCN6675

DSCN6628

Jazda mini ciężarówką trwa 40 minut, a po drodze rzuca nami na prawo i lewo i chyba tylko cudem nie spadamy w jedną z wielu malowniczych przepaści. A wszystko po to, by dojechać tu.

Semuc Champey z góry

Urokliwy Semuc Champey sprawia, że Gwatemala pnie się niemal na szczyt listy najpiękniejszych krajów, które odwiedziłam. Semuc Champey to odległe i zupełnie unikalne miejsce, gdzie krystalicznie czysta woda przelewa się przez serię naturalnych basenów, ponad 100 gatunków ptaków śpiewa wesoło w lesie tropikalnym, a widok rozciągający się ze wzgórza zapiera dech w piersiach!

Semuc Champey

W miejscu, w którym płynąca przez dżunglę rzeka Cahabon kryje się pod ziemią, swój początek biorą wapienne formacje, tworzące ciąg naturalnych basenów. Jedna odnoga Cahabon kryjąc się pod ziemią tworzy podziemną rzekę, a druga płynie leniwie poprzez wapienne formy napełniając je turkusową i przejrzystą wodą, w której z radością pluszczą się nie tylko turyści i lokalni, ale również niewielkie rybki.

Semuc Champey

Urokliwe baseny są ze sobą połączone naturalnymi przejściami, platformami z których można skakać (miejscami woda jest naprawdę głęboka) i zjeżdżalniami, które każdego potrafią rozpędzić i wciągnąć pod wodę. Poza pływaniem, skakaniem i leżeniem baseny to również idealne miejsce na przymusowy peeling stóp – naprawdę trudno jest opędzić się od małych rybek, które radośnie podgryzają naskórek na piętach.

Semuc Champey

Semuc Champey to zdecydowanie 100% Gwatemali w Gwatemali – to nienaruszony, unikalny pomnik przyrody oraz infrastruktura tworzona wyłącznie przez mieszkańców pobliskich wiosek. Ubogie chaty ciągną się wzdłuż drogi, a lokalni Gwatemalczycy co rano pakują aż po brzegi wielkie kosze i wyruszają do Semuc Champey, by sprzedawać turystom domowej roboty czekoladę (kakao z domieszką cukru), owoce i zimne napoje, a znajdujące się w okolicy hostele dumnie obwieszczają: „100% locally owned” (W 100% własność lokalna).

Semuc Champey, dzięki znacznej odległości i niedogodności transportowej, wciąż pozostaje nietkniętym skarbem natury – nienaruszony przez komercję zachwyca naturalnym pięknem. Jednak to miejsce co roku odwiedza coraz więcej turystów – a wraz z nimi przybywa hosteli i restauracji, które wciąż jeszcze są”100% locally owned”. Ale w odległej o zaledwie 75 km miejscowości Coban już czeka kolorowa restauracja Mc Donald’s…

1 dzień: Meksyk – Belize – Gwatemala.

Piękne plaże, raj dla nurków i surferów gdzie Kreole pochodzenia brytyjskiego i afrykańskiego czerpią wielkie zyski z turystyki, a lokalna kultura przebrzmiewa w kilku miejscach w dość komercyjnej formie – podobno tak wygląda Belize. Wysokie ceny i brak interesujących dla nas miejsc sprawiły, że postanowiliśmy zrezygnować z wizyty w tym kraju – no, może troszkę żal było nam „wyluzowanego” podejścia do życia mieszkańców Belize, którzy stanowią dość ciekawą mieszankę etniczną (większość Belizeńczyków to potomkowie czarnoskórych niewolników i… angielskich piratów!)
Zrezygnowaliśmy więc z Belize, ale niestety Belize nie zrezygnowało z nas. Planowaliśmy wyruszyć z meksykańskiego miasta Chetumal prosto do gwatemalskiego Flores. Wszystko się zgadzało – z Chetumalu jest przecież bezpośredni autobus do Flores… Dopiero na kilka dni przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że autobus z Chetumalu do Flores jedzie przez… Belize.
Autobus to zresztą dużo powiedziane – wsiedliśmy do busika niewiele różniącego się od lokalnych „chicken busów” i ruszyliśmy w drogę.
Przemieszczanie się pomiędzy północnymi państwami Ameryki Centralnej jest jak wizyta w kilku ekskluzywnych solariach pod rząd – spieczona skóra brązowieje, a portfel szybko chudnie…

Meksyk – Belize
Na granicy po stronie meksykańskiej celnik siedzi w niewielkiej budce, a kolejka samochodów ciągnie się daleko w tył. Pasażerowie bynajmniej nie rozkoszują się klimatyzacją w tej samochodowej kolejce – pasażerowie są na samym wstępie wypraszani z aut i ustawiani w drugą kolejkę, zupełnie ludzką (a właściwie – zupełnie nieludzką…). Słoneczny żar leje się z nieba, a my zbliżamy się do budki celnika małymi kroczkami…
Opłata za opuszczenie Meksyku wynosi 295 pesos od osoby (ok 75 zł).
Lekko spieczeni i z lżejszym portfelem wracamy do busa, przejeżdżamy kilkanaście metrów i wysiadamy ponownie, tym razem obwieszeni wszystkimi bagażami. Kolejka wychodzi na zewnątrz budynku celników – ale już po chwili chowamy się w cudownym cieniu. Celnicy rzucają nam krótkie spojrzenia, wbijają pieczątki i ani myślą zaglądać do plecaków. Wracamy do busa i ruszamy.

Belize wita nas łąkami, lasami i polami, które ciągną się wzdłuż drogi od granicy, aż do stolicy. Nagle busik zatrzymuje się przy kilku biednych budynkach, a kierowca donośnym głosem oznajmia nam, że oto znajdujemy się w Belize City! I to tuż przy porcie, z którego odpływają statki na pobliskie wyspy i do innych belizeńskich miast…

Belize City

Belize – Gwatemala

Ruszamy dalej i po dość krótkim czasie docieramy do granicy Belize z Gwatemalą. Tym razem bez bagażu, lecz wciąż w słonecznym żarze idziemy do budynku celników, gdzie uprzejma urzędniczka Belize inkasuje aż 30 dolarów belizeńskich od osoby (ok 47 zł).
– Ale my tylko przejeżdżamy przez Belize. Nie zostajemy tu ani dnia – próbuję oponować.
– I właśnie dlatego musicie zapłacić 30 dolarów belizeńskich od osoby. Gdybyście zostali dłużej, niż 24 godziny, opłata wyniosłaby 37 dolarów belizeńskich – słyszę w odpowiedzi.

Kilkanaście metrów i tony promieniowania słonecznego dalej znajduje się urząd celny Gwatemali (na otwartym powietrzu, ale na szczęście w cieniu). Gwatemala wita nas znacznie niższą opłatą (5 quetzali = ok. 2,30 zł), zielonymi łąkami i szerokim uśmiechem. Już po kilku minutach spędzonych w tym kraju mam wrażenie, że uśmiech jest tu nieodzowną częścią każdego – ale to kobiety uśmiechają się częściej i chętniej.
Około 41% mieszkańców Gwatemali to rdzenni Gwatemalczycy – pochodzą od plemion Majów i wciąż mówią w języku Majów (występującym w ponad 20 dialektach). Większość młodych Majów hiszpańskiego uczy się dopiero w szkole, a ich dziadkowie i babcie mówią tylko w rdzennym języku Majów, który dla nas brzmi gardłowo i przywodzi na myśl skojarzenia z językiem arabskim. Brzmienie języka Majów – tak odległe od śpiewnego i lekko sepleniącego hiszpańskiego – jest dla nas niemałym zaskoczeniem.

Wioska w Gwatemali

Gwatemala zachwyca i zaskakuje na każdym kroku – mimo ogromnego upału i zabójczego słońca, żywa zieleń dominuje otoczenie: zielone trawy, łąki, drzewa i rośliny, których nazw możemy się tylko domyślać, ciągną się aż po horyzont. A wśród owej zieleni – ani jednej wyschniętej gałązki, ani jednego suchego źdźbła trawy, ani jednego żółtego listka – o! Jest jeden żółty liść… ach, to tylko żółty motyl, który już po chwili leci w górę trzepocząc skrzydłami, a zieleń rozciąga się dookoła jak okiem sięgnąć.

Gwatemala to strome góry i rozległe dżungle, to sosnowe lasy na północy i plantacje kawy, kakao i cukru nad Pacyfikiem, to również 30 wulkanów, z których część wciąż zagraża swą aktywnością okolicznym wioskom. Na domiar złego, Gwatemala leży na granicy trzech płyt tektonicznych, co skutkuje nie tylko ryzykiem trzęsienia ziemi, lecz również podwyższoną aktywnością wulkaniczną. Jednak nic nie wskazuje na uśpione zagrożenie – już od pierwszych chwil czujemy się w Gwatemali zupełnie bezpiecznie. Przyjaźni ludzie witają nas uśmiechami, a malownicze uliczki miejscowości Flores aż proszą się o niespieszny spacer przy zachodzie słońca.

Flores

Miasto Flores znajduje się na maleńkiej wysepce, której obejście zajmuje nam 15 minut. Przechadzając się ulicami Flores spotykamy mieszkańców i pracowników naszego hostelu, pozdrawiamy współtowarzyszy podróży z Chetumalu, nawet sprzedawczyni z pobliskiego sklepiku macha do nas na powitanie. Oglądając zachód słońca znamy więc już całe miasto i co drugiego mieszkańca – i naprawdę czujemy się tu, jak w domu.

Flores jezioro

Zachód słońca we Flores to przeżycie samo w sobie – zarówno turyści, jak i mieszkańcy co wieczór biorą udział w tym wydarzeniu. Turyści rozsiadają się na murku wzdłuż jeziora lub wsiadają do łodzi płynących na zachód, a lokalna młodzież skacze do wody i pływa przy brzegu rozkoszując się lekkim chłodem wieczoru. Słychać pluski i radosne pokrzykiwania, wesołe rozmowy i śmiech, cichą muzykę i śpiew.
Gdy słońce znika za horyzontem, nastrój radosnego wieczoru staje się jeszcze wyraźniejszy. Zarówno mieszkańcy Flores, jak i turyści przechadzają się radośnie wzdłuż brzegów wyspy celebrując Semana Santa – bo w Gwatemali i innych krajach z kulturą hiszpańską, nie ma Wielkanocy składającej się z Wielkiej Soboty, Niedzieli i Lanego Poniedziałku – jest za to Semana Santa (Święty Tydzień), podczas którego długie i liczne parady przemierzają ulice miast i wiosek, a ludzie celebrują niespiesznie to jedno z najważniejszych świąt w roku. Na parady niestety nie zdążyliśmy, ale gwatemalskie świąteczne przysmaki wciąż czekały na nas tuż przy wybrzeżu Flores.

Flores targ

Naleśniki z kurczakiem, chrupkie taco z czerwoną kapustą, warzywną sałatką z majonezem i avocado, makaron z warzywami, pączki w maśle (dosłownie!), czekoladowe ciasta i liczne desery to w Gwatemali świąteczne menu, któremu również daliśmy się uwieść.

Flores targ

Przepyszne jedzenie, świąteczna atmosfera szczęścia, ciepły wieczór i nastrój jednej wielkiej uroczystości, na którą każdy jest zaproszony – tak, Gwatemala to miejsce, które w jednej chwili staje się domem. Nawet jeżeli prawdziwy dom znajduje się tysiące kilometrów stąd.

Xcalak, czyli na końcu świata…

DSCN6184

Xcalak to miejscowość na drugim krańcu półwyspu Yucatan (Meksyk), gdzie ciepła woda występuje tylko w oceanie, prąd jest dobrem luksusowym, a przybysze z zachodniego świata są skazani na popełnienie poważnego błędu myśląc: przecież wszędzie na świecie są bankomaty. Nawet na końcu świata na pewno będzie jakiś bankomat, do którego wystarczy włożyć kartę, aby otrzymać świeżutką gotówkę.
Otóż nie. W Xcalaku nie ma banku ani bankomatu. Nie ma również możliwości zapłacenia kartą ani Internetu (poza jedną odległą, amerykańską restauracją). W Xcalaku jest długie i nietknięte ludzką ręką wybrzeże, są lasy palmowe, nieubite drogi, boisko do gry w piłkę nożną oraz kilka wiejskich sklepików ze skromnym wyposażeniem, na które i tak nas w tej chwili nie stać. W Xcalaku niespodziewanie natknęliśmy się na zupełny koniec świata pod tytułem „nie mamy gotówki – i nie ma nawet cienia bankomatu”…
Liczymy więc ostatnie banknoty i monety wyszperane w najskrytszych zakamarkach naszych kieszeni, z dnia plecaków wydobywamy zapomniane torebki ryżu i skrupulatnie odliczamy kwotę potrzebną na wydostanie się z tego zapomnianego przez współczesną bankowość miejsca. Zostaje nam niewiele ponad 100 pesos (ok 25 zł), na 2 osoby, na 3 dni.

Xcalak to ostatnie nietknięte przez człowieka i turystykę miejsce w Meksyku. Kilometry naturalnej plaży, niezmienione lasy palmowe i rafy koralowe – cieszyliśmy się na tę oazę spokoju, enklawę natury z dala od turystycznych destynacji i mniej więcej tak wyobrażaliśmy sobie Xcalak:

DSCN6179

To jednak nie Xcalak, tylko oddalony o ponad 62 km w kierunku Meksyku Mahahual, który od lat jest już turystycznym rajem. Wzdłuż karaibskich plaż Mahahual w nieskończoność ciągną się hotele i ośrodki wypoczynkowe, a restauracje kuszą lokalnymi przysmakami w amerykańskich cenach. Natomiast nietknięte ludzką ręką wybrzeże Xcalaku wygląda tak:

DSCN6209

DSCN6202

Tak tak – nietknięte, czyli niezmienione i nie utrzymywane w porządku. W pełni naturalne plaże to muł, grząskie podłoże tuż przy brzegu i to, co wyrzuci morze. A morze wyrzuca wszystko: stare opony i zagubione sandały, zgliszcza łodzi i plastikowe butelki, potłuczone szkło i resztki jedzenia. Morze wyrzuca wszystko, co wrzuci do niego człowiek – ale nie od razu. Świadomość tego, co jeszcze tkwi w przybrzeżnych wodach, skutecznie zniechęca nas do kąpieli i choć widoczne w oddali turkusowe, karaibskie wody kuszą przepięknym kolorem – zostajemy na brzegu.

Agencja nieruchomości w Xcalak wygląda tak:

DSCN6200

A rafy koralowe stanowią prawdziwe wyzwanie dla każdego statku.

DSCN6182

Tak często marzymy o tym, by uciec na koniec świata – do najdalszych zakątków, które są zupełnie naturalne i odległe od zachodniego stylu życia, ale prawdziwy koniec świata różni się nieco od tego z naszych wyobrażeń. Nie ma tam pięknych plaż z przyjaznym brzegiem, palm jak z obrazka, szybkiego Internetu (a najczęściej żadnego Internetu), ani bankomatów. Natomiast jest zapomniana budka z ambicjami do sklepu spożywczego, w której bezzębny sprzedawca nie do końca rozumie, dlaczego chcę kupić tylko cztery banany, dwie mandarynki i jedną limonkę. Dlaczego nie cały kilogram? Moja gestykulacja nie zmienia zdziwienia na jego twarzy, ale mimo skromnych 25 pesos, które mu wręczam, pan dokłada mi do torby jeszcze kilka bananów, i jeszcze kilka pomarańczy, i jeszcze kilka limonek. Tłumaczę panu na migi, że nie mam więcej pieniędzy – ale on już to zrozumiał. Dobrotliwie kiwa głową i uśmiecha się do mnie od ucha do ucha z wnętrza swojej biednej budki, która prawdopodobnie nie przetrwa następnego huraganu. Tak – to się mogło zdarzyć tylko na końcu świata.

Yucatan, czyli „nie rozumiemy waszego języka”.

DSCN5881

Siedzę na prawdziwym, ręcznie tkanym yucatańskim hamaku, a obecne w powietrzu 37°C otacza mnie ze wszystkich stron. Nie pomaga wentylator, nie pomaga cień – jest tak gorąco, że zimowy, polski śnieg wydaje się być odległym marzeniem.

Półwysep Yucatan to trochę inne oblicze Meksyku – to miejsce, gdzie turysta przysiada na ławce tuż przy Maju i choć nie zawsze mogą się ze sobą porozumieć (niektórzy Majowie nie mówią ani po hiszpańsku, ani po angielsku), wspólnie cieszą się gorącym klimatem, karaibskimi plażami i zupełnie lokalnymi, yucatańskimi przysmakami.

Półwysep Yucatan stosunkowo długo pozostawał dziki i nieodkryty, a jego pierwszymi mieszkańcami byli Majowie, którzy dotarli tu z terenów dzisiejszej Gwatemali. Początki Majów na Yucatanie datuje się na 550 rok n.e., a miasta, które w następnych wiekach powstały na półwyspie – z Chicen Itza na czele – wciąż zadziwiają stopniem rozwoju cywilizacyjnego. Niestety ogromna część kultury plemion ówczesnych Majów wciąż pozostaje niezbadana.

Gdy Hiszpańscy konkwistadorzy wkroczyli na teren dzisiejszego Yucatanu, półwysep nosił nazwę Mayab (co w języku Majów oznacza „niewielu”). Skąd więc nazwa Yucatan? Jest kilka teorii na ten temat, a jedna z nich brzmi następująco:
Hiszpanie, chcąc poznać nazwę tego przepięknego półwyspu, po prostu o nią zapytali. Ale – ponieważ nie znali języka Majów – zapytali po… hiszpańsku.
– Jak nazywa się to miejsce?
– Yuk ak katan – odpowiedzieli Majowie w języku Majów.
– Yucatan! – zakrzyknęli radośnie Hiszpanie uznając to za odpowiedź. Gdyby wykazali się większą dociekliwością, zapewne dowiedzieliby się, iż „yuk ak katan” w języku Majów oznacza po prostu „nie rozumiemy waszego języka”.

Od 1540 aż do 1901 roku przez półwysep przetoczyło się wiele wojen, walk i konfliktów, ludność Majów została zdziesiątkowana a panowanie nad Yucatanem wiele razy przechodziło z rąk do rąk. Gdy powojenny kurz opadł a (prawie) wszelkie niesnaski odeszły w zapomnienie, Meksykanie unieśli głowy, spojrzeli przed siebie i zachwycili się naturalnym pięknem Yucatanu. Białe plaże, turkusowe wody, rafy koralowe, tropikalny klimat i pełne słońce – czego chcieć więcej? I tak w latach 70. XX wieku nadmorskie miasto Cancun zasłynęło jako wakacyjny raj dla Gringos, a następnie niemal całe wybrzeże Yucatanu zostało przekształcone w hotelowe plaże. Wioski rybackie Majów, które niegdyś ciągnęły się wzdłuż białych piasków, pozostały już tylko wspomnieniem, a rybacy i rolnicy ruszyli do pracy przy budowie kompleksów hotelowych oraz w charakterze przewodników dla coraz liczniej przybywających turystów. Dziś Yucatan to turystyczna mekka Meksyku.

Stolicą i kulturalnym centrum Yucatanu jest Merida. Historia Meridy jest szczególna – miasto powstało w miejscu dawnej osady Majów Ichkanzihóo, a ruiny historycznych piramid zostały użyte do budowy nowych, kolonialnych budynków. Mury obronne znaczyły obszar miasta, jeden po drugim powstawały pałace, kościoły i zupełnie europejskie wille, które do dzisiaj znajdują się przy zbudowanej na wzór Pól Elizejskich alei Paseo de Monteo.

DSCN5933

Dziś miasto wykracza daleko poza obszar murów obronnych, kolonialne posiadłości mieszczą banki i restauracje a pałace w centrum historycznym przemieniono w muzea i ośrodki administracyjne.

Budynek starej poczty mieści dziś Museum Miasta Meridy, w którym poznajemy historię tego niezwykłego miasta – i przez chwilę odpoczywamy od lejącego się z nieba żaru. Kilka ulic dalej znajduje się samo serce miasta – Plaza Grande (Wielki Plac), będący niegdyś centralnym punktem osady Ichkanzihóo. W miejscu starej świątyni Majów obecnie stoi Katedra św. Ildefonsa.

DSCN5914

Tak, jak przybyłe z Europy chrześcijaństwo wchłonęło część lokalnych wierzeń – powstająca katedra wchłonęła ruiny świątyni, które zostały wmurowane w konstrukcję budynku. Tuż obok stoi Palacio de Gobierno, a znajdujące się wewnątrz murale autorstwa lokalnego artysty Fernando Castro Pacheo przedstawiają historię Majów na Yucatanie.

DSCN5885

Przy Grand Plaza stoi również goszczący liczne wystawy i pokazy filmowe Palacio Municipal oraz Casa de Montejo, w którym podziwiać można wystawy z czasów kolonialnych (i dzięki klimatyzacji – odpocząć od upału…).

DSCN5921

– Merida jest nazywana Białym Miastem – mówi Daniel, nasz gospodarz będący potomkiem plemienia Majów. – Niektórzy twierdzą, że to z powodu czystości, jaka tu panuje, inni powiedzą, że nazwa pochodzi od koloru ścian budynków, ale prawda jest zupełnie inna. Merida jest nazywana Białym Miastem dlatego, że została zbudowana przez białych i dla białych. Ale mimo to, żyje tu więcej Majów, niż gdziekolwiek indziej na świecie. Aż 60% mieszkańców Meridy to Majowie.

Idziemy wzdłuż Paseo de Monteo, jest noc, podziwiamy podświetlone wille, a Daniel proponuje spacer do miejskiego parku.

– Czy to bezpieczne? – pytam.
– Tak, Yucatan to najbezpieczniejsze miejsce w Meksyku, a w 2011 Merida zyskała miano Miasta Pokoju.
– Meksyk generalnie jest dość bezpieczny – mówię.
– Nie mówimy o Meksyku, tylko o Yucatanie – poprawia mnie Daniel.

Yucatańczycy mają bardzo sile poczucie odrębności – wyraźnie oddzielają się od reszty kraju. Yucatan – ze względu na znaczną odległość od reszty Meksyku – od zarania dziejów rządził się swoimi własnymi prawami, a w XIX wieku był nawet niepodległą republiką. Kulturową odrębność Yucatanu najwyraźniej widać na przykładzie lokalnych przysmaków, które są bardzo odmienne od tego, co popularnie zwie się meksykańską kuchnią. Nam najbardziej przypadły do gustu lokalne Papadzules i Brazo de Reina, czyli ciasto z dyni i pomidorów z jajecznym nadzieniem.

DSCN6051

W godzinach popołudniowych ulice Meridy pustoszeją. Upał staje się nie do zniesienia – turyści szukają schronienia w klimatyzowanych hotelach, a Yucatańczycy – w naturalnie klimatyzowanych grotach.
Na Yucatanie jest wiele naturalnych grot zwanych „cenote”. Wejścia do cenote znajdują się w miejscach, w których typowy Europejczyk nigdy nie szukałby groty – na polach i na wiejskich podwórkach. Santa Maria, jedna z lokalnych i wciąż opierających się turystyce cenote, leży w wiosce Homun. Wyruszamy tam wczesnym rankiem i docieramy do celu w chwili, w której słońce staje się nie do zniesienia. Wchodzimy na teren wiejskiego podwórka, uiszczamy opłatę 10 pesos (2,50 zł) i po drabinie schodzimy do przedsionka groty.

DSCN5970

Już przy wejściu witają nas nietoperze i… podwodne jezioro. Aby wejść w głąb cenote, należy przejść przez wodę, która miejscami sięga nawet do pasa.

DSCN6033

Uradowana chłodnym powietrzem i orzeźwiającą wodą zakładam kostium kąpielowy i już chcę wskoczyć do jeziora – ale powstrzymują mnie ciekawskie spojrzenia pływających dookoła Meksykanów i Meksykanek. Nagle orientuję się, że wszyscy są w ubraniach – i mężczyźni i kobiety pływają zupełnie ubrani. Aby nie łamać meksykańskiej normy, owijam się wielką chustą i wchodzę do wody w tak zaimprowizowanej sukience.

DSCN6013

W drodze powrotnej do miasta zaczepia mnie mieszkanka wioski Homun. Chce ze mną porozmawiać – jest ciekawa, skąd jestem, dlaczego przyjechałam na Yucatan i pyta mnie zapewne o mnóstwo innych rzeczy, ale bariera językowa sprawia, że jest to bardziej rozmowa gestów, uśmiechów i spojrzeń, niż słów… I tak historia lubi się powtarzać. „Yuk ak katan” – czyli nie rozumiemy waszego języka – dziś nie odnosi się do już Majów nie mówiących po hiszpańsku, ale do mieszkańców Yucatanu, którzy nie znają angielskiego. A tłumy mówiących tylko po angielsku turystów wciąż na nowo przelewają się przez malownicze tereny Yucatanu i są dla lokalnych mieszkańców tak samo niezrozumiałym zjawiskiem, jak przybyli przed wiekami, hiszpańscy najeźdźcy.

Meksyk. W podróży czy na urlopie?

DSCN6058

Kiedy turysta myśli o wakacjach, widzi luksusowy hotel z basenem, autobus pierwszej klasy, elegancką restaurację tuż przy plaży i kolorowe pamiątki. Turysta jedzie na krótki urlop i chce w tym czasie doświadczyć wszystkiego: relaksu i egzotycznej kultury, życia nocnego i gorących plaż, zwiedzania zabytkowych budowli i miejscowych przysmaków. Turysta ma pieniądze, ale nie ma czasu.

Kiedy podróżnik myśli o podróżach, widzi ciężki plecak, rozklekotany busik z ludźmi i kurami upakowanymi piętrowo oraz śpiwór leżący na materacu, na podłodze. Podróżnik ma czas, ale nie ma pieniędzy, ale nie tylko na tym polega różnica. Podróżnik chce choć na chwilę stać się „miejscowym”, być bliżej ludzi, żyć tak jak oni i dzielić z nimi ich codzienność.

DSCN5589
W lokalnym busie typu „colectivo”, podróż z Meksykanami.

Podróżnik wyrusza w podróż, która staje się jego życiem – a w życiu jak to w życiu, bywa różnie. Jest relaks i egzotyczna kultura, życie nocne i gorące plaże, zwiedzanie zabytkowych budowli i miejscowe przysmaki, ale jest również zmęczenie, brak czasu i tęsknota za domem. Ale podróżnik nie wraca – przepakowuje plecak i wciąż rusza dalej, w nieznane i z kilkoma groszami w kieszeni… albo otwiera swój dom dla przybywających podróżników. Bo podróż niejedno ma imię.

W podróży: couchsurfing.org

DSCN5957
Couchsurfing w mieście Merida.

W mieście Oaxaca nocujemy u Christiana. Christian jest świeżo upieczonym architektem, mieszka w Oaxaca od urodzenia i bardzo chce się nauczyć języka angielskiego. Christian chodzi do szkoły językowej, ale… w swojej rodzinnej miejscowości nie ma z kim rozmawiać po angielsku. Loguje się więc na couchsurfing.org i oferuje podróżnym swój dom w zamian za rozmowy po angielsku. Christian bardzo chciałby podróżować – jednak na razie obcokrajowcy nocujący w jego domu są dla niego jedyną namiastką podróży. Przywiezione przez nas polskie śliwki w czekoladzie smakują przecież tak samo jak w Polsce, a opowiadane historie są tak odległe i zaskakujące, jak Europa dla Meksykanów… Christian nigdy nie wie, kto odwiedzi go w przyszłym tygodniu – ale chętnie przyjmie każdego. Couchsurfing jest na razie jego jedyną, wielką podróżą – i to bez wychodzenia z domu.
U Christiana spotykamy Polkę, Marię. Maria, po kilku latach pracy w korporacji, złożyła wypowiedzenie i wyruszyła w podróż przez Ameryki. Ma już za sobą miesiąc w Meksyku, następnie jedzie do Guatemali. Podróżuje sama, ale dzięki couchsurfingowi nie czuje się samotna – nocuje u hostów a część wyprawy odbywa z innymi podróżnikami, poznanymi przez internet. Dokąd planuje dojechać? Jeszcze nie wie – przecież w podróży nie chodzi o osiągnięcie zamierzonego celu.

W podróży: hostele

DSCN6158DSCN6156
Mama’s hostel, Tulum. Hostelowy ogród i kuchnia.

W mieście San Cristobal de las Casas nocujemy w hostelu Caracol. Noc w pokoju dwuosobowym kosztuje 80 pesos, czyli ok 20 zł. Właściciel hostelu – młody chłopak – sam rozbudowuje swój hostel używając przy tym drewna, butelek oraz… piasku. W ogrodzie hostelowym poznajemy Polkę, Maję. Maja przez większość życia mieszkała w USA, tam skończyła studia i zaczęła pierwszą pracę. Po kilku latach Maja postanowiła wyruszyć w podróż, zupełnie sama. Korzysta z couchsurfingu i nocuje w hostelach – ale w tym hostelu mieszka za darmo. Dlaczego? Maja podwija rękawy i chwyta za narzędzia – pomaga właścicielowi w rozbudowie hostelu. Ale wkrótce jedzie dalej. Dokąd dokładnie? Jeszcze nie wie – przecież nie po to wyruszyła w podróż, żeby mieć zaplanowany każdy dzień. Na razie jest w San Cristobal i pracuje przy budowie meksykańskiego hostelu. A co będzie robić jutro – okaże się jutro.

W podróży: autobusy

DSCN5594

Meksyk znany jest z luksusowych autobusów, w których siedzenia rozkładają się zupełnie na płasko, a bagaż nadaje się jak w samolocie. Nocny luksusowy autobus jadący 8 godzin kosztuje jedyne 500-600 pesos (125 – 150 zł). Zadowolony turysta bez wahania kupuje bilet, a podróżnik odwraca się w poszukiwaniu terminalu autobusów drugiej klasy.
W Mexico City znajdzie go tuż przy stacji metra San Lazaro, a na bilecie do Oaxaca zaoszczędzi 130 pesos. W tym przypadku autobus drugiej klasy jest wygodny i jedzie szybko.

DSCN5459
Przy dworcu drugiej klasy w mieście Oaxaca.

W Oaxaca terminal drugiej klasy znajduje się przy ulicy Periferico (nazwa naprawdę mówi sama za siebie…). Na bilecie do San Cristobal de las Casas można zaoszczędzić 200 pesos (z przesiadką w miejscowości Tuxtla). Bilety są imienne – ale kasjer, słysząc jak się nazywam, podaje mi klawiaturę i prosi, abym sama wpisała swoje imię i nazwisko.

DSCN5491

Autobus drugiej klasy prowadzi jegomość spod ciemnej gwiazdy – na samym wstępie informuje nas, że duże plecaki musimy zabrać ze sobą do autobusu, ponieważ w bagażniku nie ma miejsca (mówiąc to, szybkim ruchem zamyka bagażnik, który pełen jest worków z ziemniakami i cebulą). Upychamy plecaki na górne półki wewnątrz autobusu i siadamy na niezbyt wygodnych siedzeniach. W szczytowym momencie w przejściu stoi ok 30 osób, a autobus pędzi pod górę, z góry i poprzez zakręty nic sobie nie robiąc z kilkunastometrowych przepaści. Na szczęście wypadku nie było, nocnego napadu na autobus również nie (napadając na autobus drugiej klasy, doprawdy trzeba by chcieć ukraść ziemniaki i cebulę…).
W San Cristobal de las Casas terminal drugiej klasy znajduje się tuż naprzeciw terminalu pierwszej klasy. Na bilecie do Palenque zaoszczędzić można 130 pesos, a komfort pozostanie w zasadzie bez uszczerbku.
W Palenque podróżnik terminalu drugiej klasy nie znajdzie. W Palenque podróżnik nie ma wyjścia – musi na chwilę stać się turystą. Ale w Meridzie terminal drugiej klasy znajduje się przy ulicy 64.

W podróży…

W Meridzie dostajemy e-maila od Mai – wyruszyła już z San Cristobal de las Casas i chciałaby dołączyć do nas na dalszą część podróży. Natomiast Maria nie odzywa się – podróżuje teraz z Polakiem poznanym przez internet. A z północnego Meksyku pisze Madzia, która wraz z mężem i malutką córeczką wyruszyła w półroczną podróż po Ameryce Centralnej. Praca? Dom? Polska? Poczekają… Na razie jest słońce, ruiny Majów i niespodziewane zdarzenia każdego dnia. Samochody pełne uzbrojonych po zęby żołnierzy to w północnej części Meksyku widok codzienny. A co będzie dalej – zobaczymy (blog Madzi jest tu: http://enruta.pl/).

I my również zobaczymy. W podróży wszystko jest inne. W podróży – inaczej niż na urlopie – nie ma śniadania w hotelowej restauracji, beztrosko kupowanych pamiątek ani łapczywej radości tych kilku wolnych dni – bo muszą wystarczyć na cały rok. W podróży, zamiast szczegółowego rozkładu dnia, jest ramowy plan na dwa-trzy tygodnie do przodu: ogólna trasa, przyjaźni ludzie z couchsurfingu lub niedrogie hostele i miejsca warte odwiedzenia. A plan – nawet ramowy – i tak w jednej chwili może się zmienić.

– Jedziemy do Belize? – zapytałam kilka dni temu.
– Jedziemy – odpowiedział Szymon. Czytam więc przewodnik, szukam noclegów.
– Ale tam nie ma właściwie couchsurfingu, hostele są dość drogie… i chyba nic nas tam nie interesuje. Nie surfujemy ani nie nurkujemy…
– No to nie jedziemy.
– Ok. W takim razie naszym ostatnim przystankiem w Meksyku będzie Chetumal – a stamtąd pojedziemy prosto do Guatemali, do Flores.
– Ok.

Kilka dni później.
– Z Chetumalu jedziemy do Flores?
– Tak.
– Autobus z Chetumalu do Flores jedzie przez Belize.
– No to jedziemy do Belize.

No, to tyle na temat naszych planów.

Sophia również miała plan. Sophię poznajemy w hostelu w Tulumie. Sophia jest Włoszką, dwa lata temu po raz pierwszy przyjechała do Meksyku – wtedy jeszcze nie mówiła po hiszpańsku. Wyruszyła w dłuższą podróż, chciała poznać ten odległy kraj, doświadczyć lokalnego kolorytu i wrócić pewnego dnia do domu, bogatsza o podróżne doświadczenia. Taki był plan, ale po drodze pojawił się… Alberto. Meksykanin z wystającym brzuszkiem ściska radośnie wyższą o głowę Sophie, która opuściła Włochy, by zamieszkać wraz z nim w hostelu prowadzonym przez jego rodzinę. Czy kiedyś wróci do Włoch? Może – na chwilę. Może – do pracy. A może nie…

Podróż nie jest realizowaniem planu. Podróż to jedna wielka niewiadoma – bo przecież nie po to się w nią wyrusza, żeby wiedzieć, co się zdarzy jutro, pojutrze, czy popojutrze… Podróż jest jak zadanie otwarte – nie ma jednego poprawnego rozwiązania, a każda udzielona odpowiedź jest prawidłowa tylko tu i teraz. Bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro.

Oaxaca. Szok w 6 smakach.

DSCN5449

Powoli dnieje, choć to jeszcze nie świt. Z daleka rozlega się cichy dźwięk klaksonu samochodowego, po czym wesoła muzyka na dobre przerywa ciszę nocną. Pustymi i wciąż jeszcze mrocznymi ulicami miasta pędzi kolorowa ciężarówka z głośnikami na dachu i z tychże głośników radosny głos wykrzykuje hiszpańskie słowa, spośród których wychwytuję tylko jedno „Łachaka”! Samochód pędzi wesoło zwiastując nowy dzień, a zaspani mieszkańcy wychodzą niespiesznie na ulicę, machają do kierowcy, który zatrzymuje się, ściąga z ciężarówki pełne zbiorniki a na ich miejsce ładuje puste i rusza dalej, a wraz z nim pędzi wesoła melodia.

Tak wygląda każdy poranek w Oaxaca – mieście, którego nazwę wymawia się „Łachaka” (co wcale nie było dla nas oczywiste). Miasteczko Oaxaca, ulokowane na południowy wschód od Mexico City, słynie ze specyficznej kuchni i lokalnego kolorytu, który przyciąga tłumy turystów z całego świata. Tu nasza biała skóra nie wzbudza już zainteresowania. W kawiarence siedzimy obok Amerykanów, idąc przez miasto słyszymy język rosyjski, w kolejce po lokalne tlayudas stoimy za Polakami a orkiestra grająca koncert na skwerku wykonuje… tango (La Cumparsita).

Centrum Oaxaca rozciąga się pomiędzy głośnym i ruchliwym placem Zocalo, a położonym pięć ulic dalej, cichszym i spokojniejszym Plazuela del Carmen Alto. O ile na plac Zocalo ciągną amatorzy życia nocnego, koncertów i występów pod gołym niebem, Plazuela del Carmen przyciąga miłośników historii i architektury.

DSCN5427

Na Plazuela del Carmen podziwiać można wspaniałą świątynię Santo Domingo. Wnętrze powstałej w latach 1570-1608 świątyni zachwyca bogactwem trójwymiarowych zdobień, które wypełniają cały sufit i większą część ścian kościoła. Tuż przy świątyni, w budynku byłego klasztoru, znajduje się Muzeum Kultury Oaxaca, którego wystawy (z opisami wyłącznie po hiszpańsku) wbrew nazwie poświęcone są bardziej historii, niż kulturze. Bo kultury tego niezwykłego miasta najlepiej jest doświadczać na ulicach.

Od bram świątyni do placu Zocalo prowadzi uliczka Alcala, licznie obsadzona sklepami, restauracjami, kawiarenkami oraz ulicznymi sprzedawcami hamaków, chust i dywanów. W mieście znajduje się kilka ogromnych placów targowych, ale tekstylia, wyroby ceramiczne, skórzane, spożywcze i wszelkie inne można kupić dosłownie na każdej ulicy. Cała Oaxaca wygląda jak jeden wielki targ, jak gdyby lokalne wyroby i przysmaki nie mogąc pomieścić się na ciasnych straganach wykraczały poza granice bazarów i pochłaniały jedną po drugiej – ulice, place, deptaki i parki.

DSCN5346

Na ulicznych straganach sąsiadują ze sobą lokalne tekstylia i tanie chustki prosto z Chin; tradycyjne ludowe stroje i kolorowe koszulki prosto z Chin; skórzane sandały i plastikowe klapki prosto z Chin; lokalne wyroby cukiernicze i batoniki snickers, miody z domowych pasiek i małe żółwie, przyprawy i szczenięta, tequila i świeżo wyciskane soki, owoce i kurczaki, smażone koniki polne i solone ryby, meksykańskie jedzenie i… tanie knajpki z jedzeniem chińskim (sic!).

DSCN5319

Jednak sławna na cały świat kuchnia chińska nie ma szans w starciu z oryginalnymi przysmakami miasta „Łachaka”. Przynajmniej dla stałych mieszkańców Oaxaca. A dla podróżników? Zobaczmy…

Czekolada

DSCN5296

Sława oaxacańskiej czekolady dobiegła nas jeszcze w Mexico City – Meksykanie rozpływali się z zachwytu nad tą podawaną na gorąco, i nad tą półpłynną, sprzedawaną na wagę i wykonywaną na miejscu. Przybywamy więc, by skosztować tych wspaniałości… i odchodzimy z uprzejmymi uśmiechami. Gorąca czekolada okazuje się rozwodnionym kakao, a półpłynna maź to nic innego, jak zabarwiony cukier z dodatkiem kakao. Za to nasi nowi meksykańscy znajomi zachwycają się przywiezionymi przez nas, polskimi śliwkami w czekoladzie!

Mole

DSCN5302

Znane w całym Meksyku, lokalne „mole” to sześć różnokolorowych sosów, które dodaje się do potraw wszelkiego rodzaju. Na jednym z targów pani zza lady zaprasza nas na degustację. Próbuję pierwszego… i z trudem powstrzymuję chęć wyplucia gęstej, lepkiej mazi. Z największym wysiłkiem uśmiecham się do uprzejmej pani, która radośnie oferuje mi kolejny rodzaj „mole”. Przecież świat nie może się mylić – myślę sobie. Skoro te sosy są tak znane – po prostu muszą być dobre! Może spróbowałam tego najgorszego? Próbuję więc drugiego – i nie mam już wątpliwości. Meksykańskie mole nie zostały stworzone dla polskiego podniebienia (i nie jest to tylko moja opinia – podobne wrażenia mają poznani przez nas Polacy).

Mezcal
Lokalny alkohol produkowany z agawy wypełnia liczne sklepiki w Oaxaca. Po przygodach z mole łatwo kuszę się na degustację. Próbuję, przełykam, czekam chwilę… hm. Wreszcie punkt dla Oaxaca. Smak mezcalu najbardziej przypomina nieco rozwodnioną, smakową wódkę – ale po innych rozczarowaniach kulinarnych jest naprawdę miłym zaskoczeniem.

Tlayudas

DSCN5314

Mexico City ma swoje taco – a Oaxaca swoje tlayudas, czyli wielkie kukurydziane tortille w dwóch wersjach: z kurczakiem i z serem. Tlayudas najlepiej smakują „po domowemu” – czyli kupowane na ulicy od pani, która upiekła je osobiście kilka minut wcześniej. W oryginalnej wersji tlayudas serwuje się ze świńskim tłuszczem, kurczakiem, cebulą i chilli – ale my jesteśmy doskonale zadowoleni z wersji serowej (z minimalnym dodatkiem chilli).
Na każdym kroku można nabyć również inne, nieco mniejsze tortille z nadzieniem mięsnym lub serowym. To kulinarne doświadczenie zdecydowanie polecamy!

DSCN5484

Słodycze.
Sprzedawane na straganach orzechy w mleku z cukrem to kolejny, lokalny smakołyk. Spróbowaliśmy – i naszym zdaniem ten przysmak bije na głowę słynną, oaxacańską czekoladę.

Smażone koniki polne.

DSCN5293

Nie, na ten przysmak (podawany z solą i limonką) niestety nie daliśmy się skusić…

Miasto Oaxaca to miejsce, w którym regionalny koloryt na każdym kroku spotyka się z wpływami z całego świata. Takie połączenie lokalnego smaczku z międzynarodową kulturą spotkać dziś można chyba w każdym miejscu na świecie – ale w Oaxaca jest ono naprawdę ekstremalne. Tu przekazywane z pokolenia na pokolenie, lokalne przepisy i strzeżone jak oka w głowie receptury idą ramię w ramię z wielokulturowością i otwarciem na na cały świat. Tu lokalne mole zapija się coca-colą, przy tradycyjnym mezcalu przegryza się batonika Milky Way, a na kolację można równie dobrze zjeść regionalne tlayudas, jak i kanapkę z subwaya.

Nad miastem zapada noc – w domkach zapala się światło. Jednak nie każdy przed snem wypije ciepłą herbatę, nie każdy również weźmie prysznic. Wesoła ciężarówka wypełniona butlami z gazem przyjedzie dopiero o świcie. Ten, kto rano nie zdążył zakupić gazu – nie ma na czym gotować, a brak wody w kranie zdarza się zupełnie spontanicznie i nie można go przewidzieć (wodę do picia kupuje się osobno). Oaxaca, pomimo wielu międzykulturowych wpływów, wciąż pozostaje lokalnym miasteczkiem ze swoimi sprawami, radościami i problemami. I z turystami, którzy szerokim strumieniem przybywają właśnie po to, co jest tu najbardziej regionalne.

Meksyk od kuchni (i nie tylko).

DSCN5342

W Meksyku wszystko jest inne. Status społeczny zależy od koloru skóry, smak chilli odczuwa się wszystkimi zmysłami, godziny szczytu przypadają na późny wieczór a wejście po schodach bywa czasem prawdziwym wyzwaniem.

Kolor skóry a status społeczny.

Pierwsi przybysze dotarli na tereny dzisiejszego Meksyku z okolic Syberii, osiedlili się w całym kraju i dali początek licznym plemionom – m.in. Majom i Aztekom, którzy są najbardziej znanymi, rdzennymi przodkami dzisiejszych Meksykanów. W czasach kolonialnych do kraju przybyło wielu Hiszpanów a wraz z nimi afrykańscy niewolnicy, którzy również zostawili po sobie potomstwo. Dziś trudno powiedzieć, czyim potomkiem jest typowy Meksykanin. Zapewne próżno szukać czystej krwi potomków Majów i Azteków, a w meksykańskim tłumie równie trudno wypatrzyć osoby czarnoskóre. Meksykanie stanowią miks Indian, Afrykanów, Hiszpanów z niewielką domieszką białych i Metysów. Z tej mieszanki wyłania się niewysoka, przysadzista, czarnowłosa postać o ciemnej karnacji, z mocno zarysowanym nosem i masywną szczęką.

DSCN4462

My jesteśmy zupełnie inni. Przechodząc przez drzwi pochylamy głowy, by nie zahaczyć o niską framugę, a nasza jasna skóra wzbudza spore zainteresowanie. Żartuję, że jestem o szczebel wyżej na drabinie społecznej od Szymona, bo mam jaśniejszą karnację.

– A dodatkowo jesteś blondynką – mówi zupełnie poważnie Patricio, nasz meksykański znajomy. – Nic tego nie przebije.

Zainteresowanie jasną skórą i blond włosami rzeczywiście daje się zauważyć – gdy przez chwilę zostaję sama, zaraz pojawia się dziesięciu amigos a każdy z nich jest skory do rozmowy, pomocy, troszczy się o to, jak się czuję, dokąd idę i skąd jestem. Idą za mną, wołają, śmieją się i przekrzykują – odstrasza ich dopiero Szymon. Zadziewają na chwilę głowy do góry by spojrzeć mu w oczy, po czym odchodzą bez słowa.

Kuchnia meksykańska.

DSCN4554

W Mexico City podstawę żywienia stanowi kukurydza. Najpopularniejszą przekąską są sprzedawane na ulicach taco, czyli niewielkie kukurydziane tortille, które tradycyjnie je się z mięsem z dodatkiem mięsa i mięsa oraz ewentualnie mięsa i jeszcze więcej mięsa. Mięso leży na słońcu pospołu z tortillami, sosami i nielicznymi warzywami, co wcale nie odstrasza stołujących się w budkach, meksykańskich tłumów (dodam tylko, że w Mexico City, jakimś cudem nie ma owadów – mięso nie jest więc przynajmniej niepokojone przez muchy). Gdy ilość mięsa jest już wystarczająca, potrawę skrapia się sosem chilli, który bywa zabójczo pikantny nawet w niewielkich ilościach. Poza mięsem, taco podaje się z warzywami, frytkami, serem i papryką. Oryginalne taco niewiele mają wspólnego z tymi, które serwuje się w amerykańskich sieciówkach. Podczas gdy amerykańskie taco to wydelikacona i przerośnięta kanapka z tortillą, prawdziwe meksykańskie taco w jednej chwili poraża wszystkie kubki smakowe, podrażnia węch, piecze w usta, pali od wewnątrz skórę i dociera aż do oczu, które łzawią bynajmniej nie ze wzruszenia. Meksykańscy kucharze śmieją się na widok europejskich łez, wskazują na chilli i mówią: „muy picante” (bardzo pikantne). No tak, jeżeli Meksykanin mówi, że coś jest pikantne – to nie należy z tym dyskutować.

Poza taco, na każdym kroku spotkać można budki z innymi przekąskami, wśród których znajdują się domowe chipsy (również w wersji z chilli) i mnóstwo słodkich bułek.

DSCN4767

Dużą popularnością cieszy się również tzn. „comida corrida”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza po prostu „obiad dnia”, na który składa się kilka następujących po sobie potraw (najczęściej jest to zupa i mięso, mięso, mięso). Na comidę corridę nie daliśmy się skusić, ale i bez tego nasze żołądki buntują się, wściekają i urządzają strajk generalny. Gdy herbata z miętą nie pomaga, sięgam po rum i w ten sposób pacyfikuję mój niesforny układ trawienny. Głównym podejrzanym tej rebelii nie jest jednak taco ani chilli, lecz meksykańska woda.

Nawet Meksykanie nie piją nigdy wody z kranu. W najgorszym wypadku kranówkę należy gotować przez kilka minut, w nieco lepszym – używać tylko oczyszczanej, kupionej w sklepie wody. Tak też robiłam – od samego początku gotowałam tylko oczyszczoną wodę i to w dodatku przez kilka minut. Ale raz czy dwa zapomniałam się przy myciu zębów i wypłukałam usta wodą z kranu… Na szczęście rum działa i po kilku godzinach po mini zatruciu nie ma już śladu.

Bezpieczeństwo.

DSCN4536

Wybieramy się do Teotihuacán, ruin historycznego miasteczka słynącego z monumentalnych piramid. Do Teotihuacán jedzie się z dworca północnego, a Lonely Planet ostrzega przed zbrojnymi napaściami na autobusy na tej trasie. Kupujemy bilety i w drodze na platformę dworca przechodzimy przez kontrolę podobną do tej na lotniskach. Autobusom asystuje policja z długą bronią, policja z bronią stoi również na drodze i tuż przy samych ruinach. Policjanci odziani w kamizelki kuloodporne i uzbrojeni po zęby uśmiechają się do nas i wskazują drogę – to część państwowej akcji na rzecz bezpiecznego Meksyku, w której centrum znajduje się Mexico City. W mieście rzeczywiście jest bezpiecznie – uzbrojonych policjantów spotkać można na każdym rogu ulicy, a w drodze z Mexico City do Oaxaca policja strzeże nawet wjazdu na autostradę.

Meksykańskie schody.

DSCN5201

Starożytna osada Teotihuacán powstała w początkach wieku i szybko rozlała się na obszar ponad 20 km², z których do dziś przetrwało zaledwie 2 km². „Przetrwało” to zresztą niewłaściwe słowo. Oryginalne ruiny przez wieki trwały niewzruszone pod grubą warstwą ziemi i rzadkiej roślinności – i większość z nich wciąż znajduje się w tym stanie.

DSCN5147

Pozostałe, jedna po drugiej, zostały odkopane i… zupełnie odnowione. Aby przystosować ruiny piramid do zwiedzania, Meksykanie obudowują je kamieniem i zalewają betonem – bo tylko w ten sposób starożytne budowle mogą przetrwać pod naporem milionów butów, które przechadzają się po nich każdego dnia.

Wdrapując się na Piramide del Sol (Piramidę Słońca) zastanawiamy się, w jaki sposób przodkowie niewysokich Meksykanów pokonywali te niezmiernie wysokie schody? Nie tylko my wchodzimy z trudem – dla każdego te monumentalne stopnie stanowią nie lada wyzwanie.

DSCN5072DSCN5073

Godziny szczytu.

Policjant macha do nas na do widzenia (na szczęście dłonią, a nie karabinem) a my, przypaleni już lekko meksykańskim słońcem, wracamy do Mexico City. Jest 9 wieczorem, czyli w metrze powinno być luźno – myślę moimi europejskimi kategoriami. Jednak już przy wejściu toniemy w tłumie Meksykanów, którzy pędzą jak szaleni we wszystkie możliwe strony. Na szczęście mamy bilety do metra – inaczej czekałoby nas stanie w kilkusetmetrowej kolejce! Brnąc w niewysokim acz masywnym tłumie docieramy na peron, ale nie udaje nam się przedrzeć bliżej torów. Stłoczeni Meksykanie czekają na pociąg, który przyjeżdża zapakowany do granic możliwości i odjeżdża nie zabrawszy prawie nikogo. W ten sposób witamy i żegnamy kilka kolejnych pociągów, a gdy wreszcie udaje nam się dostać do wagonu, ten z nieznanych przyczyn stoi na kolejnych stacjach przez długie minuty. Godziny szczytu w Meksyku to nie 5-7 po południu, tu prawdziwa zabawa zaczyna się po 9 wieczorem!

Modyfikuję więc to, co napisałam poprzednio. Ten, kto uważa że meksykańskie metro jest zatłoczone, być może był w Nowym Jorku, ale na pewno nie był w godzinach szczytu na nowojorskim Chinatown! (Dodam jeszcze, że godziny szczytu na Chinatown przypadają o 4-6 po południu.)

Po dworcowej kontroli, pożegnani przez miejscowych policjantów i sprzedawców taco, wsiadamy do autobusu i wyruszamy do Oaxaca, meksykańskiej stolicy przemysłu tekstylnego, tradycyjnego „mole” (sosu) i gorącej czekolady. W Mexico City spędziliśmy niemal tydzień – a wyjeżdżamy z poczuciem ogromnego niedosytu. Aby doświadczyć wszystkiego, co oferuje miasto – potrzeba by wielu miesięcy.

Mexico City – czyli tam, gdzie rosną kaktusy, a orzeł pożera węża.

DSCN4383

Są miasta tak ogromne, że ciężko ogarnąć je wzrokiem – rozlewają się poza granice połykając okoliczne wioski i swoim obszarem sięgają niemal horyzontu. Mexico City jest inne. Mexico City rozciąga się daleko poza horyzont, pochłaniając po drodze nie tylko wioski i miasteczka, lecz również góry, jeziora i całe parki narodowe. Miasto leży na powierzchni 1479 km² i liczy sobie niemal 9 milionów mieszkańców, a aglomeracja miejska jest zamieszkała przez niemal 23 miliony ludzi, co stawia ją na trzecim miejscu na liście największych aglomeracji świata (zaraz po Tokio i Seulu). Jakby tego było mało – przyrost naturalny w Mexico City jest jednym z najwyższych i najszybszych na całym świecie, a nowo powstające wieżowce i drapacze chmur sprawiają, że miasto rozrasta się nie tylko wszerz, ale i wzwyż. Co stoi za tym imponującym rozkwitem meksykańskiej metropolii?

DSCN4668

Aby założyć miasto, które w przyszłości osiągnie tak ogromny sukces, należy wybrać miejsce stanowiące centrum wszechświata. To właśnie tam ścieżki niebiańskie krzyżują się z ziemskimi i w tej samej linii biegną wprost do piekielnych kręgów, a cztery strony świata dokładnie stamtąd biorą swój początek. Tego miejsca nie mogą rozpoznać zwykli śmiertelnicy – aby je odnaleźć, potrzebna jest pomoc bogów. Tak przynajmniej uważali Aztecy, którzy dali początek obecnemu Mexico City.

DSCN4842

Zamieszkujące północno-zachodnią części Meksyku plemię Azteków w XIII wieku wyruszyło na poszukiwania idealnej lokalizacji do założenia miasta. Po długiej wędrówce Aztecy natrafili na miejsce, w którym potężny orzeł przysiadł na kaktusie z wężem w dziobie. Przewodzący wyprawie kapłani uznali to za znak od bogów, wedle którego w tym właśnie miejscu powinno powstać miasto. Ponieważ wiara Azteków była niezłomna, nie zniechęciły ich wszechobecne bagna, podmokły teren, położenie na wysokości 2240 n pm., sąsiedztwo innych, walecznych plemion ani częste trzęsienia ziemi. Przecież bogowie nie mogą się mylić!

Tam, gdzie rosną kaktusy a orzeł pożera węża w 1325 roku Aztecy założyli miasto Tenochtitlan, które wkrótce stało się prawdziwym imperium. W ciągu niespełna trzystu lat miasto zamieszkiwało już ponad 200 tysięcy osób stanowiących społeczeństwo kastowe. Władca Azteków cieszył się władzą absolutną, a dwie główne kasty stanowili: kapłani, arystokracja i kupcy oraz rolnicy, tragarze i niewolnicy.

Ulokowana w mitycznym „centrum wszechświata” cywilizacja Azteków rozwijała się w niezmiernie szybkim tempie. Wraz z rozwojem imperium powstawały świątynie, domy i drogi, nowe techniki uprawy roślin i hodowli zwierząt, obowiązkowa edukacja szkolna i nowe podejście do medycyny oraz przełomowe wynalazki: kalendarz, czekolada, popcorn oraz pierwowzór gumy do żucia. Komunikacji pomiędzy odległymi punktami metropolii służyli tragarze – biegacze, którzy w krótkim czasie transportowali pożądane dobra z jednego miejsca, w drugie (np. lód z wysokich partii gór prosto na stół władcy imperium).

Szybkiemu rozwojowi w pewnych dziedzinach życia towarzyszyło jednak duże zacofanie w innych. Aztekowie znali koło, jednak z braku zwierząt pociągowych nie używali wozów; posiadali metale szlachetne, nie mieli jednak styczności z metalami twardymi (używanymi np. do produkcji zbroi). Aztecy byli niezmordowanymi wojownikami – liczne wojny, bitwy i napady na okoliczne plemiona połączone z krwawymi egzekucjami jeńców przysporzyły nowemu imperium wielu wrogów, których nie zrównoważyły nieliczne sojusze. Ponadto Aztecy byli bardzo religijni, a wśród ich wierzeń znajdowało się podanie o bogu-królu, który w XVI wieku miał powrócić do miasta Tenotitchlan z bitew na wschodzie.

DSCN4787

W 1519 roku Hiszpanie pod wodzą legendarnego przywódcy Corteza przybyli do wybrzeży Meksyku w liczbie 550 żołnierzy i 16 koni. Zamierzali podbić całą Dolinę Meksykańską, zamieszkaną wówczas przez ponad 1,5 miliona mieszkańców. Samobójcza misja?

Meksykanie, którzy po raz pierwszy w życiu widzieli konie, uciekali w popłochu na widok jeźdźców sądząc, że koń i człowiek stanowią jedną, szalenie niebezpieczną bestię. Zbroje najeźdźców odbijały słońce sprawiając, że hiszpańscy żołnierze w oczach meksykańskich plemion urośli do rangi bogów.

W krótkim czasie Hiszpanie zyskali sojuszników wśród okolicznych plemion, które pragnęły podbić Tenotitchlan i wymordować okrutnych Azteków. Gdy lśniące, czworonogie bestie w otoczeniu lokalnych plemion dotarły do bram imperium, Aztecy pochylili w milczeniu głowy sądząc, że mają do czynienia z bogami, na których czele stoi powracający, mityczny bóg-król.

Po wielu walkach, podstępach i zwrotach akcji w ciągu niespełna 2 lat Aztecy stracili panowanie nad swoją metropolią. Tenotitchlan został przemianowany na Mexico, przebudowany na modłę europejską i jako kolonia hiszpańska stracił charakter dumnego imperium Azteków. Jednak miasto, zbudowane w miejscu wskazanym przez bogów, rozwijało się dalej i dziś stanowi niezwykły pomnik historii, gdzie ruiny azteckie sąsiadują z architekturą kolonialną i tą zupełnie współczesną.

Najlepszym świadectwem bogatej historii Mexico City jest Centro Historico (Centrum Historyczne) z ogromnym placem Zocalo, w którego środku powiewa olbrzymia meksykańska flaga (na fladze, jak również na wielu budynkach i tradycyjnych przedmiotach znajduje się wyobrażenie znanego nam już kaktusa z orłem i wężem). Podczas naszej wizyty na placu Zocalo odbywało się wielkie święto meksykańskiego wojska.

DSCN4403

Tuż obok placu znajduje się niewątpliwie najważniejszą budowla sakralna Azteków, Templo Mayor („Większa Śwątynia”). Pierwsze etapy budowy świątyni przebiegały w XIV i XV wieku, a w 1487 roku, by uczcić ukończenie świętej budowli, złożono krwawą ofiarę z kilku tysięcy jeńców wojennych (składanie ofiar z ludzi było religijnym rytuałem Azteków).

DSCN4440

Świątynia w ciągu wieków coraz bardziej zapadała się w podmokłym i grząskim terenie – zarówno Aztecy, jak i hiszpańscy konkwistadorzy nadbudowywali kolejne warstwy na tych, które osuwały się poniżej poziomu ziemi. Dziś z wielkiej świątyni pozostały już tylko ruiny, które miasto udostępniło zwiedzającym, a w cenie biletu odwiedzić można również muzeum Templo Mayor. Znajdująca się w muzeum makieta wyraźnie pokazuje kolejne etapy „obudowywania” zapadającej się pod ziemię świątyni.

DSCN4419

Nieopodal Templo Mayor, tuż przy placu Zocalo, znajduje się Palacio Nacional, w którym barwną historię Mexico City podziwiać można na licznych i równie barwnych muralach.

DSCN4355

Murale pokrywają większą część wewnętrznych ścian Palacio Nacional, a sceny które na nich przedstawiono są tak bogate, że można by spędzić cały dzień analizując stłoczone postacie, historie i wydarzenia.

DSCN4376

Po drugiej stronie placu Zocalo czeka kolejna perełka architektury Mexico City – Catedral Metropolitana. Budowa katedry – podobnie jak budowa Templo Mayor – trwała przez całe stulecia, od XV aż do XVIII wieku. Tuż przy wejściu wita nas Ojciec Święty – i nie ma żadnej wątpliwości, że ten właśnie Papież zajmuje szczególne miejsce w sercu Meksykanów.

DSCN4278DSCN4281

Centro Historico to również mnogość historycznych zabudowań, malowniczych uliczek i placyków, na których meksykańscy muzycy grają na żądanie (za jedyne 100 peso!), a uliczni sprzedawcy taco przekrzykują się oferując najbardziej ostre potrawy pod słońcem, które stanowią prawdziwe wyzwanie dla europejskiego podniebienia (i żołądka…). Budki z taco za 5 peso (!) znaleźć można w całym Mexico City i stanowią one jedyną część wspólną pomiędzy zupełnie odmiennymi dzielnicami miasta.

Bardziej współczesna dzielnica Alameda, poza budowlami w stylu klasycznym i Art Deco, szczyci się również niezwykłą konstrukcją zwaną Monumento a la Revolucion.

DSCN4704

Przywodząca na myśl twory ery socrealizmu budowla posiada platformę obserwacyjną, z której rozciąga się widok na cztery strony meksykańskiego świata. Umieszczone na czterech filarach rzeźby, oprócz socjalistycznego sierpa, dzierżą w dłoni również… akt własności ziemi!

DSCN4707

To nietypowe dla Europejczyków połączenie, oddaje sedno meksykańskiej kultury – dla każdego Meksykanina ukoronowaniem życiowych marzeń jest posiadanie własnego kawałka ziemi. Nie, mieszkanie w bloku nie wystarczy; nie, domek szeregowy nie wystarczy; tu chodzi o grunt, prawdziwą ziemię, o kawałek własnego świata.

Tuż obok tak tradycyjnych kulturowo symboli znajduje się Zona Rosa (Różowa Strefa), której nazwa mówi sama za siebie. Mexico City, jako jedyne miasto w kraju, jest zupełnie otwarte na kulturę homoseksualną. To właśnie do Zona Rosa przybywają homoseksualne pary z całego kraju w celu zawarcia związku partnerskiego, a panowie lubiący panów zupełnie nie kryją się ze swoimi uczuciami.

Zona Rosa nie jest jedynym miejscem, w którym można zaobserwować dowody miłości. Mexico City to miasto zakochanych – w każdej dzielnicy, na każdym rogu ulicy i na każdym placu siedzą lub spacerują zakochani, i w zupełnie nieskrępowany sposób okazują uczucia swoim wybrankom i wybrańcom…

DSCN4560

O olbrzymim i niesamowicie różnorodnym Mexico City można by pisać bez końca – tu niemal każde miejsce zasługuje na uwagę. W mieście znajduje się niezliczona ilość urokliwych placyków, historycznych budynków i pomników, artystycznych murali, parków, klasztorów, świątyń, galerii, instytutów kultury i muzeów – a ilość tych ostatnich jest naprawdę imponująca. Od muzeów historycznych, poprzez muzea kultury hiszpańskiej i muzea fotografii, muzea finansów i muzea kultury, muzea sztuki współczesnej i muzea antropologii, muzea architektury i muzea folkloru, muzea poczty i muzea sztuki europejskiej aż do Muzeum Fridy Kahlo… I to wcale nie koniec – po prostu nie sposób zliczyć wszystkich muzeów, które znajdują się na terenie tego blisko 9. milionowego miasta. I nie sposób oddać różnorodności tego miejsca, które wciąż rozrasta się dając początek nowym dzielnicom i tworzy tym samym kolejne warstwy wokół legendarnego kaktusa, na którym przed wiekami przysiadł orzeł trzymający węża.

DSCN4859