Granica pomiędzy Ekwadorem a Peru.

– Kraina Inków, pena zagadkowych ruin.
– Komercja, komercja, komercja!
– Góry, wybrzeże, amazońska dżungla i 28 z 31 stref klimatycznych!
– Szamani, tajemne rytuały, wróżby, amulety, klątwy i przesądy!
– Kraj oszustów i złodziei, gdzie okradną każdego.

Tak – o Peru słyszeliśmy już chyba wszystko. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy tajemniczej Amazonii, spotkania z potomkami Inków i wypraw w góry. Z lekką obawą myśleliśmy o lokalnych kieszonkowcach, a wyprawę na Machu Pichu planowaliśmy z mieszanymi uczuciami. O szamanach, klątwach i przesądach nawet nie wspominaliśmy…

Górska miejscowość La Balsa. W budzie skleconej z kilku desek celnik podbił paszporty i tym samym dopełnił naszego pożegnania z Ekwadorem. Po przejściu przez nadżarty rdzą, metalowy most byliśmy już w Peru. Dziwna rzecz, taka granica. Niby tylko kilka kroków – i wszystko ma być już inne? Na pierwszy rzut oka wyglądało podobnie – no, może trochę więcej bezładnie porozrzucanych, drewnianych bud…

Pani w peruwiańskiej budzie wyposażyła nas w karteczki i wskazała posterunek policji, w którym mieliśmy uzyskać wymagane pieczątki.

Peru, posterunek policji w przygranicznej miejscowości.Posterunek policji (zielona buda).

Podchodzimy do budy posterunku, która świeci pustkami – policjant bowiem baluje na imprezie w budzie obok. Podchodzę bliżej i widzę, że jest to impreza urodzinowa – już po kilku sekundach rozbawieni Peruwiańczycy niemal siłą wciągają mnie na parkiet, a do rąk wciskają mi szklankę z lokalnym alkoholem.

Impreza urodzinowa, przygraniczna miejscowość w Peru.Impreza urodzinowa.

– Ale ja potrzebuję pieczątkę graniczną od policjanta! – wołam do mundurowego.
– To potańczmy jeszcze 5 minut! – odkrzykuje policjant z czerwoną twarzą, wywijając przy tym rękami i nogami.
– Czy to pan przybija graniczne pieczątki? – próbuję się upewnić przekrzykując głośną muzykę.
– Tak – odkrzykuje policjant obracając obfitą Peruwiankę, a ja wcale nie jestem pewna, czy odpowiada na moje pytanie, czy wyśpiewuje radośnie słowa piosenki (Si, si, si…).

Czuję się lekko zdezorientowana, gdy nagle zwraca się do mnie roztańczona Peruwianka:
– Po pieczątkę musisz zejść niżej, tam za wał!

Idę więc, schodzę niemal na poziom rzeki i po chwili jestem w kolejnej drewnianej budzie. Policjant już zupełnie profesjonalnie podbija nasze kartki i życzy nam miłego pobytu.

Jest godzina 16.00, wsiadamy na tandem, ruszamy przed siebie i mijamy po drodze budę z roztańczonym policjantem. – On chyba raczej śpiewał, niż odpowiadał na moje pytanie – myślę wówczas. Kilka godzin później nie byłam już tego pewna…

Z przygranicznej miejscowości chcemy dotrzeć do San Ignacio, Google maps pokazało 40 kilometrów, jesteśmy więc dobrej myśli. Droga wije się pod górę, po czym spada w dół, asfalt przemienia się w piach, dalej kostka brukowa prowadzi nas do niewielkiej wioski.

– Dokąd jedziecie? – woła starsza kobiecina.
– Do San Ignacio – odpowiadamy.
– To niedaleko, jakieś 20 kilometrów – odkrzykuje kobieta.

Jesteśmy przyjemnie zaskoczeni, widocznie Google się myli – nie martwi nas więc zapadający zmrok i brak najsłabszego światełka w rozległych lasach. Góra – dół – góra – dół… Jest! Wreszcie jest miasteczko, to chyba już San Ignacio…
W ciemnościach rozproszonych przez jedną, słabą latarnię przystajemy pośrodku niewielkiej wioski. Witają nas milczące spojrzenia kilku siedzących na ławkach i w rikszach Peruwiańczyków.

– Dobry wieczór, czy to San Ignacio?

Odpowiada nam milczenie, a spojrzenia lokalnych wydają się nabierać wrogości… Nie wiem już, czy powinniśmy pytać dalej, czy raczej uciekać!

– San Ignacio? – pytam ponownie.
– Nie – po dłuższej chwili odpowiada jeden z mężczyzn i wydaje nam się, że słowa przychodzą mu z dużym trudem.
– A jak daleko jest do San Ignacio? – pytam i znów odpowiada mi przedłużające się milczenie. Szukając odpowiedzi patrzymy na twarze kolejnych osób, aż w końcu odzywa się ten sam mężczyzna.
– Jakieś 60 kilometrów…

Twarze bieleją nam z przerażenia – 60 kilometrów? I to pod górę? Dziękujemy za pomoc i odjeżdżamy odprowadzani nieprzyjaznymi spojrzeniami. Ktoś tu się musi mylić: Google, pani z pierwszej wioski, czy niemiły mężczyzna… ale kto?

Jedziemy dalej i chcąc rozwiać nasze wątpliwości, pytamy o odległość niemal każdą napotkaną osobę.

– 12 kilometrów – mówi pani z dzieckiem na ręku.
– 40 kilometrów – odpowiadają nastoletni chłopcy.
– 15 kilometrów – twierdzi starszy pan o lasce.
– 25 kilometrów – wołają robotnicy układający nową drogę.

Odpowiedzi Peruwiańczyków przypominają zgadywankę – nie mamy pojęcia, skąd wywróżyli tak różne odległości, ale przestajemy przejmować się tym, co mówią. Licznik rowerowy, jakby dopasowując się do miejscowych tendencji, przestaje działać – lecz po chwili znów budzi się do pracy i wiernie odmierza kilometr po kilometrze. Droga jest jedna, a my podążamy w głąb Peru – na pewno więc jedziemy w dobrym kierunku.

Grzęźniemy w błocie, uciekamy przed chmarą dzieci domagających się cukierków, sterczymy za szlabanem w ruchu wahadłowym, pchamy rower pod niemal pionowy podjazd, zjeżdżamy w dół nierównym szutrem. W samym środku lasu licznik pokazuje 40 kilometrów – nawet Google nie powiedział prawdy…

10 kilometrów i wiele myśli pełnych niepewności później docieramy do San Ignacio. Nie ma już wątpliwości – jesteśmy na miejscu. To duże jak na północne pustkowia w Andach miasto znajduje się zupełnie poza szlakiem turystycznym, a jednak hoteli tu nie brakuje – nocują w nich głównie Peruwiańczycy. Z ulgą zsiadamy z tandemu, jemy prosty posiłek i mierzymy siły na zamiary. Najbliższa miejscowość to Jaen – Google pokazuje 85 kilometrów. Wierzyć mu? Czy lepiej zapytać kogoś miejscowego?
Pierwsza miejscowość, którą naprawdę chcemy odwiedzić, to Chiclayo – Google pokazuje 274 kilometry. Wierzyć mu…?

Zaczynamy rozumieć peruwiańską skłonność do wiary w klątwy, czary i przesądy – prawdopodobnie sprawdzają się równie często, jak przewidywania, odpowiedzi przechodniów, dane zawarte w mapach czy pozorne fakty. Rozumiemy również milczenie Peruwiańczyków, których pytaliśmy o odległość do San Ignacio – oni po prostu nie znali odpowiedzi. Nie byli wrogo nastawieni – nie wiedząc, co odpowiedzieć, próbowali zmyślić odpowiedź na poczekaniu. Bo przecież coś odpowiedzieć trzeba – zwłaszcza białemu gringo, który pyta bezpośrednio, patrząc w oczy. I powtarza pytanie pomimo głuchego milczenia. Coś odpowiedzieć trzeba – a czy w odpowiedzi poda się 20, 30 czy 40 kilometrów, to już nie ma takiego znaczenia…

W trakcie naszej podróży po Ameryce Południowej dowiedzieliśmy się, że rdzenni Indianie zawsze odpowiadają na pytanie zadane przez gringo – inaczej, w ich własnym mniemaniu, wykazaliby się dużą niegrzecznością. Co więcej – gdy tylko jest to możliwe, na pytanie odpowiedzą „tak”. Odpowiedź „nie” byłaby szczytem nieuprzejmości, nawet jeżeli podróżnik zapyta o to, czy w miejscu przepaści jest droga. Roztańczony policjant na imprezie urodzinowej odpowiedział na moje pytanie „tak, chociaż odpowiedź brzmiała „nie. Najpierw uprzejmość, potem prawda…

Przyłącz się do konwersacji

5 komentarzy

  1. To i tak dobrze, bo według Prof Tichnera są
    3 prawdy: prowda, tyz prowda i gówno prowda 🙂

  2. Z wielką ciekawością czytam Wasz blog i przy tym fragmencie uśmiałam się bardzo… Mam sąsiada Peruwiańczyka i właśnie lepiej go zrozumiałam! Dzięki:)

    1. No tak, szok kulturowy można przeżyć nawet we własnym kraju:) Pozdrawiamy!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *